03.03.2011 07:53

Autor: marcin

Co mówią nuty – rozmowa z Markiem Mosiem

Kategorie: Czytelnia, Wywiady

Wykonawcy: |


marek-mos-02-foto-marta-bacia.jpg Co mówią nuty

O tym, co wynika z różnorodnych muzycznych zderzeń, jak przebiega proces konstrukcji utworu, jakie jest w nim miejsce dyrygenta, a także na co być może zamieni w przyszłości batutę, mówi MAREK MOŚ  – dyrygent i dyrektor artystyczny Orkiestry Kameralnej Miasta Tychy AUKSO.

Marta Bacia: Podczas ostatniego Festiwalu Tauron Nowa Muzyka miał miejsce bardzo entuzjastycznie przyjęty koncert Aukso z artystą sceny elektronicznej – Guillermo Scottem Herrenem, który pojawił się wtedy w Katowicach jako  Prefuse 73. Już wcześniej orkiestra brała udział w projektach, w których zaangażowani byli DJ’e , jak np. spektakl Carmen TV czy koncert na 2 Festiwalu Prawykonań. Czy mógłby Pan opowiedzieć jak wyglądała współpraca ze Scottem Herrenem?

Marek Moś: To spotkanie rzeczywiście nie było pierwszym, przy okazji którego zetknęliśmy się z muzykami spoza czystej klasyki. Na Festiwalu Prawykonań w 2007 roku zagraliśmy utwór Mikołaja Majkusiaka, napisany na głos, skrzypce i DJ’a z towarzyszeniem orkiestry smyczkowej. Zawierał on improwizacyjne fragmenty, w których swobodnie mogła poruszać się Urszula Dudziak czy też DJ, były one jednak formalnie zakomponowane. I właśnie podejście do formy – jako do zamkniętej całości, jest tym, co różni te dwa przedsięwzięcia. Koncert na Festiwalu Tauron został zrealizowany w oparciu o otrzymany wcześniej, dość specyficzny materiał płytowy. Piotrowi Steczkowi bardzo twórczo udało się dopełnić go brzmieniem smyczków i dla ludzi obecnych tamtego dnia w Szybie Wilson właśnie ta warstwa okazała się interesująca. Choć na początku obawiałem się, że rodzaj nostalgii wiszącej w powietrzu nad całym tym przedsięwzięciem może wydać się niektórym nieco nużący. Koncerty, jakie dotychczas odbywały się w ramach festiwalu Tauron miały trochę inny charakter. Ponadto tych kilka tysięcy osób słuchało tego koncertu na stojąco, co nie sprzyja kontemplacji, a raczej poruszaniu się w rytm beatu perkusji czy gitary basowej. Jak się później okazało – byłem w błędzie. Słuchacze odebrali ten koncert bardzo dobrze.

A co do współpracy… była ona przedziwna. W zasadzie zostaliśmy pozostawieni sami sobie. Do materiału, nad którym pracowaliśmy, Herren w czasie naszych spotkań sporadycznie coś dogrywał, a perkusista  właściwie ani razu nie uderzył w instrumenty. Ta sytuacja musiała ich nieco peszyć, najczęściej występują tylko w dwie czy trzy osoby. Kluczową sprawą jest wtedy znanie się, bycie ze sobą, co daje możliwość swobodnego przekształcania dźwięków, budowania z nich takich przestrzeni, na które w danej chwili ma się ochotę. Współpraca z zespołem, liczącym – tak jak miało to miejsce w tym przypadku – kilkadziesiąt osób, jest zupełnie innym doświadczeniem. Nie można było zdać się wyłącznie na improwizację. Po pierwsze muzycy grający klasykę najczęściej nie są improwizatorami; po drugie improwizowanie przez blisko trzydzieści osób można by przyrównać do totalnego chaosu. Dlatego zaczynając pracę nad tym przedsięwzięciem, przyjęliśmy założenie, iż otrzymana płyta stanie się dla nas bazą i wzorcem. Do niego, jako do pewnego rodzaju formy, dopasujemy wszystko, co później będzie się miało wydarzyć podczas koncertu. Dla mnie było to zderzenie ciekawe, aczkolwiek niezwykle egzotyczne.

Marta Bacia: A jak można ustosunkować się do głosów, które nazywają tę muzykę “lekką”, mechaniczną?

Marek Moś: Czy ja wiem? Każdy ma świat, w którym się realizuje. Jest to muzyka trudna do tego, aby ją formalnie objąć. Poruszając się w obrębie własnej wyobraźni, będąc solistą, w pewnym sensie prezentuje się tylko to, co w danym momencie chce się wykonać. Jest to odpowiedzialność wyłącznie wobec siebie. W przypadku współpracy z innymi nasz osobisty komunikat musi zostać sformatowany. Wspólnie trzeba wyznaczyć kierunek, w którym zmierzać mają nasze starania, ponieważ w przeciwnym wypadku zamieni się to w czystą abstrakcję. Przygoda, jaką był występ ze Scottem Herrenem, stanowiła dość trudne wyzwanie. Tym bardziej cieszę się, że sobie z nim poradziliśmy. Jak wielokrotnie wspominałem, ja i zespół otwarci jesteśmy na tego typu kontakty. Mam nadzieję, że w przyszłym roku poznamy jeszcze kogoś innego, być może z bardziej dynamicznym beatem. Jednak rodzące się znaki zapytania czy pewien rodzaj zdziwienia, jakie często towarzyszą tego typu spotkaniom, uważam za niezwykle cenne.

Marta Bacia: Zyskuje się nowe spojrzenie, kiedy później wraca się w rejony nam bliższe, znane.

Marek Moś: Oczywiście. Z tego też powodu staram się, aby w naszym podstawowym nurcie, tzn. działań na terenie muzyki klasycznej, zespół mógł pracować nad utworami z różnych okresów w historii muzyki. Zetknięcie się ze stylem danej epoki, poznanie jej smaku oddziałuje totalnie. W muzyce te doświadczenia skutkują równie mocno wtedy, kiedy poruszamy się w zgodzie z chronologią, jak i w odwrotnym kierunku. Wykonywanie muzyki współczesnej pozwala instrumentaliście odnieść się w inny sposób do rzeczy powstałych 200 czy 300 lat temu. Ciągle poszerza się jego wyobraźnia.

Marta Bacia: To decyduje później o tym, że utwory z poprzednich epok w dalszym ciągu żyją.

Marek Moś: Można na nie spojrzeć z perspektywy dzisiejszych czasów. Oczywiście, pisano zupełnie inną muzykę. Wydaje się jednak, że człowiek w sposobie odczuwania, w swych emocjach, tak naprawdę się nie zmienia. Zmienia się wszystko dookoła. To na nas wpływa i życie muzyczne również podlegało ewolucji. Ale bardzo często odnoszę wrażenie, iż niektórzy uważają muzykę z czasów Mozarta czy Bacha za różną w swym wyrazie od naszej, bo inni byli ludzie. Moim zdaniem byli napełnieni takimi samymi emocjami, tymi samymi uczuciami, jakie i my mamy, a może bardziej wyrazistymi, niż nam się dzisiaj wydaje. Kiedyś człowiek przeżywał bardziej w środku, gdyż nie miał tak wielu ataków różnego rodzaju mediów z zewnątrz, które zabierają mu to, co dla niego najbardziej istotne. Wtedy panował zdecydowanie większy spokój przeżywania.

Marta Bacia: Teraz wmawia się nam, że aby nasze życie było pełnym, wręcz koniecznie potrzebujemy niektórych wrażeń, doświadczeń. Ale czy rzeczywiście? Przecież kiedyś ludzie wcale nie operowali mniejszą skalą emocji.

