06.07.2011 17:30

Autor: Maria

Open’er. Z kaloszami pod pachą i mantrą na ustach vol.3

Kategorie: Czytelnia, Relacje z festiwali

Wykonawcy: | | | | | | | |


Open’er. Z kaloszami pod pachą i mantrą na ustach vol.3
3.07.2011/Gdynia

Czy takiej pogody nie mogło być przez cały czas? Podczas ostatniego dnia festiwalu dopisała zarówno pogoda, jak i artyści. Aż żal było wracać do domu.

Ciekawym zjawiskiem na scenie Young Talents był tego dnia występ Asi Miny, czyli Asi Bronisławskiej, znanej również z The Complainer. Tuż po pojawieniu się na scenie, Asia zarzekła się, że nie jest tak młoda, jak by ta scena wskazywała, “Raczej forever young”. Pomimo, że orkiestrę dętą trzeba było sobie wyobrazić Asi Mina zagrała przyjemny koncert przy mniej lub bardziej standardowych dźwiękach, a już z pewnością z niestandardową choreografią w wykonaniu samej wokalistki. Przyjemny odbiór tekstów a’la Miron Białoszewski psuł tylko znany nomen onem również z The Complainer, perkusista. Tak jak Bartosz Szczęsny, wszystko, czego się tknie, zamienia w złoto – tak pan Kucharczyk wprost odwrotnie. Garkotłuczna perkusja, zarówno w The Complainer, jak i w tym przypadku, potrafiła wywołać opadnięcie rąk i przniesienie się pod Tent Stage.

Proszę państwa, w tym jest moc!
Festiwal jest tym pięknym miejscem, gdzie poznaje się ludzi, zespoły i wokalistów, o istnieniu których nie miało się wcześniej pojęcia, a którzy wywołują piorunujące wrażenie. Tak było w moim przypadku między innymi z These New Puritans. Pierwsze dźwięki występu kapeli wbiły mnie w ziemię. Stałam oniemiała z zachwytu przez całe “We Want War”. Było tam wszystko: cymbały, perkusja, klaskanie i trąbki, mrok i zło, a jednocześnie podanie w formie idealnie przystępnej i nie odstraszającej. Później krzywa zachwytu zaczęła gwałtownie pikować w dół, gdy dotarła do mojej świadomości informacja, że wokalista bardziej jęczy niż śpiewa. Mimo usilnej potrzeby wsłuchania się w muzykę i ignorowania wokalisty, krzywa zachwytu nie wróciła już do poziomu wyjściowego.

Wombaty w bieli
Podobno The Wombats są już w jednym worku z Ich Troje i Rubikiem: nie wypada przyznawać się do fascynacji ich muzyką. Poznałam, sprawdziłam. Nie chodzi tu o lans lub jego brak, ale raczej o to, że zespół nic nowego nie wymyślił. Panowie wypłynęli na fali klawiszowo-gitarowych grup i grają typowe dla tego rodzaju kapel kawałki. W przeciwieństwie do konkurencji – nie znalazłam powodu do zachwytu.

“Jak minął weekend? Jak się podobał Coldplay?”
Co prawda ostatniego dnia wybór, kto prawdziwą gwiazdą jest, a kto nie, nie był łatwy, jednak tłumy ciągnące o 20.00
pod scenę główną wskazywały, że The Strokes znajduje się w rankingu wysoko. Panowie co prawda też już jakiś czas temu wydali swoją najlepszą płytę i również był to czas chłopców z gitarami i klawiszami. Pomimo prostego przepisu na sukces, w tym wypadku jednak ten przepis bezbłędnie zadziałał. Niewiele był nawet w stanie zepsuć zmanierowany wokalista schowany za lustrzanymi Ray Banami i w skórzanej kurtce, przez cały koncert śpiewający przez efekt, który niewiele pozwalał zrozumieć z tekstów.

