11.11.2010 00:56

Autor: Michał Wieczorek

“Chcieliśmy przemycić na płytę trochę morskiego klimatu” – rozmowa z Marcinem Klimczakiem, klawiszowcem The Black Tapes

Kategorie: Czytelnia, POLECAMY, Wywiady

Wykonawcy:


tbt.jpg “Chcieliśmy przemycić na płytę trochę morskiego klimatu” – rozmowa z Marcinem Klimczakiem, klawiszowcem The Black Tapes

Z Marcinem spotkaliśmy się dzień po premierze drugiego krążka Black Tapes, nic więc dziwnego, że temat “Shipwreck” zdominował rozmowę. Pojawił się też temat release party, które miało miejsce tydzień później w Powiększeniu. Koncert był, jak to koncerty BT mają w zwyczaju, krótki i pełen energii. Jednak pierwsze pytanie dotyczyło czegoś zupełnie innego.

UwolnijMuzykę!: W  ilu zespołach grałeś?

Marcin Klimczak: Spróbujmy chronologicznie, od początku, ponieważ sam już się w tym nieco pogubiłem. Mniej istotne celowo pomijam. Chyba takim pierwszym znaczącym zespołem był Castor Fiber, który potem zmutował do Oregano Chino. Był to pierwszy skład, z którym zagrałem poważniejsze koncerty, pojechałem w pierwszą trasę. To były nasze początki, pierwsze inspiracje, ewidentnie słychać w nich  stoner rocka.

Niemal równolegle z Oregano Chino funkcjonował zespół The Thunderboys, stylistycznie radosny rock/punk. Nie istniał długo, z różnych względów. Skończył się mniej więcej w tym samym czasie, co Oregano Chino. Kolejnym zespołem, w którym uczestniczyłem był Hundred Inch Shadow. Zespół hard core’owy. Grałem w nim około roku. Po zespole 1ooIS był zespół Distant Earth, który też dłużej niż rok nie istniał. Następnie zespół Lord Stereo, w którym gram do tej pory. Dołączyłem także do zespołu The Black Tapes, gram w nim obecnie. Powstał też zespół Mercury, w którym nie wiem, czy gram do tej pory, ale przyjmijmy, że zespół istnieje. Zagraliśmy jeden koncert, nie dorobiliśmy się żadnego płytowego wydawnictwa. To specyficzna muzyka, specyficzni ludzie, tak więc i specyficzne zasady, na jakich funkcjonujemy. Może się to jeszcze zmieni.

Miałem też swój epizod w zespole Komety, który też trwał rok. To chyba jakaś klątwa, bo wiele zespołów nie istnieje ze mną dłużej niż rok. Co prawda są też składy, które udowadniają, że granie ze mną dłużej niż 12 miesięcy jest możliwe – w Black Tapes jestem już ponad rok, w Lordzie Stereo również.

Jest jeszcze zespół Capital. Niedługo będziemy wydawać poważniejszą płytę. Nie wiem, czy to będzie EPka, nie wiem, czy to będzie długa płyta, może Split z zespołem Setting The Woods On Fire. W każdym razie coś na pewno będzie i nie możemy się tego już doczekać.

UwolnijMuzykę!: Jednocześnie grasz i w Black Tapes, i Capital, i w Lordzie Stereo. Jak ci się udaje to połączyć?

Marcin Klimczak: Jakaś regularność musi występować. Jeśli chcemy z tymi wszystkimi zespołami grać, wydawać płyty i być po prostu dobrymi zespołami, to minimalną sumienność powinniśmy zachować. Tydzień ma na szczęście siedem dni i znajdujemy czas, by przynajmniej raz w tygodniu z każdym zespołem zagrać próbę. Wiadomo, że gdy jeden zespół wydaje płytę, to aktywność skupia się na nim i trzeba więcej czasu poświęcić temu konkretnemu zespołowi, inaczej tego by się po prostu nie dało zrobić. Mimo wspomnianego falowego rozkładu zaangażowania udaje się trenować i koncertować ze wszystkimi zespołami względnie regularnie.  Doświadczenie zdobyte podczas grania z jednym zespołem procentuje też w innych składach. To jest oczywiste.

UwolnijMuzykę!: Będzie jakaś trasa Black Tapes?

Marcin Klimczak: W zasadzie jesteśmy w trakcie tej trasy. Jest to trasa weekendowa, ponieważ część z nas ma pracę, która wymaga przyjścia na ósmą i siedzenia do szesnastej, siedemnastej. Gramy raczej w piątki, soboty, niedziele. Płyta wyszła wczoraj, czyli dwudziestego października, ale trasa ją promująca trwa od mniej więcej dwóch tygodni. Tak będzie wyglądała większość naszych weekendów w tym roku. Cieszymy się, że będziemy mogli pograć w różnych miastach. Na przyszły rok mamy już zabukowane kilka kolejnych lokalizacji. Nie jest to typowa trasa w stylu zachodnim, gdzie jedzie się dwa tygodnie, miesiące bez przerwy. Niestety, jest jak jest i musimy się tym zadowolić.

