16.10.2010 11:10

Autor: Michał Wieczorek

Brandon Flowers – “Flamingo”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy: |


flamingo_cover.jpg Brandon Flowers – “Flamingo”
Island/2010

Wokalista The Killers po raz kolejny próbuje wyważyć drzwi do rockowego panteonu. Tym razem solo, ale z podobnym efektem, co poprzednio.

Umówmy się, jedyna udana płyta The Killers to debiut, który nie tyle jest udany, co po prostu (prawie) bezbłędny. Od “Jenny Was A Friend Of Mine” do “Everything Will Be Alright” jest tylko jeden słaby kawałek (ten ostatni), reszta jest zjawiskowa. Rok 2004 należał do nich. Problemy zespołu zaczęły się, gdy na MTV zamiast tego teledysku, zaczął lecieć ten. O “Sam’s Town” najlepiej zapomnieć, nawet mimo kilku niezłych piosenek. Zapowiedzi Flowersa, że będzie to najlepszy album ostatnich 20 lat to dowód na jego megalomanię i budzą pusty śmiech. Trochę lepiej było na dyskotekowym, rozbuchanym “Day & Age”. Problemem zespołu z Las Vegas od pięciu lat jest to, że chcą zasiąść w tym mitycznym rockowym panteonie między Springsteenem a U2. Chcą grać na stadionach, chcą być kolejnym, nowym sumieniem Ameryki, a zapominają, że najlepiej wychodzą im proste, nowojorskie piosenki.

A może raczej powinienem był napisać “chce”, bo Brandon ma niezwykle wybujałe ego, o czym wszyscy już zdążyli się przekonać, na przykład słuchając jego buńczucznych wypowiedzi.

Jednej rzeczy nie można zarzucić “Flamingo”: słabej produkcji. Za konsoletą stali Brendan O’Brien, Daniel Lanois i Stuart Price. Same grube ryby z branży. Na nic jednak krystaliczne brzmienie, gdy szwankuje cała reszta.

“Flamingo” powiela błędy “Sam’s Town” i “Day & Age”. Po pierwsze – za dużo U2. Po drugie – za dużo patosu i hymniczności. Pisanie hymnów w ogóle nie wychodzi Flowersowi, zbyt często wpada w banał, zarówno słowny, jak i muzyczny. Za bardzo wpatrzył się w Bossa i chciał pokazać w podobny sposób Las Vegas, swoje rodzinne miasto, jego problemy. Zamysł sam w sobie niezły, prawda, mocno oklepany, ale dobrze wykonany, może być ciągle interesujący. Do tego jednak potrzeba dobrych piosenek, których na tej płycie zwyczajnie nie ma.

Chyba największym koszmarkiem jest “Playing With Fire” z okropnym falsetem Flowersa. Zaraz za nim czai się ohydnie kiczowate “Was It Something I Said?”, lata osiemdziesiąte w najgorszej odsłonie, aż zęby bolą od słuchania tej piosenki. Dalej nie jest wcale lepiej. W “Magdalenie” Flowers brzmi jak wykastrowany Springsteen, a sama piosenka, jak bardzo nieudany odrzut z “The River”. Nie chcę się już pastwić nad biednym Brandonem, jestem litościwy, bo przecież ma na swoim koncie “Hot Fuss”.

“Flamingo” to płyta, o której trzeba jak najszybciej zapomnieć. Słuchanie jej sprawia fizyczny ból. Cóż, pozostaje mi nadal udawać, że ciągle jest rok 2004.

Michał Wieczorek

Zobacz więcej ▼


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (9 głosów, średnio: 5,67 / 10)



Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.