Marek Moś: Zgadza się. Doskonale rozumiem, że dzisiaj każdy sprawdza, co dzieje się na świecie. Ale, tak naprawdę, czy czegoś się dowiaduje? Jest to zbiór raczej niepotrzebnych informacji ukierunkowanych na to, aby człowieka zaszokować, zaskoczyć. Dodatkowo najczęściej są to złe wiadomości, które zawsze świetnie się sprzedają. Można ulec wrażeniu, że świat staje się coraz bardziej wrogi i niebezpieczny. A wystarczy na chwilę wyłączyć radio czy telewizję i – na przykład – przejść się do lasu, aby odzyskać właściwą ostrość widzenia. Nie moją przestrzenią jest Wielki Kanion, wydarzenia dziejące się gdzieś na lotnisku czy konflikt wojenny. Niewątpliwie jest to bardzo ważne, ale w istocie nie mam na to żadnego wpływu. Nas jako ludzi czyni to tylko bardziej niespokojnymi.

Marta Bacia: Zapytany kiedyś o kondycję muzyki współczesnej powiedział Pan, że muzyka znajduje się w martwym punkcie, przeżywa stagnację. Jak teraz odpowiedziałby Pan na to pytanie?

Marek Moś: Bardzo trudno mi się do niego odnieść. Być może osoby, które przewidują, w jakim kierunku zmierza muzyka, czy które same komponują, mogłyby na nie udzielić bardziej zasadniczej odpowiedzi. Dzisiaj jest tyle możliwości. W dalszym ciągu wszystko wolno. Nie stworzona została żadna konwencja, w obrębie której człowiek powinien się poruszać i wyrażać siebie. Rozszerzają się perspektywy wykorzystywania nowych instrumentów elektronicznych i zdaje się, że świat elektroniki będzie coraz mocniej wkradał się w przestrzeń twórczą. Czy to dobrze, czy źle? Nie wiem. Tylko sama elektronika jest martwym narzędziem. Może być wykorzystana jedynie przez ludzki talent – twórczo albo w sposób, który nie będzie wnosił niczego nowego i właściwie człowieka irytował.

W Stanach powstał już podobno program komputerowy, który znalazł doskonały przepis na piosenkę. Ale czy rzeczywiście, wrzucając daną rzecz w pamięć komputera, za każdym razem – nawet w popie – otrzymamy arcydzieło? I czy za każdym razem będzie to coś indywidualnego? W przypadku muzyki poważnej sposób ten nie znajduje zastosowania i wciąż najważniejszy jest człowiek.

Marta Bacia: Całe szczęście, można powiedzieć.

Marek Moś: Nieraz prawdziwa twórczość leży blisko tego, co nazywa się przemysłem muzycznym. W twórczości artystycznej chodzi jednak o to, aby chcieć przekazać drugiemu człowiekowi coś ważnego. Bez względu na to, jak to się sprzeda. W przemyśle muzycznym najważniejszy jest produkt i zyski z niego płynące, a miernikiem sukcesu – ilość sprzedanych płyt. Z pewnością uczestnictwa w takim sukcesie życzyłby sobie każdy, lecz dla wielu jest to niemożliwe. Ale zdarza się, że nagle pojawia się ktoś, kto podważa tę dobrze znaną receptę. Nie ulega on temu, co sztampowe, produktom fabrycznym i plastikowym, a siłą swojego komunikatu jest w stanie zgromadzić wokół siebie odbiorców.

Marta Bacia: Edward Munch na postawione mu pytanie: jakie obrazy są ważnymi, odpowiedział, że “ważne obrazy to obrazy wyrzucone poza czas”. Wydaje mi się, że zdanie to można też doskonale przenieść na grunt muzyki. Które utwory są Panu szczególnie bliskie, w stosunku do których można by użyć tego określenia?

Marek Moś: Jest ich zbyt wiele, aby je w tej chwili wymienić. Ale co do wypowiedzi Muncha, to słowem określającym to, co poza czas wyrzucone, jest arcydzieło. Bardzo często słowa tego się nadużywa, a mówi  jednak o tym, że nawet u wybitnych kompozytorów zdarzają się dzieła wyjątkowe. Jednakże, by się o tym przekonać, potrzeba dystansu czasu. Rozmawiając ze współczesnymi kompozytorami myślę, że im bardziej jest ktoś człowiekiem pokornym i skromnym, ten potrafi swój dorobek artystyczny poddać weryfikacji. Zdać sobie sprawę, że spośród wielu napisanych przez siebie utworów, np. dwa czy trzy przetrwają. Ma co do nich pewność, że nie zgubił ani jednej nuty oraz ani jednej nie napisał z naddatkiem. Nie jest to łatwe, gdyż twórca jak nikt owładnięty jest własnym światem dźwięków czy kolorów i często nie jest w stanie obiektywnie spojrzeć na swoją twórczość. Po śmierci decyduje o tym czas. Jest takie powiedzenie, że “złych utworów nie da rady zamknąć w szufladzie”. Rzeczywiście, jeśli taka szuflada nie ulegnie zniszczeniu to ktoś ją kiedyś otworzy. Wtedy to, co wybitne, ujrzy światło dzienne i poznamy człowieka, który za tym stoi. Niestety, czasem dzieje się to po 200 latach. Dzisiaj wygląda to inaczej, świat staje się globalną wioską. Historia zna jednak przypadki, kiedy – najczęściej w starych bibliotekach klasztornych – odnajdywane były rzeczy, które przeleżały w milczeniu kilkaset lat.

Marta Bacia: Przy okazji prawykonania “Pasji” Pawła Mykietyna pojawiły się opinie, że ten utwór zaczyna nowy rozdział w polskiej muzyce współczesnej. A jak jest według Pana?

Marek Moś: Wydaje mi się, iż nie jestem osobą, która w sposób autorytarny mogłaby się na ten temat wypowiedzieć. Dzieło to wywołało rozmaite reakcje. Jednych zachwyciło, ale byli i tacy, którym się ono nie spodobało, bynajmniej nie z powodu niechęci czy rezerwy wobec twórczości Pawła Mykietyna. Uznali tę “Pasję” za pójście na łatwiznę, zaprzedanie drogi czystej abstrakcji formie zbyt mocno kojarzącej im się z teatrem muzycznym. Prywatnie cenię ten utwór bardzo wysoko. Według mnie w muzyce nie chodzi o to, żeby pokazać światu, jak dobrze i sprawnie składam nuty (czego w tej kompozycji również nie brakuje), tylko co te nuty mówią. Dźwięki tego utworu mówią bardzo wiele. Wzruszają mnie. A w sztuce, w obcowaniu z nią, wzruszenie zdaje się być elementem dla twórcy najważniejszym. Przypuszczam także, iż Paweł nie napisze teraz kolejnej pasji, a następne rzeczy będą całkiem inne. Nie jest tak, że odkrył metodę, której będzie się już cały czas trzymał. Postanowił taki utwór skomponować i tak się stało. On sam nazwał to wielką przygodą życia.

Słychać głosy, że kompozytorzy piszący muzykę do filmu czy do teatru, zaczynają myśleć inaczej. Największym zarzutem jest spustoszenie, jakie dokonuje się w formie utworu. Uważam jednak, że niektórzy nie potrafią się przed tym obronić, a inni – tak. Muzyka powstająca do konkretnych scen jest już ze swej konieczności czymś lapidarnym i jakby niedokończonym. Dlatego też nie generalizowałbym i nie zgodzę się z opinią, że ktoś tworzący muzykę do filmu nie jest w stanie napisać świetnej symfonii.

Marta Bacia: A jak wygląda proces konstrukcji utworu,  praca nad partyturą? Jak, patrząc na zapis nutowy, dokonuje Pan wyboru tego, co w utworze jest najistotniejsze i wydobywa prawdę, która się tam znajduje?