UwolnijMuzykę!: Ile nagrywaliście nową płytę?

Marcin Klimczak: Trochę dłużej niż pierwszą. Chcieliśmy być tym razem sprytniejsi i rozłożyć proces produkcji na dłuższy czas. Oczywiście zawsze jest tak, ze jakieś błędy zostają popełnione i też nie było to wszystko idealnie zorganizowane. Najważniejsze instrumenty, czyli sekcję i podstawowe gitary nagraliśmy tak naprawdę w pięć dni w Lubię Wąchać Winyl Studio. Wokale, klawisze i dodatkowe gitary nagrywaliśmy już u nas, w Mustache Ministry Studio. Myślę, że w sumie zajęło nam to trzy tygodnie, przy w miarę swobodnym trybie pracy.

Trochę czasu zajął jeszcze miks, mastering. W produkcję płyty należy wliczyć konieczną przerwę, która trwa minimum dwa tygodnie, a ma na celu  nabranie odrobiny dystansu, pozwalającego poprawnie wykończyć produkt.

Całość produkcji zajęła nam pięć tygodni. Należałoby jeszcze doliczyć czas poświęcony na projektowanie okładki, ale to działo się mniej więcej równolegle. Za okładkę odpowiada nasz perkusista.

UwolnijMuzykę!: To był jego autorski pomysł na taką morską okładkę czy może razem ustaliliście motyw?

Marcin Klimczak: Od momentu powstania piosenki “Shipwreck”, która nieco kojarzyć się może z szantą, myśleliśmy o marynistycznej oprawie całej płyty. Padł pomysł, żeby zrobić do tego numeru teledysk, który działby się na kutrze. Oczywiście budżet szybko sprowadził nas na ziemię.  Chcieliśmy jednak przemycić na płytę trochę takiego morskiego klimatu i ta okładka jest spełnieniem naszych marzeń dotyczących fal (śmiech).

UwolnijMuzykę!: Co będzie w takim razie singlem promującym płytę?

Marcin Klimczak: “Come, Come Culture of Death”. Ta piosenka, to tzw. czarny koń tej płyty. Nie byliśmy przekonani czy w ogóle ją zamieszczać. To numer, który powstał świeżo przed rozpoczęciem rejestracji krążka. Nie mogliśmy jednoznacznie stwierdzić, czy jest fajny, nie miał jeszcze do końca wymyślonych wokali i klawiszy. Ostateczną formę uzyskał dopiero w studiu.  Przypadł nam jednak mocno do gustu, bo jest przejrzysty brzmieniowo, czuć w nim przestrzeń, każdy instrument ma swoje miejsce. Poza tym jest inny niż pozostałe utwory. Wydaje nam się, że najlepiej brzmi z całego materiału. Wiele osób nam mówiło, że to jest właśnie najfajniejszy kawałek.

UwolnijMuzykę!: Jaki jest twój ulubiony numer na nowej płycie?

Marcin Klimczak: Trudne pytanie, ponieważ nawet jeśli teraz ten ulubiony numer bym wskazał, za jakiś czas może być to już nieaktualne. Jeśli wałkuje się piosenkę kilkadziesiąt, czy nawet kilkaset razy, to miłość do niej może ulec przedawnieniu. Bardzo lubię drugi numer na płycie “Charm of the Bourgeoisie”. Kojarzy mi się z zespołami Hellacopters i Turbonegro, zresztą nawet miał taki tytuł roboczy. Jest fajny klawisz,  hammond, pianinko, jest fajna solówka na początku na pogłosie, riff rwie do przodu. Lubię go wykonywać na żywo.

UwolnijMuzykę!: Na płycie umieściliście “Warsaw”, wyjątkowy kawałek w waszej dość krótkiej historii.

Marcin Klimczak: Tak, wyjątkowy, ponieważ jest najwolniejszy i najdłuższy, jaki kiedykolwiek udało nam się zagrać. Można powiedzieć, że tym kawałkiem zrywamy z tradycją naszych bardzo szybkich i bardzo krótkich numerów. Jest to pierwszy utwór, który można by nazwać, hm, balladą. Pojawiło się takie stwierdzenie naszego wokalisty w oficjalnej “autorecenzji”. Tak, popełniliśmy pierwszą balladę w naszym życiu.

UwolnijMuzykę!: Jaki jest wasz stosunek do Warszawy, której poświęciliście piosenkę?