Tęczowe disco
Na występ Jamesa Blake’a poszłam z przekory. Po przesłuchaniu płyty rzuciłam ją w najciemniejszy kąt pokoju, na koncercie początkowo również miałam na to ochotę, jednak spokojne dźwięki hipnotyzowały. Niby jest to muzyka delikatna i miła, jednak jest w niej coś (chodzi zapewne o duży pierwiastek elektroniczny w niej zawarty), co nie pozwala całkowicie uspokoić się i wyciszyć. Cały czas podczas słuchania coś kłuje w bok, cały czas słuchacz odnosi wrażenie, że jest to piękne, a równocześnie modulacje głosu wokalisty niezmiennie wywoływały irytację.

Przełomowym momentem było zarzucenie w jednym z utworów delikatnych, klawiszowych melodii na rzecz dubstepowych rytmów okraszonych kolorowymi światłami. I nagle okazało się, że nieśmiały James Blake, który jeszcze kilkanaście minut temu łamiącym się głosem stwierdził: “jest was więcej niż mi się początkowo wydawało” potrafi rozkręcić imprezę!

Imprezowi dżentelmeni
Z jednej strony panowie zrobili potężne show ze swojego koncertu: świateł, wizuali i industrialnej przeróbki “Silver Lining” na potrzeby koncertu nie powstydzili by się DM. “Sudany”, “Wonderful Life” czy “Better Than Love” roztańczyły pod Tent Stage pod wodzą XIX-wiecznego dżentelmena w krochmalonej koszuli ze spinkami w mankietach, w dodatku rzucający kobietom pod sceną białe róże z manierą Jana Kiepury.

Z drugiej strony, mimo że koncert odbywał się na stosunkowo kameralnej Tent Stage, piosenki Hurts są utworami o smutnej miłości, lepiej wypadającymi w skromniejszych, bardziej intymnych sceneriach. Pełen namiot i Theo łapiący się za serce był widokiem ekshibicjonistycznym i czasem aż niesmacznym.

Oczekiwanie na samoloty z papieru
Są takie gwiazdy, które znamy właściwie z jednej piosenki i dla tych 3:20 gotowi jesteśmy rozczarować się na koncercie. Ogromna grupa stojąca o 22:00 pod sceną główną, która czekała na M.I.A. i jej “Paper Planes” – piękną piosenkę do filmu o pięknej miłości, zniechęcona kilkoma pierwszymi utworami, nijak podobnymi do tego wyczekiwanego, poszła szukać szczęścia gdzie indziej.

Przepis na sukces
Jeśli jesteś polskim zespołem, nie dane było ci wystąpić na scenie głównej na największym polskim festiwalu, musisz się wstrzelić w pogodę lub rozczarowanie konkurencji. Jeśli jeszcze dodatkowo twoja muzyka mówi o miłości i paleniu trawy – pod scenę ściągną tłumy. I na Vavamuffin tłumy były. A nad nimi unosiły się opary pozytywnych wibracji, miłości, kurzu i palonych używek.

And last but not least…
Zespół, którego nazwa absolutnie nic nie mówi, zdjęcie prasowe nie zachęca do przeczytania notki, a notka do posłuchania muzyki… Ci oto przeze mnie zapomniani, wyrzuceni poza margines zainteresowań dwaj goście z Chromeo, zrobili najlepszą w ciągu całego festiwalu imprezę. To partnerstwo arabsko-żydowskie, jak sami się określają, to klony Robbiego Furze na gitarze i młodszy brat Mr.T z legendarnej “Drużyny A” na klawiszach. Panowie dali jedno z najlepszych, jeśli nie zdecydowanie najlepsze show w ciągu całego festiwalu. W repertuarze duetu nie ma, co prawda ani jednego naturalnego dźwięku, wszystkie przepuszczane są przez syntezatory, efekty, przestery, loopy, jednak energia i zdatność do tańca zaserwowanej setlisty osiągnęły tej nocy pod Tent Stage absolutne maximum!

Maria Grudowska

foto: T. Kamiński/Alter Art




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.