28.10.2016 14:33

Autor: Michał Stępniak

Beyoncé – “Lemonade” / Solange – “A Seat at the Table”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy: |


Beyoncé - “Lemonade”
Columbia/Parkwood/2016

Solange – “A Seat at the Table”
Saint/Columbia/2016

Siła sióstr.

Coraz bardziej zaskakuje rozwój niektórych mainstreamowych wokalistek. Proponowane przez nie utwory, które wcześniej miały zapewniać przede wszystkim idealny podkład do wygibasów, dłubania w nosie czy przejażdżki taksówką są wypierane przez rzeczy zdecydowanie bardziej ambitne. W przypadku Beyoncé proces ten rozpoczął się już pięć lat temu na albumie “4″, kiedy artystka zwróciła większą uwagę na r&b czy soul kosztem wpadających w ucho refrenów. Stopniowo zaczęła się też ujawniać inna jej twarz – kobiety, z którą lepiej nie zadzierać, świadomej swoich potrzeb i ocierającej się o nie karykaturalny feminizm. Na szóstym albumie, “Lemonade”, Beyoncé ten obraz pogłębia i robi dodatkowo rzecz niezwykle przyjemną – wydaje album doskonały, najlepszy w karierze, który w kilka miesięcy po premierze i kilkudziesięciu przesłuchaniach nadal robi gigantyczne wrażenie.

“Lemonade” pojawiła się na rynku w kwietniu tego roku (najpierw w postaci cyfrowej, a potem w fizycznej). Sześć miesięcy później przypomina o swoim istnieniu młodsza o pięć lat siostra Beyoncé, Solange. Ona karierę rozpoczęła niemal od razu od pominięcia dyskotekowego oblicza, szukając inspiracji w hip-hopie, r&b i muzyce soul. Dość szybko stała się ulubieńcem części alternatywnej publiki (w 2013 roku odwołano jej występ na Off Festivalu). Do popkultury przeniknęła jednak, niestety, głównie przez incydent z 2014 roku, kiedy uderzyła publicznie Jaya Z, a plotkarskie portale doszukiwały się rozmaitych źródeł tego czynu. Teraz, w wieku 30 lat, wydaje swoją pierwszą dojrzałą długogrającą płytę i ma dużą szansę poszerzyć grono fanów, a także sprawić, że łatka “młodszej siostry Beyoncé” nie będzie uwierająca i stygmatyzująca.

W przypadku “Lemonade” nie sposób uciec od wałkowanego w plotkarskich portalach wątku osobistego. Beyoncé wydaje się rozliczać tutaj Jaya Z, ostrzega go przed kolejną zdradą (Who the fuck do you think I am? You ain’t married to no average bitch, boy!), choć równocześnie może tutaj chodzić o kreację artystyczną i lepiej na tym poprzestać. Zwłaszcza, że te domysły mogą przesłonić to, co tutaj najistotniejszego i najlepszego, a mianowicie piosenki udowadniające wielką artystyczną dojrzałość. Utwory zapadają w pamięć nie tyle przez swoją przebojowość, ale przede wszystkim przez emocjonalność, nieoczywistość czy zaskoczenia. Wściekłość nie jest na “Lemonade” dominantą, bo artystka bywa też liryczna i pokazuje, że jest nie tylko wojowniczką, ale także przeżywającą problemy i rozterki kobietą. Jest więc krzyk, ale i łzy. Otrzymujemy opowieść o zazdrości, złości, przebaczeniu, lecz stanowi to punkt wyjścia do wycieczek w obszary nieco dalsze niż problemy osobiste. Beyoncé występuje bowiem przeciwko niesprawiedliwości i broni wolności, przede wszystkim czarnej kobiety.

Muzycznie najnowsza płyta Beyoncé zahacza o elektronikę, country, reggae, gospel, rock, hip-hop czy ambitny pop. O skali zróżnicowania mogą świadczyć zaproszeni goście. Obok Jacka White’a i Jamesa Blake’a pojawiają się Kendrick Lamar i The Weekend. O braku spójności nie ma mowy. Na “Lemonade” sprawdzają się też doskonale sample zaczerpnięte z Led Zeppelin, Animal Collective czy Isaaca Hayesa. Sama jakość głosu głównej zainteresowanej nie podlega dyskusji, czemu w dużym stopniu służy właśnie duże zróżnicowanie stylistyczne. Beyoncé szepce i wrzeszczy. Potrafi rozpaczać i błagalnym tonem prosić mężczyznę, by do niej powrócił, a z drugiej strony kieruje w jego stronę środkowy palec i dodaje przy tym kilka dosadnych słów.