Marcin Klimczak: Część z nas jest urodzona w tym mieście, część nie. Ja jestem warszawiakiem, aczkolwiek moi rodzice z Warszawy już nie pochodzą.  Tak naprawdę łączy nas fakt, że tu mieszkamy, tu mamy swoich przyjaciół, z którymi gramy, imprezujemy, dzielimy czas, więc nie możemy powiedzieć, że jesteśmy z Warszawą niezwiązani. Jesteśmy bardzo związani i myślę, że nie chcielibyśmy się stąd wyprowadzać. Są też kwestie bardziej osobiste i to chyba o nich jest tekst tej piosenki.

UwolnijMuzykę!: Jak wygląda z twojej perspektywy warszawska scena “rokendrolowa”?

Marcin Klimczak: Na pewno jest kilka zespołów reprezentujących ów nurt, więc możemy o takiej scenie mówić. Muszę też przyznać, ze nam w Warszawie jest bardzo wygodnie, bo jest masa ludzi, z którymi można coś zrobić, z którymi można grać. Niektórzy narzekają, ja doceniam to, że chcąc założyć zespół, niezależnie od stylistyki, ma się pod ręką mnóstwo potencjalnych ludzi do współpracy. To jest fajne.

Myślę, że to wszystko się rozwinie, bo wiadomo, że Polska jest takim krajem, który należy traktować jeszcze nieco z przymrużeniem oka. Stosunek Państwa do edukacji muzycznej mocno odbiega od funkcjonujących i procentujących już standardów w innych krajach.  Na szczęście posiadamy już powszechny i praktycznie nieograniczony dostęp do wszelakich dóbr kultury. Jak ktoś chce znaleźć coś więcej, niż jest w mass mediach, nie ma z tym większego problemu. Wystarczy odrobina dociekliwości. Pojawiają się też rodzime zespoły, które są naprawdę fajne, których nie można już odróżnić od produkcji zagranicznych. Myślę, że wszystko to zmierza w dobrym kierunku, aczkolwiek w swoim tempie.

UwolnijMuzykę!: Nadal czujecie, że stoicie w rozkroku między sceną hard core’ową a sceną indie?

Marcin Klimczak: Osobiście takiego rozdarcia nie czuję, bo ze sceną hardcore’ową nigdy nie byłem jakoś silnie związany. Chłopaki zdecydowanie bardziej, ale są inteligentni i otwarci i z pewnością nie kalkulują i zastanawiają się, czy to jest jeszcze hardcore, czy już indie, czy cokolwiek innego, co zresztą nie ma żadnego znaczenia. Robimy to, co lubimy.

UwolnijMuzykę!: Gracie punk, muzykę buntu. Myślicie, że bunt jest nadal potrzebny?

Marcin Klimczak: Zawsze jest przeciwko czemu się buntować.  Tematów do negacji jest wiele w naszym codziennym życiu. Pewnie Hubert miałby więcej do powiedzenia na ten temat, zresztą we wspomnianej “autorecenzji” streścił sens każdego tekstu z osobna. I faktycznie, w wielu numerach jest ten pierwiastek buntu i myślę, że on jest jak najbardziej zasadny. Nie akceptujemy życia takim, jakim jest, bo ono jest pełne zdarzeń, schematów i zachowań, które naszym zdaniem nie są pozytywne.  Dlaczego więc mamy o tym nie mówić?

UwolnijMuzykę!: Na poprzedniej płycie klawisze pełniły tylko rolę ozdobników, na nowej mają dużo więcej miejsca. Skąd taka zmiana?

Marcin Klimczak: To wynik naturalnej ewolucji zespołu, który zaczynał w mniejszym składzie, klawiszy nie było w ogóle. Po jakimś czasie chłopaki wpadli na pomysł, żeby instrumentarium poszerzyć. Wtedy pojawiła się Patrycja, która objęła posadę klawiszowca. Grała jeszcze przede mną. Były to proste melodie, raczej pełniły rolę ozdobników.  Gdy zastąpiłem Patrycję, klawisze uległy rozbudowie. Chciałem, aby były instrumentem równie charakterystycznym i pełnoprawnym jak gitara, zwłaszcza że ta jest w zespole tylko jedna. Sprawia mi to przyjemność i mam nadzieję, że za bardzo nie przeszkadza w słuchaniu (śmiech).

UwolnijMuzykę!: Wrócą do set listy kawałki z Epki?

Tak, wrócą. Na ostatniej i przedostatniej próbie ograliśmy już “Love Letter” i on się pojawi prawdopodobnie na naszym release party 29 października w Powiększeniu. Na pewno zagramy go na naszych urodzinach. Będzie też kilka numerów z płyty pierwszej, bo rzeczywiście troszkę zaniedbaliśmy ostatnio ten temat, promując nową płytę, ale wynikało to też z faktu, że po prostu byliśmy strasznie znudzeni starymi numerami i chcieliśmy grać nowe. Teraz, po pewnej przerwie, stwierdziliśmy, że tamte kawałki miały swój urok i są po prostu fajne. Dlatego będziemy je grać.

Rozmawiał Michał Wieczorek

Zobacz więcej ▼




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.