Chillout w stoczni 2/3

Dzień drugi na Soundrive Fest.

Katarzyna Borowiec: Drugi dzień Soundrive’a rozpoczęłyśmy od połowy duetu M83, bez której moim zdaniem Gonzales nie jest już taki fajny jak kiedyś. Formageau radzi sobie równie przyzwoicie, ale panowie przegrali życie nie grając już razem. Team Ghost brzmi momentami jak Sigur Ros ze zmienionym wokalem, ale zdarzają im się też momenty, gdy przypominają siebie bardziej niż cokolwiek innego, i to jest dobre. Gęsta warstwa gitar, mgliste wokale, flirty z shoegazem, jeden z lepszych koncertów festiwalu.

EM: Team Ghost był bardzo pozytywnym zaskoczeniem. Koncert był bardzo ładny, przestrzenny, a efekty na telebimach sprawiły, że odbiór stał się dwa razy lepszy. Niezwykle klimatycznie. Jeśli chodzi o Sjón, to nie przekonali mnie do siebie, a to zapewne za sprawą zabawy z elektronicznym brzmieniem i słabym wokalistą.

KB: Ja tej zabawy szczególnie nie słyszałam; dotarło do mnie za to całkiem przyjemne rockowe granie, meandrujące kompozycje o ciekawej strukturze, jednak znów ten sam problem przyćmił plusy – wokal. Tym razem znośny, ale wciąż pozostawiający wiele do życzenia. A przecież można grać instrumentalnie, tym bardziej, jeśli utwory nie mają typowo piosenkowej budowy.

EM: Później wystąpili TOY i również nie zrobili na mnie większego wrażenia. Chociaż przyznam, że momentami perkusista grał tak, jak lubię, czyli po prostu mocno.

KB: Ten brytyjski zespół znany jest z supportowania The Horrors i trzeba tym ich starszym kolegom przyznać, że dbają o to, by towarzystwo na trasie grało w tym samym klimacie i jednocześnie nie miało najmniejszych szans przyćmić głównej gwiazdy. A tymczasem na małej scenie zagrali Szwedzi.

EM: Chyba nikt nie zebrał takich tłumów na scenie Soundrive co The Janitors. Zespół zagrał bardzo dobry koncert.

KB: Brzmieli trochę jak wariacja na temat Depeche Mode, ze swojej “drone machine” wydając zaskakująco mało dronów. Miało to jednak przyjemny, nieco mroczny klimat.

EM: Still Corners. Szczerze mówiąc obawiałam się, że będzie to nudny koncert. Bardzo lubię ten zespół i miałam co do niego spore oczekiwania. Nie zawiodłam się. Był to jeden z lepszych występów festiwalu. Było bardzo chilloutowo i po prostu ŁADNIE. Z ich muzyką pięknie współgrały światła. Dawno nie rozpłynęłam się tak, jak na ich koncercie.

KB: Ja bardzo lubię “Circulars” natomiast zawiódł mnie materiał z najnowszej płyty, wydanej w tym roku “Strange Pleasures”, która jako całość jest nieznośnie monotonna. Przypuszczałam jednakowoż, że na żywo państwo mogą być o wiele bardziej interesujący, wprowadzając do swych kompozycji więcej życia, i te intuicje okazały się trafne. “Ładny” to dobre słowo na opisanie tego koncertu. Słodkie brzmienia współgrały z kolorowymi światłami, a jeśli jeszcze pomyśleć o znajdującej się gdzieś tam niedaleko plaży zamiast industrialnej przestrzeni stoczni, można było bez przeszkód zanurzyć się w urokliwym klimacie generowanym przez syntezatory i miękki głos Tessy Murray. Najlepszy koncert w drugim dniu.

EM: Potwierdzam, Still Corners dali najlepszy koncert tego dnia. Czego nie można powiedzieć o Cold Pumas, którzy nie pokazali wszystkiego, co potrafią. Trochę szkoda, bo studyjnie brzmią bardzo fajnie. Ale koncert był całkiem udany.

