24.04.2011 09:42

Autor: Katarzyna Borowiec

Chapel Club – “Palace”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


Chapel Club – “Palace”
Interscope/2011

Syndrom zbędnego wokalu.

Po prostu tego nie rozumiem, zawsze jesteśmy porównywani do Editors i White Lies – narzeka wokalista Chapel Club. Dorzucę mu jeszcze O. Children i Glasvegas (“Daddy’s Gone” -> “Paper Thin”), choć pewnie bardziej ucieszyłby się z porównania do My Bloody Valentine albo Deerhunter. Jednak nie wystarczy ściana gitar, żeby równać się z mistrzami gatunku, a Bradford Cox jest znacznie śmielszy. Ponieważ główny problem tego albumu to, zdaje się, brak odwagi do eksperymentowania. Przede wszystkim ze strony wokalisty. Całkiem niezłe shoegazeowanie przyćmione jest na “Palace” sztampowymi melodiami wyśpiewywanymi przeciętnym głosem. Przy pierwszym słuchaniu łatwo przegapić całkowicie, co się dzieje w tle.

Chapel Club to zespół debiutujący, który powstał dość spontanicznie z inicjatywy gitarzysty, Michaela Hibberta. Dobrawszy sobie kolegów grających na pozostałych instrumentach, pomyślał, że niezbędny jest mu jeszcze wokalista. Nie wiadomo, czy brał pod uwagę głos żeński, ale nie był specjalnie wybredny: ot, kolega Lewis Bowman podobno, choć nigdy się tym nie zajmował, będzie umiał zaśpiewać, a piosenki już na pewno napisze, bo układa wiersze.

Gotową muzykę wysłano przyszłemu wokaliście, który dopisał do niej linie melodyczne i wymyślił słowa. To słychać. Melodie wprawdzie nie są niedopasowane, ale momentami brzmią jak naddatek. Może niekoniecznie kawałki Chapel Club sprawdziłyby się jako instrumentale, ale przydałby im się ciekawszy wokal. Lewis obraża się za porównania do White Lies, ale jego głos nie ma tego potencjału, co wokal Harry’ego McVeigh. O czym zresztą wie, przyznając się w wywiadach do potrzeby dodawania echa.

Atutem wokalisty miały być jego teksty. Owszem, dużo w nich odwołań, głównie biblijnych, za co podziwiają je recenzenci, ale mnie nie do końca przekonuje zaczynanie kawałka od słów Rany archanioła wciąż krwawią. Najlepiej jest w “O Maybe I” gdzie proste słowa I just can’t go through it again/ Nobody ask you to, darling/ I just can’t pretend that I care/ But whoever thought that you do? nabierają niezwykłego uroku. Równie chwytliwą piosenką jest “All the Eastern Girls”, ale wokalista mógłby sobie darować końcówkę (shalalalalala/ this is a love song).

Żeby choć trochę polubić debiut Chapel Club, trzeba się weń wsłuchać, ale album do tego wsłuchiwania się nie zachęca. Schematyczny sposób myślenia o zespole – mamy już gitary i perkusję, teraz potrzebujemy wokalu, to co? znamy kogoś, kto umie śpiewać? – daje w rezultacie materiał, który szybko wyparowuje z pamięci. Panowie mówią jednak, że chcą eksperymentować, na co teraz mają więcej czasu. Piszę się na słuchanie drugiej płyty.

Katarzyna Borowiec

If you can see this, then you might need a Flash Player upgrade or you need to install Flash Player if it's missing. Get Flash Player from Adobe.

wyszperaj coś więcej ▼


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (6 głosów, średnio: 6,83 / 10)



Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.