25.08.2010 12:14

Autor: Łukasz Stasiełowicz

Coke Live Music Festival 2010 – intersubiektywnie z perspektywy emerytów

Kategorie: Czytelnia, Relacje z festiwali, Relacje z koncertów

Wykonawcy: | | | | | |


coke-2010-1.jpg Edycja piąta – przełomowa. Tych ostatnich ci u nas dostatek, by nie rzec nadmiar. Pomimo wątpliwości jest to jednak adekwatne określenie, wszak formuła Coke Live Music Festival uległa zmianie. Początkowo grupą docelową była młodzież, szczególnie ta gustująca w muzyce popularnej. Dla niej sprowadzono takie gwiazdy jak Jay-Z, Rihanna, Lily Allen czy Timbaland. Stopniowo wprowadzano akcenty rockowe (Kaiser Chiefs, The Killers). 2010 to już większy eklektyzm, zdaniem niektórych nawet “dominacja emo”. Celem organizatorów jest najwidoczniej festiwal gwiazd przeróżnych gatunków, gwiazd popu w czystej postaci, gwiazd sceny elektronicznej, gwiazd alternatywy. Biegun przeciwny dla OFF Festival w wymiarze alternatywności/popowości. Ponoć równowaga to podstawa.

3 sceny, 2 strefy gastronomiczne, 1 punkt z gadżetami festiwalowymi. Rozmieszczenie niestety dość niefortunne. Strefy gastronomiczne były zwyczajnie zbyt małe. Przede wszystkimi martwi jednak jakość wrażeń audytywnych. Nagłośnienie pozostawiało niedosyt wśród tych, którzy niekoniecznie chcieli stać pod barierkami, by wspólnie z tłumem oddawać się fenomenom stada. Jeżeli ktoś przybył, by jedynie posłuchać to może czuć się zawiedziony. Pierwszy dzień pozostawił u wielu osób ambiwalentne odczucia.

Projekt producentów, czyli N*E*R*D zmuszony był występować w słońcu, co nie do końca sprzyjało pobudzeniu zmysłów. Także publiczność reagowała nazbyt często nieadekwatnie, odpowiadając na wszelkie pytania i polecenia ze sceny przeciągłym “yeah”. Egzaltacja królowała przy występie 30 Seconds to Mars, dla sporej grupy obecnej pod sceną było to spełnienie marzeń. Niezadowolone były fanki wypatrujące Jareda Leto na terenie festiwalu przed występem. Ten wybrał się na zwiedzanie Krakowa i…zgubił się. Prosił więc pieszych o wskazanie mu drogi. Już na scenie chwalił polską publiczność. Ile w tym szczerości, a ile standardowej prezentacji? Niech oceniają osoby, które były także na jakimś zagranicznym występie grupy. Dla części było to najbardziej ekscytujące wydarzenie w życiu (vide “Jared mnie dotknął”). Jeszcze w tym roku zespół ma wrócić do Polski, by dać bardziej kameralny koncert. Piątkowe popisy na scenie głównej kończyła niekwestionowana gwiazda muzyki elektronicznej, czyli The Chemical Brothers. Ci co byli, dobrze się bawili. Dużo osób jednak odpuściło sobie ten występ… i dużo osób odpuściło sobie pierwszy dzień festiwalu.

coke-logo.jpg Pogoda w Krakowie była fantastyczna, słoneczko rzadko było zakrywane przez chmurki. Do wieczora można było wytrwać w letnim ubraniu. Później temperatura spadała i pojawiały się żądne krwi owady, w piątek jeszcze nie wampiry. A w sobotę przesilenie. Tak wyglądali ostatnio zdaniem wielu obserwatorów muzycy zespołu Muchy, na przesilonych. Wyczerpująca trasa koncertowa? Trudna promocja? Brak przyjemności czerpanej ze wspólnego grania? Pytajmy u źródła. “Przesilenie” to tytuł przeboju promującego drugi album grupy. Zjawisko przesilenia obecne jest także w sferze polityczno-religijnej. Odwołajmy się więc do festiwalowych wersów “Przesilenia”: wszyscy idziemy na plac wolności, by tam bronić krzyża.

The Big Pink stanowili dla sporego grona niewiadomą. Pomimo niesprzyjającego nagłośnienia wypadli przyzwoicie. Szczególnie singlowe utwory wybijały się z tej muzycznie jednorodnej masy. Brakowało publiczności i może ciemności. Ich set także nie należał do długich. Około godziny 21 na scenie pojawił się zespół Panic! at the Disco. Na 2011 rok zaplanowali wydanie swojego trzeciego albumu, z zespołu odeszli gitarzysta Ryan Ross oraz basista Jon Walker (stworzyli The Young Veins, gdzie odgrywają także naprzemiennie rolę głównego wokalisty). W nowym składzie Krakowa nie zdobyli, Polski tym bardziej.

W mieście można było spotkać wielu ludzi noszących koszulki z napisem MUSE. To mogło dawać do myślenia. Jednak dopiero przed bramkami festiwalu albo po ich przekroczeniu uczestnik zaczynał rozumieć, dla kogo przyjechała większość. Drugi występ w Polsce, wrócili po trzech latach z okazji trasy koncertowej promującej album The Resistance, który bardzo podzielił fanów. W porównaniu do pierwszego występu doszło do drastycznego przyrostu na polskim zapleczu. Była to przede wszystkim konsekwencja sukcesu sagi Zmierzch, trio użyczało poszczególnym filmom swoich utworów. Nie mógł więc teraz dziwić widok ledwo nastoletnich fanek pod opieką mam i ojców (zawsze to większa frekwencja). Stara gwardia przestała być elitarna (jeżeli kiedykolwiek miała powody by tak się czuć), obawiała się tego koncertu z powodu potencjalnej mnogości nowych utworów.

