19.04.2010 22:10

Autor: Michał Wieczorek

Brant Bjork – “Gods & Goddesses”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


gods-and-goddesses.jpg Brant Bjork – “Gods & Goddesses”
Low Desert Punk/2010

8 solowych płyt w 10 lat, w dzisiejszych czasach to wynik wyjątkowy, imponujący. Jeśli jeszcze dodam, że w tym czasie nagrał dwie płyty z Fu Manchu, jedną z Ten East, jedną z Che, na kolejnych kilkunastu udzielał się w taki czy inny sposób, ukazuje nam się obraz prawdziwego tytana pracy.

Zdaję sobie sprawę, że dla wielu Brant jest postacią anonimową, choć, i nie będzie w tym ani cienia p-przesady, zajmuje poczesne miejsce w historii muzyki gitarowej ostatnich 20 lat. Czemu? Żeby odpowiedzieć na to pytanie trzeba się przenieść do Kalifornii na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Konkretnie do Palm Desert w rok 1992. W tym roku narodził się stoner rock przy wydatnej pomocy Branta, który w owym czasie był perkusistą Kyussa. Odpowiadał też za koncept “Blues for The Red Sun”, płyty uważanej za jeden z najważniejszych albumów lat 90. Na dodatek, najlepsze utwory Kyussa wyszły spod jego ręki. Wystarczy tylko wspomnieć “50 Million Year Trip (Downside Up)” właśnie z “Blues…” czy “Gardenię” z “Welcome to Sky Valley”. Po odejściu z zespołu krótko po australijskiej trasie z Metalliką, zajął się muzyką na własną rękę i choć nie zrobił takiej kariery jak Josh Homme, to śmiem twierdzić, że jest równie utalentowany co rudzielec.

Od czasów Kyussa minęło 15 lat. W tym czasie Brant wytworzył swój własny styl, którego nie można pomylić niczym innym. Nie stał się jednak czymś na kształt AC/DC, każda jego płyta jest inna od poprzedniej, choć nadal mieści się w konwencji desert rocka, stylu, za którego powstaniem stoi między innymi on sam.

“Gods & Goddesses” zaczynają się tak Brantowo, że mam wrażenie, że to jakiś okropny autoplagiat, jednak po kilkusekundowym wstępie jest coś, czego Brant wcześniej nie grał: klasyczne boogie. A potem mamy już klasycznego Branta. Chwytliwe refreny, funkowe podbicie, dużo “kaczki” i fuzzu, przestrzenny, rozpalony kalifornijskim słońcem hippisowski rock. Tym, co wyróżnia “Gods & Goddesses” spośród pozostałych płyt Bjorka jest jej “space-rockowość”, echa i pogłosy.

Najbardziej te wpływy słychać w “Little World”, które brzmi jak skrzyżowanie Kyussa z Earthless. “The Future Rock (We Got It)” to typowy Brantowy rocker, prosto do przodu, z punkowym zacięciem, ale i z tym space’owym pogłosem nałożonym na wokal. “Porto” idealnie wpisuje się w styl “Jalamanty”, przepysznie, funkowo bujając. Kończące “Somewhere Some Woman” zaczyna się Kyussowo, a pod koniec staje się bardzo Youngowe z mnóstwem przesterów i przeciąganych dźwięków gitar. “Radio Mecca” to groover, jakich jest wiele w twórczości Branta.

“Gods and Goddesses” nie jest płytą na miarę “Jalamanty”, “Punk Rock Guilt” czy nawet “Brant Bjork and the Operators”. Jednak jest to płyta na tyle równa i na wystarczająco wysokim poziomie, by zagościć w moim podsumowaniu roku gdzieś w pierwszej dziesiątce.

Michał Wieczorek

Zobacz więcej ▼


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (11 głosów, średnio: 7,73 / 10)



Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.