16.10.2010 11:13

Autor: Michał Stępniak

Bylejakość polskiej sceny – jeden z grzechów głównych

Kategorie: Czytelnia, Felietony, POLECAMY


publika.jpg Bylejakość polskiej sceny – jeden z grzechów głównych

Oskarżam pewną część polskich wykonawców o bylejakość i jestem gotów ponieść tego konsekwencje. Nie chcę na razie szafować nazwami, rzucać zbyt pikantnymi szczegółami, bo może po prostu trafiałem na złe dni konkretnych zespołów. Mimo wszystko, moje obserwacje nie są odosobnione. Zarzut nie dotyczy całej sceny alternatywnej, ale, powiedzmy, jej silnej reprezentacji. Wiem, że niczego nie zmienię, ale czasami mam dość narzekań muzyków na słabą frekwencję, drętwą publikę itp. Warto pamiętać, że frustracja może dotyczyć obu stron i publiczność ma do niej nawet większe prawo.

Od dwóch lat nie uczęszczam na koncerty polskich wykonawców z tak dużą częstotliwością jak to miało miejsce kiedyś. Moi znajomi postępują podobnie. Wina zdecydowanie nie leży po stronie znudzenia, lenistwa albo faktu, że niewiele rodzimych zespołów trafia w nasze zapotrzebowania muzyczne. Na ławie oskarżonych powinny stanąć wchodzenie w dorosłość (brak czasu oraz afirmacja towarzyskiego życia w czterech ścianach), wybredność i, zwłaszcza, przykre doświadczenia z ostatnich lat.

Jednemu zespołowi chyba już na zawsze powiedziałem “cześć”. Pomagałem w organizowaniu ich koncertu, tolerowałem dwugodzinne spóźnienie, stan wyraźnego podchmielenia. Nawet jakoś mnie specjalnie nie przejęło jedno z pierwszych pytań, które z ich ust padło po pojawieniu się na sali: “gdzie tu można kupić towar?”. Denerwuje mnie jednak nieprawdopodobnie fakt, że nie są to jednorazowe wybryki. Kilka dni temu znów kazali na siebie czekać ok. 3 godzin i mieli wyraźne problemy z trzymaniem pionu. Wiadomo, Rock ‘n’ roll!  Ileż razy słyszałem jednak od bezstronnych obserwatorów, że widać po nich wyraźne znużenie graniem tych samych utworów. Brak energii, typowa chałtura stają się znakiem rozpoznawczym. Pamiętam jeden z koncertów, na który udałem się licząc, że usłyszę nowe piosenki. Nie dane mi  było, bo zespół na trasę z nowości przygotował tylko dwa covery. Przykrość, żal wydanych pieniędzy i poczucie zażenowania – takie reakcje mieszały się we mnie w drodze powrotnej. Stan ich konta z pewnością jednak wyraźnie się zwiększył. Najzabawniejsze i najsmutniejsze jest jednak to, że nie piszę o jakiejś legendzie, ale niedawnych debiutantach.

To nie jest odosobniony przypadek. Wielokrotnie widziałem na scenie muzyków, którzy chcieli jak najszybciej skończyć koncert lub byli wyraźnie obrażeni na słabą frekwencję. Jestem w stanie to zrozumieć, ale nie mam już ochoty na takie rzeczy patrzeć. Z drugiej strony jeszcze kilka lat temu w mojej rodzinnej Częstochowie na brak publiki można było narzekać, ale nie aż do takiego stopnia. Przykre, że organizatorom cyklu imprez “Fight This Generation” opłaca się właściwie sprowadzać tylko zespół Muchy. Ludzie narzekają, że nic się nie dzieje w mieście, a kiedy poda się im na tacy koncert za 5 zł, to i tak zostaną w domu przed telewizorem lub przeglądając facebooka. W Krakowie, w którym teraz głównie przebywam, problemem może być tych imprez nadmiar, ale nie chcę zgłębiać tego fenomenu, bo patriotyzm lokalny zostawiłem chyba jednak w mieście Świętej Wieży i jeśli mam iść na koncert polskiego zespołu, to wolę zdecydowanie tam.

Wracam do tematu. Oto dwa przykłady bylejakości, które zaobserwowałem jeszcze jako współorganizator (drugi przykład to już zespół mający mało wspólnego ze sceną alternatywną).

Nie tak dawno jedna z kapel poszukiwała supportów na trasę. Pomyślałem, że to fajny pomysł i że świetną sprawą jest, że starsi wyjadacze chcą wspierać młode talenty. Okazało się jednak, że zespoły potrzebne są tylko po to, by pożyczać sprzęt – piec, pasek do gitary oraz pałki. Na supporty “gwiazdy” nawet przez chwilę nie spojrzeli, pijąc piwko w salce obok.

Zespół, który liczy w składzie 8 osób przyjeżdża na koncert bez sekcji dętej, mimo że wcześniej ustalane było, że pojawią się wszyscy. Cena, którą sobie wcześniej zażyczyli uwzględniała również przyjazd busem, a panowie zdecydowali się w ramach oszczędności dojechać osobówką z niekompletnym sprzętem. Koncert okazał się porażką frekwencyjną, ale z ustalonej kwoty zejść nie chcieli.

Bylejakość polskich kapel zaobserwowałem również u kilku debiutantów. Jakże rozśmieszył mnie jeden z młodych, częstochowskich zespołów, który na swoim pierwszym koncercie domagał się zapłaty, mimo że chłopcy zostali przywiezieni razem ze sprzętem i dodatkowo dostali po dwa piwa na łeb. Gdyby jeszcze zaprezentowali wysoki poziom, byłoby to nieco bardziej zrozumiałe.

Nie żądam fajerwerków, wielkiego show, rozwalania gitar, serpentyn, wymyślnych strojów. Oczekuję jednak, że kiedy zapłacę za bilet, dostanę za to coś, co chociaż w pewnym stopniu mnie zadowoli. Dać z siebie można dużo nawet dla pięciu osób. Nie chcę koncertów na “odwal się”. Jeśli dla kapeli najważniejsze staje się to, co dzieje się przed i po wejściu na scenę, to życzę im wszystkiego najgorszego.

Jeśli chcesz żyć z muzyki, to musisz dla tej muzyki też żyć. Nie apeluję o bunt i omijanie koncertów szerokim łukiem. Nie chcę również generalizować, bo wiem, że mnóstwo zespołów daje z siebie wszystko zawsze i wszędzie. Olewactwo, dojście do celu po najmniejszej linii oporu staje się jednak jakąś zarazą. Na razie zwracam tylko uwagę, by takie rzeczy zauważać i jeśli się powtarzają, to głośno o nich mówić. Widziałem, w Internecie, że powstaje “czarna lista organizatorów”. Czemu nie “czarna lista zespołów” o charakterze nie piętnującym, ale póki co – ostrzegawczym?

Michał Stępniak




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.