Kiedy Anglicy zaczęli występ od utworu “New Born” , fani mieli nadzieję na kontynuację tego niecodziennego wydarzenia. Szybko zgromadzeni zostali sprowadzeni na ziemię, posypały się kompozycje nowsze – wtedy młodzi szaleli, starsi stali. Przy “Undisclosed Desires” doszło do realizacji akcji Latarka, o której pisaliśmy tutaj. Prywatnie introwertyk Matt Bellamy, na scenie przemienia się w osobę żądną poklasku, pewnego swoich instrumentalnych i wokalnych umiejętności showmana. Sympatię wzbudzały porozumiewawcze uśmiechy muzyków, podziękowania wypowiadane w języku polskim czy machanie głową basisty. Ekstatycznie reagowała publika przy piosence “Plug in Baby”, gdzie w fazie początkowej Bellamy prezentował krótkie serie dźwięków przepuszczone przez Fuzz Factory, po czym stojący pod sceną próbowali je naśladować wokalnie. Po krótkiej przerwie wrócili na scenę i zagrali jeszcze dwa utwory. Na pożegnanie pokaz fajerwerków z towarzyszeniem patetycznej muzyki puszczanej z odtwarzacza. Podziw wzbudzała oprawa wizualna koncertu; odpowiednio wykorzystane telebimy i cudowne lasery, które szatkowały dym nad głowami widowni. Nawet przypadkowym słuchaczom imponowała perfekcja muzyczna.

coke-2010-2.jpg Było także kilka problemów. Nieszczęsne nagłośnienie także i tym razem ograniczało intensywność pozytywnych wrażeń. Gitara basowa rzadko była słyszalna w standardowej dla MUSE jakości, tzn. albo w ogóle nie przebijała się przez resztę instrumentów, albo efekt Big Muff brzmiał wyjątkowo fatalnie w swoim ścinaniu wysokich tonów. Wymowny jest także fragment wykonania “Bliss”, w którym wokaliście zwyczajnie wycięto na chwilę głos. Czarę goryczy przelewał stukot docierający z namiotu Burn Stage, szczególnie słyszalny dla osób stojących po lewej stronie przodem do sceny (To już MUSE gra czy ktoś w namiocie dalej?). Osoby bardzo przeżywające emocjonalnie ten występ zgromadziły się przede wszystkim tuż przy barierkach, ich wrażenia dzięki wspólnemu śpiewaniu i tańczeniu mogły pozostać nienaruszone przez te niekorzystne szczegóły. Dla wielu z nich był to także pierwszy występ MUSE, który zaliczyli. Było więc wyjątkowo. Osoby mające porównanie z innymi koncertami już takie szczęśliwe nie były. Wiek robi swoje, wokalizy Matta nie są tak długie i wysokie jak jeszcze podczas zeszłej trasy koncertowej. Dobór piosenek to wyraz rezygnacji ze starszej twórczości. Jednak i wśród muzycznych emerytów zdania były podzielone:

Tola: To był dobry koncert, ale na pewno nie ich najlepszy

Bolek: Tak masz rację. Ten na Openerze był lepszy.

Tola: W sumie nie, ten był lepszy niż na Openerze ale gorszy niż w Berlinie.

Bolek: Lecz ten w Berlinie był gorszy niż na Wembley, troszkę gorszy od tego na Openerze i zdecydowanie lepszy niż dzisiejszy.

Kraków – dawna stolica Polaków. Od kolejnej edycji najprawdopodobniej także dawna stolica festiwalu. Podobno poszukiwany jest teren, który będzie mógł pomieścić więcej osób. Patrząc na przepełnione strefy gastronomiczne poszerzenie obszaru festiwalowego jest dobrym rozwiązaniem. Czy takim jest przeniesienie go do innego miasta? Tutaj kwestia jest już bardziej skomplikowana i decydującym czynnikiem będzie raczej ten ekonomiczny.

Organizatorzy w ciągu tych kilkudziesięciu godzin przygotowali dodatkowe atrakcje. Ciekawym pomysłem była ekologiczna akcja głównego sponsora – uzbierane kubeczki można było wymienić na gadżety (czapki, smycze itp.). Teren nie wyglądał dzięki temu na koniec imprezy jak krajobraz po bitwie. Mikołaj Ziókowski, czyli osoba w głównej mierze odpowiedzialna za line-up festiwalu tuż przed finałowym koncertem, zapowiadając MUSE, dał jasno do zrozumienia, iż to jest główna gwiazda. W kontekście szóstej edycji taką ma być Coldplay, czy marzenie wielu polskich fanów zostanie zrealizowane? Zobaczymy za rok. Tegoroczny skład potwierdza jednak, że regularne ściąganie do Polski gwiazd, które zapełniają stadiony jest możliwe.

*autorką pierwszego i trzeciego zdjęcia jest Joanna Combik (Onet.pl)

Łukasz Stasiełowicz

wyszperaj coś więcej ▼




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.