Marek Moś: Te nuty niby są, a jednak niezbędne jest, aby ktoś w nich i z nich stworzył razem z muzykami doskonały mechanizm, który w dalszym ciągu będzie zdolny wzruszyć słuchacza. Nie chcę być piewcą ignorancji, gdyż wiedza jest niezmiernie ważna, ale tak naprawdę, decydujące w muzyce są wyobraźnia i intuicja. Dlatego też nie potrafię dokładnie powiedzieć, jak ten proces przebiega. Kształtowanie materii dźwiękowej, wyzwalanie określonej emocjonalności, odbywa się na wielu poziomach, w tym – psychologicznym. Siedząc nad partyturą wyobrażam sobie pewne rzeczy. Pracuję trochę jak rzeźbiarz, który z bloku granitu musi odkuć to, co zbędne. Konieczne jest jednak, aby w tym granicie – w swojej wyobraźni, widzieć twarz czy scenę, którą chce się wyrzeźbić. Zajmując się partyturą w warstwie dźwiękowej jest bardzo podobnie. Wszystko, co przeszkadza – jest chaosem. Ostatecznie stwierdzić to jednak można dopiero na próbie. Proces najbardziej dynamicznej konstrukcji w muzyce odbywa się na żywo; kiedy witam się z zespołem i rozlegają się pierwsze dźwięki. Następuje weryfikacja tego, co chciałbym usłyszeć, z tym, co słyszę. Chyba nigdy nie może się także zdarzyć, aby ułożony w swej głowie obraz egzekwować w pracy z ludźmi od początku do końca. Byłoby to postępowanie niewłaściwe i, co gorsza: nieprawdziwe. Proces weryfikacji zawsze winien być również udziałem wykonawców.

Marta Bacia: Czyli potrzebne jest wypracowanie kompromisu z zespołem, co jest rzeczą całkowicie inną i prawdopodobnie trudniejszą niż w przypadku mniejszego składu, np. kwartetu czy solisty.

Marek Moś: Naszą sytuację można by określić jako nieustanne bycie w drodze. I ma to znaczenie zasadnicze. Kiedy ktoś przedstawia rzeźbę jako produkt swej wyobraźni, to z chwilą jej odsłonięcia następuje konfrontacja z tym, co doskonałe. Z idealnym wyobrażeniem znajdującym się w umyśle jej twórcy. Być może stanowić to będzie tylko pewien etap, kiedy pomimo dołożonych starań rzecz ta w dalszym ciągu temu ideałowi nie dorównuje. Ale w danym momencie to odsłonięcie jest jednak punktem granicznym. W muzyce ten punkt graniczny nie istnieje. Sztukę tę cechuje to, że dzieje się w czasie i wykonanie utworu nie posiada charakteru ostatecznego. Nasza rzeźba cały czas żyje. Przedstawiamy ją słuchaczowi jako produkt, który może mu się spodobać, ale mogę zapewnić, że nigdy nie jest on doskonały. To tylko obraz pewnego poziomu, na którym musieliśmy się zatrzymać. Nigdy nie zdarzyło mi się, aby te dwa obrazy: ze świata rzeczywistego i tego wewnątrz mnie, pokryły się. W wyobraźni ta postać zawsze jest dużo piękniejsza i dużo bliższa. Ale bardzo istotną sprawą jest zaangażowanie. Drobną pomyłkę techniczną słuchacze są w stanie wybaczyć. Karygodny jest za to brak emocji, która powinna towarzyszyć każdemu wykonaniu.

Mój kontakt z dyrygenturą zaczął się bardzo późno. Nie jestem wyjątkiem, ale z reguły dyrygenci zaczynają pracę z orkiestrami zaraz po studiach. Cały czas nabieram doświadczenia. Wcześniej jednak przez ponad 20 lat sam grałem i ten okres jest teraz niezwykle przydatny. Gra na instrumencie, co za tym idzie – poznanie jego możliwości, jak również wykształcanie siebie, stanowi wielką pomoc. Ale w moim przypadku najważniejszą rolę odgrywa intuicja. To, co w życiu nieodgadnione, czyli intuicyjne, jest czymś wyjątkowym.

Marta Bacia: Nie zawsze potrafimy wskazać bezpośrednie źródło inspiracji, bo jest to sumą wszystkiego, co nas otacza…

Marek Moś: … i jakichś doświadczeń, tego, co zrobiliśmy w życiu, jak przemawia do nas sztuka czy wypowiedź drugiego człowieka. Przychodzimy na świat z zespołem określonych cech. Później w życiu podlegają one zmianom, szlifują się. Z pewną wrażliwością człowiek się jednak rodzi. Na odczuwanie drugiego, na ból. To wszystko  należy do sfery ducha i jest w nas stałe.

Marta Bacia: Co takiego pociągającego jest w dyrygowaniu?

Marek Moś: Jest to interesujące, ponieważ człowiek znajduje się w sytuacji w pewnym sensie także słuchacza. Nie chcę powiedzieć, że nie jest się nim samemu grając na instrumencie – jednym wczucie się w tę rolę przychodzi bardziej naturalnie, inni muszą to w sobie wykształcić. Jednak muzycy nie zawsze słyszą to, co grają. Stojąc przed orkiestrą mam zdecydowanie większy komfort zajęcia się materią, która jest na zewnątrz mnie, której w jakiejś mierze nie generuję osobiście. Nieobca jest temu również wielka żałość czy tęsknota za momentem, w którym to ja ustawiałem palce na gryfie i pociągałem smyczkiem. Teraz muszę być w zgodzie z propozycją innej osoby. Wspaniale jest, kiedy można na tę propozycję przystać, a nawet się nią zachwycić. Co więcej: może ona skłonić nas do zastanowienia się, czy dany efekt nie jest bardziej nawet zadowalający niż ten, jaki stałby się naszym udziałem. Do tego składania muzyki skłoniła mnie także ciekawość. Czułem, że jakiś etap dobiega końca. Pragnienie zmiany stopniowo we mnie dojrzewało i w pewnej chwili po prostu musiało znaleźć ujście. Od tamtej pory nie zagrałem już na skrzypcach żadnego koncertu. Wystarcza mi, że od czasu do czasu poproszę kogoś z orkiestry o pożyczenie instrumentu, aby pokazać mu, jaką barwę czy jakie pociągnięcie sobie wyobrażam. Ale to wszystko. Czuję się szczęśliwy i sytuacja, w której jestem, ciągle mnie intryguje. Kiedy przestanie to, nie wykluczam, że zmienię jeszcze batutę na… pałeczkę czarodzieja. Znacznie ułatwiłaby ona zadanie, którego realizacja najbardziej mnie interesuje: aby móc ludzi uszczęśliwiać.

Marta Bacia: Zmiana, która nastąpiła, zdaje się być niezwykle trafioną…

Marek Moś: Widocznie tak musiało być. Może zostając w Kwartecie, dzisiaj byłbym już nie do wysłuchania? Nie chciałem dopuścić do takiej sytuacji.

Marta Bacia: Jakiś czas temu Aukso występowało głównie tylko w podstawowym składzie i w planach było jego   poszerzenie, co teraz zdarza się dość często. Jakie są również dalsze plany współpracy z innymi muzykami?