“Lemonade” to jednak nie tylko muzyka, albumowi towarzyszy film. W materiałach promocyjnych podkreślano, iż stanowią one nierozłączną całość. Choć piosenki z ruchomymi obrazkami robią wrażenie, to w żaden sposób słuchanie ich bez tego dodatku nie niszczy pozytywnego wrażenia, a raczej w kilku przypadkach utwory znacznie zyskują.

W obliczu tego co zaproponowała Beyoncé, najnowsza płyta jej siostry wydaje się projektem znacznie skromniejszym. Paradoksalnie tytuły wiele ze sobą łączy i nie chodzi w tym przypadku o pojawienie się na rynku z zaskoczenia. Za cechę wspólną można uznać wkurzenie. Młodsza siostra Knowles w zdecydowanie większym stopniu dotyka spraw społecznych. Sama w wywiadzie wyznała, że tytuł płyty stanowi zaproszenie do stołu, przy którym nie będzie jednak mowy o niczym zabawnym, a raczej dominującym tematem stanie się bolesna prawda. Na “A Seat at the Table” artystka śpiewa o tym, co oznacza i z jakimi trudnościami łączy się bycie czarnym w USA. Jest tu też mowa o dumie. Prócz piosenek pojawiają się fragmenty wypowiedzi osób z otoczenia artystki, w tym m.in. ojca, który opowiada o dorastaniu w nieustannym strachu przed rasistami. W ten sposób album nabiera nieco dziennikarskiego oblicza. Strategia zaangażowanej muzyki jest obecnie dość popularna wśród czarnoskórych muzyków, ale Solange, na szczęście, decydując się na tego typu tematykę nie przegina i nie ma aspiracji stania się osobą, której teksty ludzie zaczną wypisywać sobie na koszulkach. Artystce udało się w konsekwencji odnaleźć punkt, w którym to co polityczne łączy się z osobistym. Nie jest to jednak punkt, który zniewala i kładzie na łopatki.

Piosenki na “A Seat at the Table” powstawały przez kilka lat, a wpływ na to miały między innymi konflikty z wytwórnią oraz liczne problemy osobiste. Początkowo utwory funkcjonowały jako projekty fortepianowe, a następnie swoje postanowili dołożyć producenci, w tym przede wszystkim Raphael Saadiq. Kilka groszy dorzucili też zaproszeni goście, w tym Lil Wayne, André 3000, Q-Tip czy Kelela. Nie wychodzą oni jednak na pierwszy plan, pozwalając Solange na indywidualny popis. Artystka garściami czerpie z delikatnego r&b, dodając niekiedy coś z soulu, co sprawia, że umieścić ją można obok FKA Twigs, a fragmentami przyrównać również do postaci legendarnych, np. Aaliyah, do której odwołuje się w jednym wersie (Baby, I’ve been more than a woman). Oczekujący przebojów nawiązujących np. do “Losing You” z EP-ki “True” (2012) będą musieli obejść się smakiem. Solange w swoich utworach jest delikatniejsza niż siostra, ale równocześnie mniej zaskakująca. Z jednej strony potrzeba nieco czasu, by wniknąć w klimat, ale z drugiej niekoniecznie pomoże to w przeskoczeniu monotonii, która unosi się nad dużą częścią płyty. Czasami uwierający staje się brak melodyczności, która znika kosztem niekoniecznie przemawiających ozdobników.

Obie siostry Knowles sprawiają, że na muzykę pop można patrzeć obecnie z coraz większym zaciekawieniem i nadzieją. Zarówno “Lemonade”, jak i “A Seat at the Table” to albumy ambitne, osobiste i udowadniające artystyczny rozwój oraz będące świadectwem odkrywania samych siebie. Po tylu latach Beyonce udało się osiągnąć poziom, którego przeskoczenie będzie wymagało wiele trudu. W przypadku Solange dobrym rozwiązaniem byłoby postawienie na klarowność, która sprawiłaby, że moc przyciągania utworów stałaby się porównywalna do tego co proponuje starsza siostra. W czasie słuchania tych dwóch albumów, jeden po drugim, łatwo o wrażenie, że za kilka lat wspólna płyta pań Knowles mogłaby być tym, co sprawi, że usta jeszcze szerzej się otworzą z wrażenia.

Michał Stępniak


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (6 głosów, średnio: 7,17 / 10)



Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.