17.08.2010 01:35

Autor: Zylka

Browar ugotowany – relacja z Męskiego Grania we Wrocławiu

Kategorie: Czytelnia, Relacje z koncertów

Wykonawcy: | | | | | |


IMG_0692.JPG Browar ugotowany – relacja z Męskiego Grania we Wrocławiu

Żal by było przegapić takie wydarzenie. Na szczęście studiuję i mieszkam we Wrocławiu, czyli mieście objętym krajową trasą pod wezwaniem Wojciecha Waglewskiego – Męskie Granie.

Koncert zorganizowano w Browarze Mieszczańskim. Miejsce idealne, by przywitać ludzi piwnymi ogródkami i stoiskami z zapiekankami. Dopiero potem była scena. Po drodze czekała wystawa. Multimedialny pokaz autorstwa Tomka Sikory. Genialny w swojej prostocie. Samego artysty, niestety, nie spotkałem.

Ku zaskoczeniu mas wszystko ruszyło z kopyta bardzo punktualnie. Punkt siedemnasta na scenie pojawił się Piotr Stelmach. Guru! Przywitanie, wyjaśnienie zasad i pierwsza konkretna zapowiedź. DJ Eprom. To prawda, że z konsoletą potrafi zrobić wszystko. Szkoda, że pomysł nie zaiskrzył. Zbyt wcześnie, zbyt gorąco. Może warto było zostawić go na koniec i rozkręcić imprezę po. Ale występ udany. Później znowu Guru i kolejny wykonawca – Tin Pan Alley. Grają indie, są po debiucie, nagrywają nowe kawałki, a na Męskim Graniu dali naprawdę dobry koncert. Podobnie jak wyczekiwany przeze mnie Oxy.Gen. Pierwsza płyta (“Toxygen”) to rok 2002. Od tego czasu czekam, by zobaczyć ich na żywo. Było “Czemu gdy”, były “Shannon (Runner)”, “Yvett (Blisko jest gdzieś za daleko)”, “Banshee (Jesteś żebym był)” i “Lucid (Dictionary)”. Dziękuję!

Kolejno na scenie stawił się Abradab. Partnerował Mu Mateo Pospieszalski. Dodatkowo kontrabas, perkusja i klawisze i to, co najbardziej znamy: “Rapowe ziarno”, “Miasto jest nasze”, “Baku Baku to jest skład”, “Rap to nie zabawa już”. Formuła ograniczała wykonawców do półgodzinnych występów, ale okazuje się, że w niektórych wypadkach tyle wystarczyło, by porwać. A w niektórych nie.

Duet Maleńczuk – Waglewski w projekcie Koledzy krótko mówiąc nie zachwycił. Choć powinien. Widać było spore oczekiwania, które stłumiło niemrawe wykonanie wytartych już utworów: “Praca na Saxach”, “Ring of Fire” Casha i “W tym mieście trudno jest żyć”. No i byli “Koledzy”. Pan Maleńczuk ze sceny zszedł, ale Pan Waglewski na niej pozostał. Dołączyli do Niego synowie, by zaprezentować “Męską Muzykę”.  Zagrali m.in. “Chromolę” i “Władcę kół”. Bez większych emocji i zaangażowania. Widać najlepsze szykowali się na późniejsze pokazy. Ale wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem. Na Kima Nowaka i Voo Voo czekałem z lekką obawą.

Wcześniej jednak po raz kolejny przekonałem się jak wielkim artystą jest Leszek Możdżer. Pod sceną całkowita cisza i skupienie. Szacunek oddany twórczości muzyka oraz późniejsze owacje powiedziały za siebie. Wypełnił emocjonalną lukę pozostałą po poprzednikach, zaczarował i powielekroć wzruszył. W trakcie jedynie wspomnianych już trzydziestu minut. Na dwa utwory pojawił się Pan Waglewski. Pierwsze tak dobre Jego wejście. Subtelne, liryczne, uduchowione. Zupełne przeciwieństwo tego, co chwilę potem pokazał Kim Nowak.

Fisz, Emade i Michał Sobolewski zabrzmieli jak Motorhead. Zabili wszystkich. Zagrali m.in. “Szczura”, “King Konga” i “Pistolet”. Ogromny szacun. Pełen luz, wyuzdanie, energia i charyzma. Najprawdopodobniej najlepszy koncert wieczoru. I pierwszy, podczas którego oświetlenie i scenografia rozbłysły na dobre. Ale to nie koniec. Guru zaanonsował pojawienie się Mariusza Wilczyńskiego, malarza, twórcy animacji i performance’ów. Kim Nowak wcielili się w rolę taperów. Rozbudowana i mroczna aranżacja “Mojego piórka” posłużyła za ścieżkę dźwiękową dzieł Wilczyńskiego powstających na oczach publiczności. Trzydziestominutowy pokaz przepełniony najwyższą sztuką. To nie był film. To działo się na żywo. Ciężkie do opisania, piękne w odbiorze.  Był to ostatni akcent młodych Waglewskich. Następny i chyba najistotniejszy należał do seniora.

Voo Voo zaprezentowało nowy materiał. Nadchodząca płyta “Wszyscy muzycy to wojownicy” zapowiada się elektryzująco. Bogate kompozycje czerpiące z jazzu, bluesa, nieco trudniejsze w odbiorze, nieco bardzo skomplikowane, ale wciąż piękne. Widownia wydawała się zaskoczona. Napięcie rozładował Mateo Pospieszalski, a potem było już tylko lepiej. Browar był ugotowany. Niechybnie zbliżał się finał. Szkoda, ale za to jaki to był finał. Wrócili Pan Maleńczuk i Abradab, by wspólnie z Voo Voo wykonać piosenkę będącą hymnem Męskiego Grania. “I choćby świat cały/próbował mnie zgłuszyć/już słońce wstrzymałem/jeszcze ziemię poruszę”.

Pointą całego przedsięwzięcia została muzykotronika Michała Jacaszka. Oszczędna w wyrazie, niezwykle sugestywna i delikatna. Niestety, atmosfera padała w rytm kroków rozchodzących się w trakcie koncertu widzów.

Wielki plus za organizację. Wieczór przebiegł nadzwyczaj sprawnie i płynnie. Przerwy między kolejnymi artystami nie istniały. Doskonała oprawa wizualna, dobre nagłośnienie i profesjonalne prowadzenie. Publiczność dopisała. Entuzjastyczne podejście, spontaniczne reakcje oraz masa pozytywnych fluidów. Każdy wykonawca został potraktowany jak należy.

“Oko za oko/ząb za ząb/a każda nuta/z siłą setek bomb/a każdy dźwięk/to sztandar mój/bo muzyk to wojownik/i o ten sztandar trwa bój.” Koncert godny tej zwrotki. Muzyka tak wielka, że nie mieści się w iPodzie. To nie moje, to z Trójki.

Michał Baniowski



foto: Marysia Grudowska





Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.