Marek Moś: Aukso coraz częściej występuje w większym składzie, co należy uznać za dobrą rzecz, nie czyni mnie to jednak szczęśliwszym. Czasami zdarza się bowiem, że rezultat współpracy z muzykami doangażowanymi nie jest dostatecznie zadowalający. Chciałbym móc spędzać więcej czasu z wszystkimi, którzy pojawiają się na estradzie w czasie koncertu. Nie podważam niczyich kompetencji warsztatowych czy instrumentalnych. Uważam tylko, że aby wspólnie stworzyć coś sensownego, trzeba po prostu razem być, pracować. Natomiast jeśli chodzi o współpracę z różnymi wykonawcami, to daje się tu zauważyć zasadę, która mówi, że im ja jestem lepszy, tym lepszych ludzi spotykam na swej drodze. Planów jest wiele, ale często czekam na to, jak potoczy się życie. A ono każdego roku przynosi spotkania z artystami ważnymi dla mnie i dla zespołu. Są one kolejnym bodźcem pobudzającym do dalszego doskonalenia swoich umiejętności. Niejednokrotnie zdarza się, że ktoś wybitny i do tego skromny, pokazuje, że to, co budzi nasz podziw, dla niego jest czymś zwyczajnym i często nie dość satysfakcjonującym. Życzyłbym sobie wspaniałych  koncertów z mnóstwem zadowolonych słuchaczy, ale również tego, aby każdy kolejny rok był coraz bogatszy w nagrania. Nie dają one tego -  w sensie emocjonalnym – tak bezpośredniego przeżycia, co uczestnictwo w koncercie, ale to doświadczenie jest przecież czymś jednorazowym. Tej temperatury nie da się przełożyć na żaden nośnik elektroniczny. Mimo wszystko jest to rejestracją czasu, w którym żyjemy i formą przetrwania w pamięci.

Marta Bacia: W papierach Glenna Goulda znaleziono kiedyś notatkę, w której z przymrużeniem oka nakreślił swój portret. Oto fragment tego tekstu: “Przyjazny, towarzyski ptak-odludek, społecznie nie do przyjęcia, notoryczny antyalkoholik, niezmordowany gaduła, zazdrośnie niezazdrosny, duchowo intensywny, minimalnie salonowy, maksymalnie ekstatyczny – szuka nocnego motyla (i) podobnej natury w celu telefonicznego uwodzenia, Tristanowskich odlotów i nieustannego krążenia wokół świecy. (…)”. Jak Pan, w paru słowach, opisałby siebie?

Marek Moś: Ta notatka jest pewnie artystycznie upiększonym czy nawet wyolbrzymionym obrazem jego faktycznego stanu i zachowań względem świata. Owszem, ten rodzaj bycia samemu jest mi niezwykle potrzebny. Lubię go; Nie jest to jednak rzecz szczególnie wyróżniająca. Bez samotności nie można uzyskać właściwego skupienia, stworzyć warunków do tego, aby nad czymś popracować. Ale przypuszczam, że w życiu codziennym poruszam się w sposób dużo mniej ekscentryczny niż Gould. Spotykam innych ludzi. Robię zakupy. A do tego krążenia nad świecą i stanów metafizycznych uniesień wystarczająca jest dla mnie próba,  czas spędzony z muzykami, których staram się prowadzić w kierunku zmierzającym do prawdy muzyki, nad jaką w danym momencie pracujemy. Rezultat powinien dawać im satysfakcję z pracy ze mną, a słuchaczom – radość z uczestnictwa w koncercie. Nie należę do ludzi egzaltowanych oraz nie uciekam się do metod, które miałyby zwrócić na mnie uwagę jakimś rodzajem ekstrawagancji. Nie jestem także rewolucjonistą. Wyrażam szacunek dla drugiego człowieka. Zwłaszcza, jeśli swoim postępowaniem wyraża on szacunek do muzyki. Nie ma we mnie zgody na chałturę i banalność, a także łatwość w niszczeniu muzyki. Nie wpisuję się też raczej w linię dyrygentów – despotów, chociaż jestem bardzo wymagający i surowy pod względem egzekwowania tego, czego oczekuję. Uważam jednak, że autorytet uzyskiwany strachem jest  bardzo krótkowzroczny. Można tak zniszczyć wiele osób, a od tego jestem jak najdalszy. Innej formy zachowania powinno się użyć, aby we wszystkich spotykanych muzykach zjednać sobie przyjaciół. Umożliwia to podnoszenie swoich kwalifikacji i dokonywanie dynamicznego skoku w poziomie zespołu. Życiorysy despotów są medialnie interesujące, ale nie jest to mój świat postępowania z drugim człowiekiem.

Marta Bacia: Gould jest przykładem skrajnym, ponieważ w jego przypadku ekstrawagancja nie służyła odwróceniu uwagi od ewentualnych braków, nie musiała niczego maskować. Ale ile razy jest tak, że właśnie to, co mogłoby się wydawać zwyczajne, jest tym najbardziej niezwykłym. Tylko czasem chyba o tym zapominamy.

Marek Moś: Absolutnie tak. Zdaje się, że będąc tylko dla siebie samego można pozwolić sobie na więcej. Jednocześnie jest się obarczonym wielkim ryzykiem zatracenia w świecie własnych wyobrażeń. Chcąc budować coś z innymi, trzeba ten element brać pod uwagę. Sytuacja solisty to sytuacja kreowania świata opartego na swoich warunkach, w pewnym sensie idealnego. Pozbawianie się jednak zderzeń z drugą osobą, jej weryfikacją, może prowadzić do życiowej degradacji.

Marta Bacia: Wraca się do punktu, w którym ta druga strona – odbiorca, musi zaistnieć, aby zweryfikować to, co robimy, by można było zobaczyć, czy ta rzecz zostawia jakiś ślad.

Marek Moś: Tak, ale to jest jeszcze inna sprawa. Sam nie wiem, czy kompozytor na końcu procesu twórczego widzi słuchacza, czy też nie. Po pierwsze, aby być prawdziwym, musi mieć coś do powiedzenia. Powinien pisać taką muzykę, jaka jemu samemu się podoba. Ale przede wszystkim, musi komunikatem, który ona zawiera, chcieć się podzielić z kimś poza sobą. Tak samo jest z malarzem, poetą. Inaczej jest natomiast z zawodem, który jakby powołuje do życia muzykę z partytury. Lub reżyserem ożywiającym sztukę i budującym jej świat razem z aktorami. Wydaje się, że element psychologiczny – umiejętność bycia i współpracy z innymi, jest w tych zawodach niezbywalny. Chcąc uzyskać zamierzony efekt w przypadku, gdy tworzywem jest drugi człowiek, niezbędne staje się wyzwalanie pokładów jego energii razem z nim. Odbywa się to na płaszczyźnie psychologicznej. To znowu pokazuje, jak ważna jest intuicja, to, co wrodzone. Bycie dobrym psychologiem nie oznacza wcale przeczytania kilkunastu książek na temat tego, jak należy zachowywać się w stosunku do innego człowieka itp. Zapoznanie się z tego typu wiadomościami niczego nie gwarantuje. Z tą zdolnością trzeba się urodzić. Zawiera się to w słowie charyzma i odgrywa ona zasadniczą rolę. Zdarza się, że ktoś wchodzi do pokoju i ma w swej aurze coś, co w drugiej osobie wyzwala określone uczucia. Bez konieczności powiedzenia czegokolwiek. Choć z pewnością pierwsze zdanie jest równie ważne. A potem drugie i trzecie.

Marta Bacia: Wydaje się, że przywołanie tego słowa w odniesieniu do Pana nie byłoby nadużyciem. Wiele razy podkreślano autentyczność cechującą wykonanie przez Pana poprowadzone. A ta autentyczność została przecież wydobyta, czy jakby sprowokowana, właśnie przez Pana jako swego rodzaju pośrednika pomiędzy partyturą a  zespołem.

