23.11.2010 15:45

Autor: Michał Stępniak

Bryan Ferry – “Olympia”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


bryan-ferry-olympia.jpg Bryan Ferry – “Olympia”
Virgin/2010

Są tacy artyści, którzy pomimo faktu, że właściwie nagrywają ciągle nowe wersje tych samych piosenek, pozostają wielcy.

Niemal dekada minęła od ostatniego autorskiego albumu Bryana Ferry’ego. Świat ruszył do przodu, pojawiały się i znikały nowe muzyczne mody, ale nikt jakoś nie wypełniał pustki po nieobecnym Ferrym. Tęsknić było więc reakcją jak najbardziej oczywistą.  W sercu tliła się ciągle nadzieja na powrót w wielkim stylu, choć z dnia na dzień wydawała się coraz bardziej mglista. Ferry nie odszedł jednak na muzyczną emeryturę i w tym roku znów zrobił to za co pokochały go miliony osób na całym świecie. Nie trzeba było przecież wiele – po prostu nagrał świetną płytę. Potrafi to robić jak mało kto. Trzynastka dla niego nie jest więc z pewnością pechowa, a “Olympia” dołącza do zestawu najwybitniejszych dokonań w historii muzyki.

Pierwszym, obiecującym sygnałem była już okładka. Tak jak za starych, dobrych czasów Roxy Music znów widnieje na niej piękna kobieta. Tym razem jest to Kate Moss, której rzadko zdarza się wyglądać aż tak atrakcyjnie. Kolejne wzmianki o pracach nad płytą jeszcze bardziej rozbudzały apetyt – Ferry zaprosił do współpracy znakomitych gości i oprócz członków oryginalnego składu Roxy Music (Andy Mackay, Phil Manzanera, Brian Eno – pierwszy raz od 1973 roku!), mamy tu między innymi Davida Gilmoura, Flea, Johnny Greenwooda, Groove Armadę czy Scissor Sisters. Niewątpliwie, muzyczne wydarzenie… i do tego udane!

Jest jednak pewien problem z Ferrym, który polega na tym, że armaty wycelowane w jego osobę zazwyczaj trafiają w cel. Nuda – z takim określeniem można się bardzo często spotkać i zgadzam się z tym w zupełności. Tylko, że nuda nie musi być od razu zła. Podobnie jak piosenki smutne są zdecydowanie piękniejsze niż piosenki wesołe.

Ferry już w pierwszym utworze zaprasza do tańca (You Can Dance). Jest to jednak taniec elegancki i nie mający nic wspólnego ze współczesnymi dyskotekami. Bardziej “Ostatnie tango w Paryżu” niż “Dirty Dancing”. Partnerzy wtulają się w siebie ze łzami w oczach, a nie podskakują z uśmiechem na ustach. To raczej więc taniec wewnętrzny, a nie ten z przedziwnymi figurami akrobatycznymi. Moment, kiedy płyta się kończy jest przez to zdecydowanie bardziej bolesny. Jak tu wracać do rzeczywistości po takiej dawce piękna?

Wszystko byłoby idealne, ale “Olympia” nie trzyma równego poziomu i nie do końca potrafię zrozumieć, po co wśród dziesięciu utworów umieszczać aż dwa covery (“Song To The Siren” Tima Buckleya i “No Face, No Name, No Number” Traffic – zwłaszcza drugi zdecydowanie odbiega poziomem od reszty utworów na płycie). Nie chodzi tu bynajmniej o kryzys twórczy lub zmęczenie, bo z drugiej strony otrzymujemy  piękne “Alphaville” czy “Heartache By Numbers”. Po prostu tak dawno nie mieliśmy nowych nagrań Ferry’ego, że każde zapożyczenie wydaje się niepotrzebnie zajmować miejsce.

Tematyka utworów po raz kolejny zatoczyła koło. “I’m hungry for your love. You scream and whisper” czy “The way you look the way you talk / I’d be your lover not your friend”. To jest tak obrzydliwie pięknie wyśpiewane i niesamowicie melancholijne, że nastrój od razu udziela się słuchaczowi. Słuchając płyty Ferry’ego w mojej pamięci odżył wiersz Czesława Miłosza:

“Moje uszy coraz mniej słyszą z rozmów, moje oczy słabną, ale dalej są nienasycone.
Widzę ich nogi w minispódniczkach, spodniach albo w powiewnych tkaninach,
Każdą podglądam osobno, ich tyłki i uda, zamyślony, kołysany marzeniami porno.
Stary lubieżny dziadu, pora tobie do grobu, nie na gry i zabawy młodości.
Nieprawda, robię to tylko, co zawsze robiłem, układając sceny tej ziemi z rozkazu erotycznej wyobraźni (…) “.

Ferry niedawno skończył 65 lat, ale wierzę, że do ostatnich chwil będzie tak twórczy jak Miłosz i wciąż będzie głównie zainteresowany jedną tematyką. A tymczasem, po przesłuchaniu “Olympia” mogę rzec tylko:  “Ferry, cholera, znów Ci się udało!”.  Płytę kończy zdanie: “Czuję się dziś oszalały”. To dobry znak!

Michał Stępniak

wyszperaj coś więcej ▼


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (3 głosów, średnio: 7,33 / 10)



Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.