18.03.2010 01:17

Autor: marcin

Broken Bells – “Broken Bells”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy: | |


broken_bells_cover.jpg Broken Bells – Broken Bells
Columbia Records / 2010

Triumfalny powrót harmonii – taki tytuł mogłaby mieć ta recenzja, gdyby przyszło jej posłużyć za ważny argument w dyskusji nad stanem współczesnej muzyki. Znany ze swojego niekonwencjonalnego podejścia producent Danger Mouse oraz tytan songwritingu James Mercer spotkali się w studiu, by dać z siebie to, co najlepsze.

Patrząc na dokonania obu panów nie trudno dojść do wniosku, że mamy do czynienia z niezwykłą kolaboracją. Wielokrotnie nominowany do nagrody Grammy, skryty pod pseudonimem Danger Mouse,  Brian Burton, słynie z bardzo twórczego wkładu w każdy projekt, w którym macza palce. Wystarczy wspomnieć jego “Grey Album” będący fuzją wybranych elementów “Black Album” Jay’a Z oraz “White Album” Beatlesów. Podobnie rzecz się miała z albumem “Demon Days” Gorillaz czy ostatnim krążkiem Becka “Modern Guilt”, na którym w fenomenalny sposób wydobył z muzyka pewną nową jakość. Szczerze przyznam, że na każdą kolejną porcję muzyki powiązaną z Danger Mousem czekam z niecierpliwością – to pewnik dobrze wykonanej roboty. Z kolei James Mercer to precyzyjny kompozytor, którego siły twórcze skupiały się do tej pory głównie na zespole The Shins. Każdy kto zetknął się z albumem “Oh, Inverted World” potwierdzi, że zespół zaczynając od utworów brzmiących klasycznie indierockowo, wraz z albumami “Chutes Too Narrow” oraz “Wincing The Night Away”  uciekł w stronę zabawy dźwiękiem, eksperymentu, jednocześnie nie rezygnując z tradycyjnego brzmienia.

Zazwyczaj w podobnych projektach zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie elementem alfa, który poprowadzi cały proces powstawania materiału naprzód. W wypadku Broken Bells siły twórcze są na tyle niejednoznacznie rozłożone, że naprawdę ciężko rozgraniczyć funkcje i role obu artystów przy powstawaniu materiału. Dzięki temu projekt już na starcie zapowiada się ciekawie. Wbrew pozorom, które w wywiadach stara się stwarzać James Mercer, nie należy on do najłatwiejszych współpracowników. W połowie ubiegłego roku, kiedy o Broken Bells było jeszcze cicho, muzyk powrócił na krótką trasę z The Shins. Jak się okazało z zespołu “odeszło” dwoje członków zespołu, którzy założyli zespół wspólnie z Mercerem. Perkusista Jesse Sandoval oraz klawiszowiec Marty Crandall zdradzili później, że zostali zwyczajnie wyrzuceni (wcześniej zespół opuścił Neal Langford, również współzałożyciel). Jak wiadomo poszło o różnice artystyczne. Mercer, który ostatnio próbował sił z muzyką filmową (dla dokumentu 180 Degrees South), zapędził się ze swoimi inspiracjami tak daleko, że nie był w stanie pogodzić swoich ambicji z pomysłami pozostałych muzyków. Tymczasowe plany wydawniczo/koncertowe The Shins zostały odłożone do roku 2011.

W muzyce Broken Bells czuć przestrzeń, którą Mercer oraz Burton zostawili sobie nawzajem. Na płycie słychać bardzo mocno, że wspólna znajomość muzyków nie ograniczyła się tylko do regularnych spotkań w studio w celu nagrań. Płyta posiada pewną specyficzną atmosferę, która nie powstałaby pomiędzy muzykami, którzy spotykaliby się w studio raz na dwa tygodnie, by nagrać przypadkowy materiał. To w gruncie rzeczy bardzo osobista płyta. Na czas jej powstawania Mercer zamieszkał u Burtona. W muzyce zgromadzonej na albumie słychać wspólne rozmowy, które towarzyszyły muzykom w studio i poza nim. Krążek składa się z 10 prostych utworów, które poprzez liczne zabiegi kosmetyczno-studyjne wzbogaciły się o mozaiki dźwięków i pięknych melodii. Dzięki temu brzmienie krążka stało się bardzo pojemne.

Otwierający krążek “The High Road” to prosty, kilkuakordowy utwór, w którym poza wokalem Melcera słychać również urozmaicającą cały krajobraz retro elektronikę. Tekstowo, wraz ze słowami Cause they know, and so do I / The high road is hard to find / A detour to your new life / Tell all of your friends goodbye można potraktować utwór jako sygnał tego, że Broken Bells to dla obu muzyków wejście w pewną nową drogę, nowy początek. Utwór kończy beatlesowska coda ze słowami It’s too late to change your mind / You let loss be your guide. Dalej potykamy się o utwory z których każdy kieruje w nieco inną rytmikę i melodykę, siłą rzeczy odsyłającą do niektórych rozwiązań The Shins. Pojawia się również pewna nowa jakość, obecna w takich utworach jak wczesnogorillazowe (lub może bardziej wczesnoalbarnowe) “The Ghost inside”, gdzie poza ciekawym podkładem pojawia się małe urozmaicenie w warstwie wokalnej. Podobnie w świetnym utrzymanym w rytmie bossa nova “Your Head Is On Fire” oraz “Trap Doors”, który urzeka przede wszystkim wyeksponowanym refrenem. Podejrzewam, że oba utwory zainicjował sam Burton, słychać w nich dalekie echa Gnarls Barkley.

Drugi z promujących krążek singli “Vaporize” to propozycja, która podobnie jak “October” oraz niespokojne “Mongrel Heart”, są przykładem solidnego songwritingu przerzedzonego kilkoma smaczkami, które wybijają słuchacza z przekonania, że w piosence nic poza zwrotką i refrenem już się nie wydarzy. Wystarczy wsłuchać się w dynamiczne “Mongrel Heart”, które w połowie zaskakuje nas chóralnym motywem, wzbogaconym w corridowe trąbki. Harmonijne oblicze zespołu najbardziej ujawnia się w delikatnym “Citizen” który pełen nostalgii przypomina to, co działo się na “Adore” Smashing Pumpkins. Album zamyka utwór “The Mall and Misery”, który, jak do tej pory, wygrywa w moim osobistym rankingu 2010 w kategoriach najlepszy refren/najlepsza kompozycja/miazga. Mercer i Burton w mistrzowski sposób pokazują co można wycisnąć z dwóch akordów. Warto przesłuchać ten album chociażby dla Takiego zakończenia.

Co zrobić w przypadku, kiedy zespół wydaje 10 singli na jednej płycie? Broken Bells to projekt, który w pełni wykorzystuje swoje możliwości kompozytorsko-producenckie dzięki czemu otrzymaliśmy album, z jednej strony imponuje szerokim wachlarzem muzycznych barw i tonacji, a z drugiej urzeka precyzją wykonania. Czysta przyjemność.

A simple plan we’d be different from the rest
And never resign to a typical life

It’s not too late
To feel a little more alive
Make an escape
Before we start to vaporize

(“Vaporize”)

Marcin Bieniek

If you can see this, then you might need a Flash Player upgrade or you need to install Flash Player if it's missing. Get Flash Player from Adobe.

wyszperaj coś więcej ▼


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (19 głosów, średnio: 7,79 / 10)



Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.