Marek Moś: Miło jest mi oczywiście słyszeć takie słowa. Jednak gdy rozpoczynam pracę nad kreacją utworu, czy kiedy wewnętrzna potrzeba zaprowadziła mnie do zajęcia się muzyką z innego miejsca, to nigdy u podstaw tego nie leży – i leżeć nie może – chęć zwrócenia na siebie uwagi. Prawdziwym jest pragnienie, by pokazać wielkość tego, nad czym pracujemy. Czasem przy tej okazji moja osoba zostanie również oświetlona, ale to jest kompletnie nieważne. W przypadku, kiedy reflektor pada na mnie, pozostawia w cieniu dzieło. A to ono jest najważniejsze. Ja powinienem znaleźć się jedynie gdzieś w kręgu tego reflektora i to będzie właściwe miejsce. Wysuwanie siebie na pierwszy plan zawsze jest złudne i fałszywe. Spojrzenie w bardzo silny strumień światła powoduje, że na chwilę przestajemy widzieć. Nasze wewnętrzne spojrzenie nigdy nie powinno zostać zakłócone.

wywiad przeprowadziła: Marta Bacia

foto: Marta Bacia

wyszperaj coś więcej ▼

Co mówią nuty
O tym, co wynika z różnorodnych muzycznych zderzeń, jak przebiega proces konstrukcji utworu, jakie jest w nim miejsce dyrygenta, a także na co być może zamieni w przyszłości batutę, mówi MAREK MOŚ  ? dyrygent i dyrektor artystyczny Orkiestry Kameralnej Miasta Tychy AUKSO.

Podczas ostatniego Festiwalu Tauron Nowa Muzyka miał miejsce bardzo entuzjastycznie przyjęty koncert Aukso z artystą sceny elektronicznej ? Guillermo Scottem Herrenem, który pojawił się wtedy w Katowicach jako  Prefuse 73. Już wcześniej orkiestra brała udział w projektach, w których zaangażowani byli DJ’e , jak np. spektakl Carmen TV czy koncert na 2 Festiwalu Prawykonań. Czy mógłby Pan opowiedzieć jak wyglądała współpraca ze Scottem Herrenem?
Marek Moś: To spotkanie rzeczywiście nie było pierwszym, przy okazji którego zetknęliśmy się                        z muzykami spoza czystej klasyki. Na Festiwalu Prawykonań w 2007 roku zagraliśmy utwór Mikołaja Majkusiaka, napisany na głos, skrzypce i DJ’a z towarzyszeniem orkiestry smyczkowej. Zawierał on improwizacyjne fragmenty, w których swobodnie mogła poruszać się Urszula Dudziak czy też DJ, były one jednak formalnie zakomponowane. I właśnie podejście do formy ? jako do zamkniętej całości, jest tym, co różni te dwa przedsięwzięcia. Koncert na Festiwalu Tauron został zrealizowany w oparciu o otrzymany wcześniej, dość specyficzny materiał płytowy. Piotrowi Steczkowi bardzo twórczo udało się dopełnić go brzmieniem smyczków i dla ludzi obecnych tamtego dnia w Szybie Wilson właśnie ta warstwa okazała się interesująca. Choć na początku obawiałem się, że rodzaj nostalgii wiszącej w powietrzu nad całym tym przedsięwzięciem może wydać się niektórym nieco nużący. Koncerty, jakie dotychczas odbywały się w ramach festiwalu Tauron miały trochę inny charakter. Ponadto tych kilka tysięcy osób słuchało tego koncertu na stojąco, co nie sprzyja kontemplacji, a raczej poruszaniu się w rytm beatu perkusji czy gitary basowej. Jak się później okazało ? byłem w błędzie. Słuchacze odebrali ten koncert bardzo dobrze.
A co do współpracy….. Była ona przedziwna. W zasadzie zostaliśmy pozostawieni sami sobie. Do materiału, nad którym pracowaliśmy, Herren w czasie naszych spotkań sporadycznie coś dogrywał, a perkusista  właściwie ani razu nie uderzył w instrumenty. Ta sytuacja musiała ich nieco peszyć, najczęściej występują tylko w dwie czy trzy osoby. Kluczową sprawą jest wtedy znanie się, bycie ze sobą, co daje możliwość swobodnego przekształcania dźwięków, budowania z nich takich przestrzeni, na które w danej chwili ma się ochotę. Współpraca z zespołem, liczącym ? tak jak miało to miejsce w tym przypadku – kilkadziesiąt osób, jest zupełnie innym doświadczeniem. Nie można było zdać się wyłącznie na improwizację. Po pierwsze muzycy grający klasykę najczęściej nie są improwizatorami; po drugie improwizowanie przez blisko trzydzieści osób można by przyrównać do totalnego chaosu. Dlatego zaczynając pracę nad tym przedsięwzięciem, przyjęliśmy założenie, iż otrzymana płyta stanie się dla nas bazą i wzorcem. Do niego, jako do pewnego rodzaju formy, dopasujemy wszystko, co później będzie się miało wydarzyć podczas koncertu. Dla mnie było to zderzenie ciekawe, aczkolwiek niezwykle egzotyczne.

A jak można ustosunkować się do głosów, które nazywają tę muzykę ?lekką?, mechaniczną?

Czy ja wiem? Każdy ma świat, w którym się realizuje. Jest to muzyka trudna do tego, aby ją formalnie objąć. Poruszając się w obrębie własnej wyobraźni, będąc solistą, w pewnym sensie prezentuje się tylko to,                    co w danym momencie chce się wykonać. Jest to odpowiedzialność wyłącznie wobec siebie. W przypadku współpracy z innymi nasz osobisty komunikat musi zostać sformatowany. Wspólnie trzeba wyznaczyć kierunek, w którym zmierzać mają nasze starania, ponieważ w przeciwnym wypadku zamieni się to w czystą abstrakcję. Przygoda, jaką był występ ze Scottem Herrenem, stanowiła dość trudne wyzwanie. Tym bardziej cieszę się, że sobie z nim poradziliśmy. Jak wielokrotnie wspominałem, ja i zespół otwarci jesteśmy na tego typu kontakty. Mam nadzieję, że w przyszłym roku poznamy jeszcze kogoś innego, być może z bardziej dynamicznym beatem. Jednak rodzące się znaki zapytania czy pewien rodzaj zdziwienia, jakie często towarzyszą tego typu spotkaniom, uważam za niezwykle cenne.