KB: Zimne Pumy! Zachwyciła mnie ta nazwa. Panowie mieli problemy z nagłośnieniem – na początku nie było słychać wokalu, który wydobywa z siebie, nieco mniej standardowo, perkusista. Później zastanawiałam się, czy nie było lepiej zanim sytuacja się unormowała. Patrick Fisher lepiej radzi sobie z bębnami niż z mikrofonem, ale ostatecznie śpiewa na tyle przyzwoicie, że nie brał udziału w konkursie. Muzycznie Cold Pumas niczym szczególnym się nie wyróżniają, ale grają porządny kawałek indie rocka.

EM: Byłam ciekawa co pokażą Egyptian Hip Hop. To, co zobaczyłam zniszczyło wszystko. Wokalista nie umiał śpiewać. To był zwykły bełkot. Proszę Państwa, mamy zwycięzcę na najgorszego wokalistę. Pan zachowywał się jak pajac z cyrku i całego występu nie uratowała nawet warstwa instrumentalna, która naprawdę dawała radę. Tyle przegrać…

KB: Dobrze podsumował sytuację jeden z naszych fanów na profilu w serwisie Facebook – wyglądało to, jakby przypadkowy, pijany uczestnik wdarł się na scenę i nie chciał z niej zejść. Popisy Alexa Hewetta były nie tylko nieudolne, ale wręcz żenujące i całkowicie zniszczyły wszelkie próby jego zespołowych kolegów w kierunku zagrania koncertu.

EM: Wall of Death zagrali dobry koncert. Czegoś im brakowało. Chociaż bardzo podobały mi się hammondowe przygrywki.

KB: Ściana Śmierci to moja druga ulubiona nazwa zespołu na Soundrive. Wbrew niej Francuzi nie grają ciężkiego metalu, a bardziej klimatycznego niż energetycznego rocka. Zauroczył mnie perkusista, który w pierwszym kawałku próbował ogarnąć jednocześnie bębny i gitarę. Wokalista śpiewał ponuro, między innymi piosenkę o Jezusie (Tell me, why?). Całość zalatywała lekko latami 60., klawisze przywodziły na myśl kompozycje Doorsów. Przyjemne granie.

EM: Wydawało mi się, że Esben and the Witch dadzą jeden z lepszych koncertów, a tak naprawdę nie było to nic porywającego. Owszem, ich występ można zaliczyć do jak najbardziej do udanych, jednak ciągle czegoś brakowało wokalowi. Może był za głośno? A może brakowało jakichś efektów? Ale kolejny raz trzeba pochwalić ekipę od świateł – było bardzo klimatycznie.

KB: Liczyłam na to angielskie trio, bo nagrało całkiem miłą płytę pod upominającym tytułem “Wash the Sins Not Only the Face”. Chciałoby się go sparafrazować na “Nagłośnij instrumenty, nie tylko wokal” – głos Rachel Davies dominował nad wszystkim. Przyjemność z takiego rozwiązania to kwestia gustu, bo pani śpiewała bardzo czysto, ale dość wysoko, by zwolenników niższych tonów irytować. Z tego względu całość była rozczarowująca, co widać było po publiczności – pod sceną została tylko garstka widzów.

EM: Na The Hickey Underworld musieliśmy poczekać nieco dłużej. Okazało się, że perkusja się rozpada. Podłożono cegłę i jakoś to miało być. Panowie na początku grali bardzo mocno i energicznie, co było niezłe do pewnego momentu. Taka jednostajna hardrockowa energia trochę mnie zmęczyła. Jednak już końcówka koncertu złożona z nieco lżejszych kawałków wyniosła ten koncert na jeden z najlepszych tego dnia.

KB: Cegła nie dała rady i musiał ją wesprzeć techniczny, co było najciekawszym momentem tego typowo rockowego koncertu z nieco mocniejszym brzmieniem gitary. U mnie Belgowie przegrali z Esbenami, choć jestem w stanie ci uwierzyć, że później było ciekawiej.

EM: Było zdecydowanie ciekawiej, ale niestety widziała to już tylko garstka osób zgromadzona pod sceną.

Część dalsza nastąpi.

Katarzyna Borowiec
Ewelina Malinowska

fot. Krzysztof Sado Sadowski (materiały organizatora)

część 1 >>
część 3 >>




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.