25.04.2011 08:04

Autor: Katarzyna Borowiec

Belle and Sebastian śpiewają o miłości w Warszawie

Kategorie: Czytelnia, POLECAMY, Relacje z koncertów

Wykonawcy:


belle2010.jpg Belle and Sebastian śpiewają o miłości w Warszawie

Pierwszy występ mistrzów melancholii w naszym kraju – przepiękny i ekstatycznie radosny.

Kiedy Stuart Murdoch wreszcie postanowił się odezwać, zawołał tłumaczkę. Chyba nikt nie słucha Belle & Sebastian nie rozumiejąc ich wspaniałych tekstów, dlatego później pomoc była już niepotrzebna. A materiału do tłumaczenia byłoby dużo – wokalista miał świetny kontakt z publicznością i sypał zabawnymi komentarzami. Za nieodparty urok osobisty dostał zresztą od fanek żółte żonkile.

Oprócz sześciu osób z podstawowego składu na scenie Stodoły tego wieczoru znaleźli się również: Sarah Wilson grająca na wiolonczeli (albo na klawiszach czy flecie), kwartet smyczkowy (inny na każdym koncercie) oraz Dave McGowan i Nigel Bailie (aż dwie osoby muszą zastępować Micka Cooke, który zrobił sobie przerwę w występach). Do tych trzynastu osób dołączyło jeszcze pięć – Stuart lubi zapraszać na scenę publiczność, w rozsądnych ilościach. Szczęśliwcy wybrani przez niego z pierwszych rzędów (oczywiście spośród chętnych) tańczyli z zespołem przez dwa kawałki, a potem w nagrodę dostali medale i uściski.

Belle & Sebastian wywołali entuzjazm tak wielki, że czasami publiczność zagłuszała piskami i oklaskami cichsze momenty piosenek. Za to kiedy zespół sterował tym szaleństwem, wychodziło całkiem ładnie – Stevie Jackson zorganizował wspólne śpiewanie podczas “I’m not Living in a Real World”, czasami pozostali sugerowali klaskanie do rytmu (którego było trochę za dużo). Na koncert przyszła młodzież – jak stwierdził Stuart: “ta piosenka jest starsza niż niektórzy spośród was”. Młodzież była cool: “Oni wiedzą, że to Rolling Stones. Są młodzi, ale są hip. Ja to widzę”. Szkoda, że nie chciała, żeby zespół zagrał “Jumpin’ Jack Flash”.

Publiczność nie chciała coverów, chciała hitów. Ale było ich niewiele. Koncert mógł też potrwać nieco dłużej niż około godzinę i czterdzieści minut. Ale za to zagrany był świetnie. Najwięcej było oczywiście utworów z najnowszej płyty, a aranżacja koncertowa zrobiła cudo z “I Want the World to Stop”. Na mnie większe wrażenie, niż przeboje (“I’m a Cuckoo” i “Legal Man”) zrobiło “I Fought a War” z piękną partią trąbki. Świetne było też “If You Find Yourself Caught in Love” które Stuart śpiewał spacerując po barierce, tuż nad naszymi głowami. Ale najwspanialszy moment tego radosnego koncertu to “Judy and the Dream of Horses”. Piosenka ze wstępem na gitarze akustycznej była tak poruszająca, że przestałam być zawiedziona brakiem miażdżącego “Get Me Away From Here, I’m Dying”. Nie lubię płakać.

Tego wieczoru Belle and Sebastian wybrali radość. W tym rozradowanym nastroju pozostawili publiczność po osiemnastu piosenkach (przynajmniej po jednej z każdego albumu). Ciężko się nie uśmiechać na samo wspomnienie, choć niejeden fan nie wybaczy pominięcia “Funny Little Frog” i innych niedostatków setlisty. Zespół pewnie jeszcze kiedyś nas odwiedzi, aby je nadrobić – jak zasugerował Murdoch, może za dwa lata, po nagraniu kolejnej płyty.

Katarzyna Borowiec

wyszperaj coś więcej ▼




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.