Zyskuje się nowe spojrzenie, kiedy później wraca się w rejony nam bliższe, znane.
Oczywiście. Z tego też powodu staram się, aby w naszym podstawowym nurcie, tzn. działań na terenie muzyki klasycznej, zespół mógł pracować nad utworami z różnych okresów w historii muzyki. Zetknięcie się ze stylem danej epoki, poznanie jej smaku oddziałuje totalnie. W muzyce te doświadczenia skutkują równie mocno wtedy, kiedy poruszamy się w zgodzie z chronologią, jak i w odwrotnym kierunku. Wykonywanie muzyki współczesnej pozwala instrumentaliście odnieść się w inny sposób do rzeczy powstałych 200 czy 300 lat temu. Ciągle poszerza się jego wyobraźnia.
To decyduje później o tym, że utwory z poprzednich epok w dalszym ciągu żyją.
Można na nie spojrzeć z perspektywy dzisiejszych czasów. Oczywiście, pisano zupełnie inną muzykę. Wydaje się jednak, że człowiek w sposobie odczuwania, w swych emocjach, tak naprawdę się nie zmienia. Zmienia się wszystko dookoła. To na nas wpływa i życie muzyczne również podlegało ewolucji. Ale bardzo często odnoszę wrażenie, iż niektórzy uważają muzykę z czasów Mozarta czy Bacha za różną w swym wyrazie od naszej, bo inni byli ludzie. Moim zdaniem byli napełnieni takimi samymi emocjami, tymi samymi uczuciami, jakie i my mamy, a może bardziej wyrazistymi, niż nam się dzisiaj wydaje. Kiedyś człowiek przeżywał bardziej w środku, gdyż nie miał tak wielu ataków różnego rodzaju mediów z zewnątrz, które zabierają mu to, co dla niego najbardziej istotne. Wtedy panował zdecydowanie większy spokój przeżywania.
Teraz wmawia się nam, że aby nasze życie było pełnym, wręcz koniecznie potrzebujemy niektórych wrażeń, doświadczeń. Ale czy rzeczywiście? Przecież kiedyś ludzie wcale nie operowali mniejszą skalą emocji.
Zgadza się. Doskonale rozumiem, że dzisiaj każdy sprawdza, co dzieje się na świecie. Ale, tak naprawdę, czy czegoś się dowiaduje? Jest to zbiór raczej niepotrzebnych informacji ukierunkowanych na to, aby człowieka zaszokować, zaskoczyć. Dodatkowo najczęściej są to złe wiadomości, które zawsze świetnie się sprzedają. Można ulec wrażeniu, że świat staje się coraz bardziej wrogi i niebezpieczny. A wystarczy na chwilę wyłączyć radio czy telewizję i ? na przykład ? przejść się do lasu, aby odzyskać właściwą ostrość widzenia. Nie moją przestrzenią jest Wielki Kanion, wydarzenia dziejące się gdzieś na lotnisku czy konflikt wojenny. Niewątpliwie jest to bardzo ważne, ale w istocie nie mam na to żadnego wpływu. Nas jako ludzi czyni to tylko bardziej niespokojnymi.
Zapytany kiedyś o kondycję muzyki współczesnej powiedział Pan, że muzyka znajduje się w martwym punkcie, przeżywa stagnację. Jak teraz odpowiedziałby Pan na to pytanie?
Bardzo trudno mi się do niego odnieść. Być może osoby, które przewidują, w jakim kierunku zmierza muzyka, czy które same komponują, mogłyby na nie udzielić bardziej zasadniczej odpowiedzi. Dzisiaj jest tyle możliwości. W dalszym ciągu wszystko wolno. Nie stworzona została żadna konwencja, w obrębie której człowiek powinien się poruszać i wyrażać siebie. Rozszerzają się perspektywy wykorzystywania nowych instrumentów elektronicznych i zdaje się, że świat elektroniki będzie coraz mocniej wkradał się              w przestrzeń twórczą. Czy to dobrze, czy źle? Nie wiem. Tylko sama elektronika jest martwym narzędziem. Może być wykorzystana jedynie przez ludzki talent – twórczo albo w sposób, który nie będzie wnosił niczego nowego i właściwie człowieka irytował.
W Stanach powstał już podobno program komputerowy, który znalazł doskonały przepis na piosenkę.                     Ale czy rzeczywiście, wrzucając daną rzecz w pamięć komputera, za każdym razem ? nawet w popie – otrzymamy arcydzieło? I czy za każdym razem będzie to coś indywidualnego? W przypadku muzyki poważnej sposób ten nie znajduje zastosowania i wciąż najważniejszy jest człowiek.

Całe szczęście, można powiedzieć.
Nieraz prawdziwa twórczość leży blisko tego, co nazywa się przemysłem muzycznym. W twórczości artystycznej chodzi jednak o to, aby chcieć przekazać drugiemu człowiekowi coś ważnego. Bez względu na to, jak to się sprzeda. W przemyśle muzycznym najważniejszy jest produkt i zyski z niego płynące,                       a miernikiem sukcesu – ilość sprzedanych płyt. Z pewnością uczestnictwa w takim sukcesie życzyłby sobie każdy, lecz dla wielu jest to niemożliwe. Ale zdarza się, że nagle pojawia się ktoś, kto podważa tę dobrze znaną receptę. Nie ulega on temu, co sztampowe, produktom fabrycznym i plastikowym, a siłą swojego komunikatu jest w stanie zgromadzić wokół siebie odbiorców.

Edward Munch na postawione mu pytanie: jakie obrazy są ważnymi, odpowiedział, że ?ważne obrazy to obrazy wyrzucone poza czas?. Wydaje mi się, że zdanie to można też doskonale przenieść na grunt muzyki. Które utwory są Panu szczególnie bliskie, w stosunku do których można by użyć tego określenia?
Jest ich zbyt wiele, aby je w tej chwili wymienić. Ale co do wypowiedzi Muncha, to słowem określającym to, co poza czas wyrzucone, jest arcydzieło. Bardzo często słowa tego się nadużywa, a mówi  jednak o tym, że nawet u wybitnych kompozytorów zdarzają się dzieła wyjątkowe. Jednakże, by się o tym przekonać, potrzeba dystansu czasu. Rozmawiając ze współczesnymi kompozytorami myślę, że im bardziej jest ktoś człowiekiem pokornym i skromnym, ten potrafi swój dorobek artystyczny poddać weryfikacji. Zdać sobie sprawę, że spośród wielu napisanych przez siebie utworów, np. dwa czy trzy przetrwają. Ma co do nich pewność, że nie zgubił ani jednej nuty oraz ani jednej nie napisał z naddatkiem. Nie jest to łatwe, gdyż twórca jak nikt owładnięty jest własnym światem dźwięków czy kolorów i często nie jest w stanie obiektywnie spojrzeć na swoją twórczość. Po śmierci decyduje o tym czas. Jest takie powiedzenie, że ?złych utworów nie da rady zamknąć w szufladzie?. Rzeczywiście, jeśli taka szuflada nie ulegnie zniszczeniu to ktoś ją kiedyś otworzy. Wtedy to, co wybitne, ujrzy światło dzienne i poznamy człowieka, który za tym stoi. Niestety, czasem dzieje się to po 200 latach. Dzisiaj wygląda to inaczej, świat staje się globalną wioską. Historia zna jednak przypadki, kiedy ? najczęściej w starych bibliotekach klasztornych – odnajdywane były rzeczy, które przeleżały w milczeniu kilkaset lat.
Przy okazji prawykonania ?Pasji? Pawła Mykietyna pojawiły się opinie, że ten utwór zaczyna nowy rozdział w polskiej muzyce współczesnej. A jak jest według Pana?
Wydaje mi się, iż nie jestem osobą, która w sposób autorytarny mogłaby się na ten temat wypowiedzieć. Dzieło to wywołało rozmaite reakcje. Jednych zachwyciło, ale byli i tacy, którym się ono nie spodobało, bynajmniej nie z powodu niechęci czy rezerwy wobec twórczości Pawła Mykietyna. Uznali tę ?Pasję? za pójście na łatwiznę, zaprzedanie drogi czystej abstrakcji formie zbyt mocno kojarzącej im się z teatrem muzycznym. Prywatnie cenię ten utwór bardzo wysoko. Według mnie w muzyce nie chodzi o to, żeby pokazać światu, jak dobrze i sprawnie składam nuty (czego w tej kompozycji również nie brakuje), tylko co te nuty mówią. Dźwięki tego utworu mówią bardzo wiele. Wzruszają mnie. A w sztuce, w obcowaniu z nią, wzruszenie zdaje się być elementem dla twórcy najważniejszym. Przypuszczam także, iż Paweł nie napisze teraz kolejnej pasji, a następne rzeczy będą całkiem inne. Nie jest tak, że odkrył metodę, której będzie się już cały czas trzymał. Postanowił taki utwór skomponować i tak się stało. On sam nazwał to wielką przygodą życia.
Słychać głosy, że kompozytorzy piszący muzykę do filmu czy do teatru, zaczynają myśleć inaczej. Największym zarzutem jest spustoszenie, jakie dokonuje się w formie utworu. Uważam jednak, że niektórzy nie potrafią się przed tym obronić, a inni ? tak. Muzyka powstająca do konkretnych scen jest już ze swej konieczności czymś lapidarnym i jakby niedokończonym. Dlatego też nie generalizowałbym i nie zgodzę się z opinią, że ktoś tworzący muzykę do filmu nie jest w stanie napisać świetnej symfonii.
A jak wygląda proces konstrukcji utworu,  praca nad partyturą? Jak, patrząc na zapis nutowy, dokonuje Pan wyboru tego, co w utworze jest najistotniejsze i wydobywa prawdę, która się tam znajduje?

