18.02.2010 17:20

Autor: Michał Wieczorek

Bonnie i Clyde

Kategorie: Czytelnia, Felietony, POLECAMY, Sunday at Devil Dirt, Tylko u nas

Wykonawcy: | |


kills.jpg Bonnie i Clyde

Pani i pan, pan i pani. Duety damsko-męskie istnieją w świadomości słuchacza muzyki i obserwatora popkultury od dawna. Wystarczy wspomnieć Tinę Turner i jej równie wrednego co utalentowanego męża Ike’a czy przesłodką Nancy Sinatrę i Lee Hazelwooda. Często takie projekty to jednorazowe komercyjne wypadki (wpadki?) mające na celu przypomnienie się słuchaczowi lub wypromowanie jednej ze stron. Rzadziej są to wspomniane przeze mnie wcześniej dłuższe kolaboracje. A jak to wygląda w tak zwanym rocku alternatywnym?

W ciągu ostatnich paru lat zauważyłem dość ciekawą tendencję. Otóż na rynku zaczęły się pojawiać mieszane duety będące w całości zespołami. Grupy takie nie tylko komponują cały materiał bez niczyjej pomocy, ale również wykonują go na koncertach zazwyczaj bez żadnego wsparcia z zewnątrz. O kim mowa?

Dobra, na początek to, o czym przed chwilą pomyślał pewnie każdy z was: The White Stripes, dla wielu formacja już legendarna. Zaczynali w Detroit chyba jeszcze jako małżeństwo. Z tego kojarzonego raczej z hip hopem miasta pofrunęli na salony muzyczne całego świata. W ciągu niewiele ponad dekady działalności wydali sześć płyt. Ich album “Elephant” to już klasyk gitarowego grania, a riffy z “Fell in Love with a Girl” czy “Seven Nation Army” katuje każdy, kto chce w przyszłości podbić rockowy świat. Większość krytyków jak i sam zespół podkreślają, że tajemnica ich sukcesu tkwi w prostocie i minimalizmie. Dwa, trzy dźwięki, rytm na 4/4 i wygrywamy wszystkie podsumowania, lejąc po drodze takie ikony technicznego rockowego grania jak Joey Jordison, Kirk Hammett czy Jimmy Page. Do tego lansowanie zasady DIY. My produkujemy swoje nagrania, my decydujemy jak brzmią, w końcu my nagrywamy wszystkie ścieżki, nawet najdziwniejszych instrumentów. Tylko tyle i aż tyle zadecydowało o tym, że terapia rozwodowa państwa White określana jest jako jeden z punktów granicznych dla tak ukochanego przez brytyjskie tabloidy nowego początku rocka.

Inną grupą, którą z pewnością kojarzycie jest… tak, tak, The Kills. Amerykanka i Brytyjczyk, weterani undergroundowych nieznanych projektów punkowych, poznali się w hotelu i stwierdzili, że pograją razem pomimo tego, że dzieli ich Atlantyk. Zaczęli od przesyłania nagranych w domu taśm demo aż po wielu dziwnych przejściach i przeprowadzce Mosshart do Londynu zarejestrowali, dla raczkującego jeszcze wtedy labelu Domino, epkę “Black Rooster”. Zasłynęli niesamowitymi, seksownymi koncertami, na których, nawet na tak wielkiej scenie jak w Roskilde, tworzą klubową klaustrofobiczną atmosferę. Nie lubili odzywać się do publiki ani opowiadać o sobie i dobrze, bo przez pierwsze dwa albumy przemawiała za nich muzyka. Dwie gitary, beat maszyna, dwa wokale. Garażowy brud z odrobiną obłędnej minimalistycznej elektroniki wygenerowanej przez prościutki automat perkusyjny. Przy okazji wydania ich ostatniej płyty “Midnight Boom” zrobiło się o nich głośno za sprawą rzekomego romansu Hotela z Kate Moss (oh ta muza artystów). Nie zmieniło to jednak faktu, że powstało dzieło wybitne, które zajęło wysokie miejsce we wszystkich podsumowaniach roku 2008, a z pary zrobiło najgorętszy featuringowy team współczesnego rocka.

Ostatnia ekipa, jaką z pewnością znacie to Duńczycy z Raveonettes. Sune Rose Wagner i Sharin Foo w przeciwieństwie do wymienionych wcześniej ekip podczas swoich koncertów korzystają ze wsparcia z zewnątrz, jednak materiał na płyty komponują i nagrywają w całości właściwie sami. Jedyny prawdziwy europejski przedstawiciel neopsychodelii to kawał cukierkowego rock’n'rolla polany gaze’owym sosem. Zagrali trasy z całą czołówką gatunku, udowadniając przy tym, że pomimo z gruntu dość popowej melodyki spokojnie odnajdą się na scenie obok ultrapsychodelicznych Black Angels czy szaleńców z Brian Jonestown Massacre. Żeby oldskulowej tradycji młodzieżowych zespołów stało się zadość, raz na jakiś czas nagrywają świąteczne przeboje, a dla złamania klimatu raczą nas mocno elektronicznymi remiksami swojej twórczości. Krótko mówiąc, Bonnie i Clyde współczesnego rocka.

CDN.

Michał Kropiński

wyszperaj coś więcej ▼




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.