Te nuty niby są, a jednak niezbędne jest, aby ktoś w nich i z nich stworzył razem z muzykami doskonały mechanizm, który w dalszym ciągu będzie zdolny wzruszyć słuchacza. Nie chcę być piewcą ignorancji, gdyż wiedza jest niezmiernie ważna, ale tak naprawdę, decydujące w muzyce są wyobraźnia i intuicja. Dlatego też nie potrafię dokładnie powiedzieć, jak ten proces przebiega. Kształtowanie materii dźwiękowej, wyzwalanie określonej emocjonalności, odbywa się na wielu poziomach, w tym ? psychologicznym. Siedząc nad partyturą wyobrażam sobie pewne rzeczy. Pracuję trochę jak rzeźbiarz, który z bloku granitu musi odkuć to, co zbędne. Konieczne jest jednak, aby w tym granicie – w swojej wyobraźni, widzieć twarz czy scenę, którą chce się wyrzeźbić. Zajmując się partyturą w warstwie dźwiękowej jest bardzo podobnie. Wszystko, co przeszkadza ? jest chaosem. Ostatecznie stwierdzić to jednak można dopiero na próbie. Proces najbardziej dynamicznej konstrukcji w muzyce odbywa się na żywo; kiedy witam się z zespołem i rozlegają się pierwsze dźwięki. Następuje weryfikacja tego, co chciałbym usłyszeć, z tym, co słyszę. Chyba nigdy nie może się także zdarzyć, aby ułożony w swej głowie obraz egzekwować w pracy z ludźmi od początku do końca. Byłoby to postępowanie niewłaściwe i, co gorsza: nieprawdziwe. Proces weryfikacji zawsze winien być również udziałem wykonawców.

Czyli potrzebne jest wypracowanie kompromisu z zespołem, co jest rzeczą całkowicie inną                                        i prawdopodobnie trudniejszą niż w przypadku mniejszego składu, np. kwartetu czy solisty.

Naszą sytuację można by określić jako nieustanne bycie w drodze. I ma to znaczenie zasadnicze. Kiedy ktoś przedstawia rzeźbę jako produkt swej wyobraźni, to z chwilą jej odsłonięcia następuje konfrontacja z tym,                         co doskonałe. Z idealnym wyobrażeniem znajdującym się w umyśle jej twórcy. Być może stanowić to będzie tylko pewien etap, kiedy pomimo dołożonych starań rzecz ta w dalszym ciągu temu ideałowi nie dorównuje. Ale w danym momencie to odsłonięcie jest jednak punktem granicznym. W muzyce ten punkt graniczny nie istnieje. Sztukę tę cechuje to, że dzieje się w czasie i wykonanie utworu nie posiada charakteru ostatecznego. Nasza rzeźba cały czas żyje. Przedstawiamy ją słuchaczowi jako produkt, który może mu się spodobać, ale mogę zapewnić, że nigdy nie jest on doskonały. To tylko obraz pewnego poziomu, na którym musieliśmy się zatrzymać. Nigdy nie zdarzyło mi się, aby te dwa obrazy: ze świata rzeczywistego i tego wewnątrz mnie, pokryły się. W wyobraźni ta postać zawsze jest dużo piękniejsza i dużo bliższa. Ale bardzo istotną sprawą jest zaangażowanie. Drobną pomyłkę techniczną słuchacze są w stanie wybaczyć. Karygodny jest za to brak emocji, która powinna towarzyszyć każdemu wykonaniu.
Mój kontakt z dyrygenturą zaczął się bardzo późno. Nie jestem wyjątkiem, ale z reguły dyrygenci zaczynają pracę z orkiestrami zaraz po studiach. Cały czas nabieram doświadczenia. Wcześniej jednak przez ponad 20 lat sam grałem i ten okres jest teraz niezwykle przydatny. Gra na instrumencie, co za tym idzie – poznanie jego możliwości, jak również wykształcanie siebie, stanowi wielką pomoc. Ale w moim przypadku najważniejszą rolę odgrywa intuicja. To, co w życiu nieodgadnione, czyli intuicyjne, jest czymś wyjątkowym.
Nie zawsze potrafimy wskazać bezpośrednie źródło inspiracji, bo jest to sumą wszystkiego, co nas otacza…
i jakichś doświadczeń, tego, co zrobiliśmy w życiu, jak przemawia do nas sztuka czy wypowiedź drugiego człowieka. Przychodzimy na świat z zespołem określonych cech. Później w życiu podlegają one zmianom, szlifują się. Z pewną wrażliwością człowiek się jednak rodzi. Na odczuwanie drugiego, na ból. To wszystko  należy do sfery ducha i jest w nas stałe.
Co takiego pociągającego jest w dyrygowaniu?
Jest to interesujące, ponieważ człowiek znajduje się w sytuacji w pewnym sensie także słuchacza. Nie chcę powiedzieć, że nie jest się nim samemu grając na instrumencie – jednym wczucie się w tę rolę przychodzi bardziej naturalnie, inni muszą to w sobie wykształcić. Jednak muzycy nie zawsze słyszą to, co grają. Stojąc przed orkiestrą mam zdecydowanie większy komfort zajęcia się materią, która jest na zewnątrz mnie, której w jakiejś mierze nie generuję osobiście. Nieobca jest temu również wielka żałość czy tęsknota za momentem, w którym to ja ustawiałem palce na gryfie i pociągałem smyczkiem. Teraz muszę być w zgodzie z propozycją innej osoby. Wspaniale jest, kiedy można na tę propozycję przystać, a nawet się nią zachwycić. Co więcej: może ona skłonić nas do zastanowienia się, czy dany efekt nie jest bardziej nawet zadowalający niż ten, jaki stałby się naszym udziałem. Do tego składania muzyki skłoniła mnie także ciekawość. Czułem, że jakiś etap dobiega końca. Pragnienie zmiany stopniowo we mnie dojrzewało i w pewnej chwili po prostu musiało znaleźć ujście. Od tamtej pory nie zagrałem już na skrzypcach żadnego koncertu. Wystarcza mi, że od czasu do czasu poproszę kogoś z orkiestry o pożyczenie instrumentu, aby pokazać mu, jaką barwę czy jakie pociągnięcie sobie wyobrażam. Ale to wszystko. Czuję się szczęśliwy i sytuacja, w której jestem, ciągle mnie intryguje. Kiedy przestanie to, nie wykluczam, że zmienię jeszcze batutę na…pałeczkę czarodzieja. Znacznie ułatwiłaby ona zadanie, którego realizacja najbardziej mnie interesuje: aby móc ludzi uszczęśliwiać.
Zmiana, która nastąpiła, zdaje się być niezwykle trafioną…
Widocznie tak musiało być. Może zostając w Kwartecie, dzisiaj byłbym już nie do wysłuchania? Nie chciałem dopuścić do takiej sytuacji.
Jakiś czas temu Aukso występowało głównie tylko w podstawowym składzie i w planach było jego   poszerzenie, co teraz zdarza się dość często. Jakie są również dalsze plany współpracy z innymi muzykami?
Aukso coraz częściej występuje w większym składzie, co należy uznać za dobrą rzecz, nie czyni mnie to jednak szczęśliwszym. Czasami zdarza się bowiem, że rezultat współpracy z muzykami doangażowanymi nie jest dostatecznie zadowalający. Chciałbym móc spędzać więcej czasu z wszystkimi, którzy pojawiają się na estradzie w czasie koncertu. Nie podważam niczyich kompetencji warsztatowych czy instrumentalnych. Uważam tylko, że aby wspólnie stworzyć coś sensownego, trzeba po prostu razem być, pracować. Natomiast jeśli chodzi o współpracę z różnymi wykonawcami, to daje się tu zauważyć zasadę, która mówi, że im ja jestem lepszy, tym lepszych ludzi spotykam na swej drodze. Planów jest wiele, ale często czekam na to, jak potoczy się życie. A ono każdego roku przynosi spotkania z artystami ważnymi dla mnie i dla zespołu. Są one kolejnym bodźcem pobudzającym do dalszego doskonalenia swoich umiejętności. Niejednokrotnie zdarza się, że ktoś wybitny i do tego skromny, pokazuje, że to, co budzi nasz podziw, dla niego jest czymś zwyczajnym i często nie dość satysfakcjonującym. Życzyłbym sobie wspaniałych  koncertów z mnóstwem zadowolonych słuchaczy, ale również tego, aby każdy kolejny rok był coraz bogatszy w nagrania. Nie dają one tego -  w sensie emocjonalnym – tak bezpośredniego przeżycia, co uczestnictwo w koncercie, ale to doświadczenie jest przecież czymś jednorazowym. Tej temperatury nie da się przełożyć na żaden nośnik elektroniczny. Mimo wszystko jest to rejestracją czasu, w którym żyjemy i formą przetrwania w pamięci.
W papierach Glenna Goulda znaleziono kiedyś notatkę, w której z przymrużeniem oka nakreślił swój portret. Oto fragment tego tekstu: ?Przyjazny, towarzyski ptak-odludek, społecznie nie do przyjęcia, notoryczny antyalkoholik, niezmordowany gaduła, zazdrośnie niezazdrosny, duchowo intensywny, minimalnie salonowy, maksymalnie ekstatyczny ? szuka nocnego motyla (i) podobnej natury w celu telefonicznego uwodzenia, Tristanowskich odlotów i nieustannego krążenia wokół świecy. (…)?. Jak Pan, w paru słowach, opisałby siebie?
Ta notatka jest pewnie artystycznie upiększonym czy nawet wyolbrzymionym obrazem jego faktycznego stanu i zachowań względem świata. Owszem, ten rodzaj bycia samemu jest mi niezwykle potrzebny. Lubię go; Nie jest to jednak rzecz szczególnie wyróżniająca. Bez samotności nie można uzyskać właściwego skupienia, stworzyć warunków do tego, aby nad czymś popracować. Ale przypuszczam, że w życiu codziennym poruszam się w sposób dużo mniej ekscentryczny niż Gould. Spotykam innych ludzi. Robię zakupy. A do tego krążenia nad świecą i stanów metafizycznych uniesień wystarczająca jest dla mnie próba,  czas spędzony z muzykami, których staram się prowadzić w kierunku zmierzającym do prawdy muzyki, nad jaką w danym momencie pracujemy. Rezultat powinien dawać im satysfakcję z pracy ze mną, a słuchaczom – radość z uczestnictwa w koncercie. Nie należę do ludzi egzaltowanych oraz nie uciekam się do metod, które miałyby zwrócić na mnie uwagę jakimś rodzajem ekstrawagancji. Nie jestem także rewolucjonistą. Wyrażam szacunek dla drugiego człowieka. Zwłaszcza, jeśli swoim postępowaniem wyraża on szacunek do muzyki. Nie ma we mnie zgody na chałturę i banalność, a także łatwość w niszczeniu muzyki. Nie wpisuję się też raczej w linię dyrygentów ? despotów, chociaż jestem bardzo wymagający i surowy pod względem egzekwowania tego, czego oczekuję. Uważam jednak, że autorytet uzyskiwany strachem jest  bardzo krótkowzroczny. Można tak zniszczyć wiele osób, a od tego jestem jak najdalszy. Innej formy zachowania powinno się użyć, aby we wszystkich spotykanych muzykach zjednać sobie przyjaciół. Umożliwia to podnoszenie swoich kwalifikacji i dokonywanie dynamicznego skoku w poziomie zespołu. Życiorysy despotów są medialnie interesujące, ale nie jest to mój świat postępowania z drugim człowiekiem.
Gould jest przykładem skrajnym, ponieważ w jego przypadku ekstrawagancja nie służyła odwróceniu uwagi od ewentualnych braków, nie musiała niczego maskować. Ale ile razy jest tak, że właśnie to, co mogłoby się wydawać zwyczajne, jest tym najbardziej niezwykłym. Tylko czasem chyba o tym zapominamy.
Absolutnie tak. Zdaje się, że będąc tylko dla siebie samego można pozwolić sobie na więcej.                     Jednocześnie jest się obarczonym wielkim ryzykiem zatracenia w świecie własnych wyobrażeń. Chcąc budować coś z innymi, trzeba ten element brać pod uwagę. Sytuacja solisty to sytuacja kreowania świata opartego na swoich warunkach, w pewnym sensie idealnego. Pozbawianie się jednak zderzeń z drugą osobą, jej weryfikacją, może prowadzić do życiowej degradacji.
Wraca się do punktu, w którym ta druga strona – odbiorca, musi zaistnieć, aby zweryfikować to, co robimy, by można było zobaczyć, czy ta rzecz zostawia jakiś ślad.
Tak, ale to jest jeszcze inna sprawa. Sam nie wiem, czy kompozytor na końcu procesu twórczego widzi słuchacza, czy też nie. Po pierwsze, aby być prawdziwym, musi mieć coś do powiedzenia. Powinien pisać taką muzykę, jaka jemu samemu się podoba. Ale przede wszystkim, musi komunikatem, który ona zawiera, chcieć się podzielić z kimś poza sobą. Tak samo jest z malarzem, poetą. Inaczej jest natomiast z zawodem, który jakby powołuje do życia muzykę z partytury. Lub reżyserem ożywiającym sztukę i budującym jej świat razem z aktorami. Wydaje się, że element psychologiczny – umiejętność bycia i współpracy z innymi, jest w tych zawodach niezbywalny. Chcąc uzyskać zamierzony efekt w przypadku, gdy tworzywem jest drugi człowiek, niezbędne staje się wyzwalanie pokładów jego energii razem z nim. Odbywa się to na płaszczyźnie psychologicznej. To znowu pokazuje, jak ważna jest intuicja, to, co wrodzone. Bycie dobrym psychologiem nie oznacza wcale przeczytania kilkunastu książek na temat tego, jak należy zachowywać się w stosunku do innego człowieka itp. Zapoznanie się z tego typu wiadomościami niczego nie gwarantuje. Z tą zdolnością trzeba się urodzić. Zawiera się to w słowie charyzma i odgrywa ona zasadniczą rolę. Zdarza się, że ktoś wchodzi do pokoju i ma w swej aurze coś, co w drugiej osobie wyzwala określone uczucia. Bez konieczności powiedzenia czegokolwiek. Choć z pewnością pierwsze zdanie jest równie ważne. A potem drugie i trzecie.
Wydaje się, że przywołanie tego słowa w odniesieniu do Pana nie byłoby nadużyciem. Wiele razy podkreślano autentyczność cechującą wykonanie przez Pana poprowadzone. A ta autentyczność została przecież wydobyta, czy jakby sprowokowana, właśnie przez Pana jako swego rodzaju pośrednika pomiędzy partyturą a  zespołem.
Miło jest mi oczywiście słyszeć takie słowa. Jednak gdy rozpoczynam pracę nad kreacją utworu, czy kiedy wewnętrzna potrzeba zaprowadziła mnie do zajęcia się muzyką z innego miejsca, to nigdy u podstaw tego nie leży – i leżeć nie może – chęć zwrócenia na siebie uwagi. Prawdziwym jest pragnienie, by pokazać wielkość tego, nad czym pracujemy. Czasem przy tej okazji moja osoba zostanie również oświetlona, ale to jest kompletnie nieważne. W przypadku, kiedy reflektor pada na mnie, pozostawia w cieniu dzieło. A to ono jest najważniejsze. Ja powinienem znaleźć się jedynie gdzieś w kręgu tego reflektora i to będzie właściwe miejsce. Wysuwanie siebie na pierwszy plan zawsze jest złudne i fałszywe. Spojrzenie w bardzo silny strumień światła powoduje, że na chwilę przestajemy widzieć. Nasze wewnętrzne spojrzenie nigdy nie powinno zostać zakłócone.




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.