24.06.2014 09:00

Autor: Tomasz Blaszkiewicz

Wywiad z Maćkiem Gołyźniakiem (Brodka, Sorry Boys)

Kategorie: Czytelnia, POLECAMY, Wywiady

Wykonawcy:


Wywiad z Maćkiem Gołyźniakiem (Brodka, Sorry Boys)

“Album >>Granda<< zmienił oblicze polskiej muzyki rozrywkowej.”

Zgadzając się na tę rozmowę łamiesz pewien stereotyp, polegający na stwierdzeniu, że perkusista nie ma nic do powiedzenia?

Faktycznie, historia wielokrotnie pokazywała, że jest taki stereotyp. Znane są przecież historie Beatlesów czy Rolling Stonesów, kiedy to perkusista Charlie Watts w męskich, krótkich słowach i przy użyciu pięści wyjaśnił Mickowi Jaggerowi, że nie jest “jego perkusistą”, a członkiem zespołu The Rolling Stones. Wychodzę z założenia, że mamy to, czego pragniemy albo to, czego się boimy. Nie obawiam się swoich przemyśleń i mam kompletnie gdzieś, że przyjął się pogląd, że perkusista siedzi z tyłu i się nie odzywa.

W Sorry Boys do końca tak nie jest.

Tak, na scenie jestem z boku (śmiech). Dzięki temu mam świetny kontakt z Izą i resztą zespołu. To nie jest tak, że bębny muszą być z tyłu. Z technicznego punktu widzenia to pewien archaizm wywodzący się z czasów, kiedy były kiepskie nagłośnienia i bębny robiły najwięcej hałasu. Dziś to perkusję trzeba nagłaśniać, wykorzystuje się to i dla scenografii i dla lepszego kontaktu z zespołem. Kiedy ma się zespół do siebie plecami, to trudno o interakcje, które akurat dla mnie są ważne. Zatem to złamanie konwencji bardzo mi odpowiada. A wracając do pierwszego pytania, po prostu wiem czego chcę. I jeżeli ktoś chce posłuchać tego, co mam do powiedzenia, to chętnie mu o tym opowiem. Nie widzę powodu, dla którego jadąc na tym samym wózku, inwestując tyle samo energii, nie miałbym zabierać głosu w sprawach zasadniczych dla zespołu. W sprawach, które od wielu lat przerabiam na własnym podwórku. Ja w każdym razie często słucham starszych czy bardziej doświadczonych kolegów. Jeżeli można ominąć rafy, które oni kiedyś ominęli albo się o nie rozbili, to chyba nie można trafić lepiej.

Po co wam takie festiwale jak TOPtrendy?

Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie.

Co przeważyło, że jednak wystąpiliście w Sopocie?

Długo się wahaliśmy, czy jest to nam potrzebne, czy też nie. Ale w pewnym momencie przestaliśmy sobie takie pytania zadawać. Moim zdaniem zastanawianie się nad takimi rzeczami do niczego nie prowadzi. Pod warunkiem, że impreza nie jest absolutnie obciachowa i nie skończy się niesmakiem.

Oczekujesz czegoś po takich festiwalach?

Osobiście niczego nie oczekuję. Festiwale są elementem tego, co robimy. Niewielu jest artystów, którzy mają to szczęście, że mogą jeździć na zagraniczne festiwale. Trzeba się wdrapywać po drabinie, krok po kroku, co zresztą z Sorry Boys konsekwentnie robimy. Jestem za metodą konsumpcji “małą łyżeczką”. Za zbieraniem doświadczeń. Wtedy jest się chyba lepiej przygotowanym na rozwój wypadków.

Fajnie, jeśli zobaczą to miliony ludzi.

To prawda. Mieliśmy moment zastanowienia, ale z wszelkich wątpliwości rozgrzeszyli nas fani, którzy pisali komentarze w stylu: “Nareszcie koniec z komercją”. Nie wiem, czy nad takimi rzeczami powinni zastanawiać się muzycy. Od tego jest management, firmy płytowe, które mam wrażenie, powinny kierować takimi działaniami czasami aktywniej niż to robią teraz i tym samym brać odpowiedzialność za te decyzje. Ja nie widzę powodu, dla którego miałoby nas nie być w Sopocie. Podjęliśmy wspólną decyzję, nie musieliśmy napisać w tym celu piosenki, która miałaby schlebiać gustom kogokolwiek. Zaproszono nas z autorskim materiałem. Korzystamy zatem z możliwości.

Wspomniałeś o tym, że słuchasz starszych kolegów. Zapytam nieco przewrotnie, jak oceniasz młode środowisko?

Daleki jestem od ocen kogokolwiek. Trochę sam siebie znudziłem ciągłym powoływaniem się na pokorę lub jej brak. Dziś dostępność materiałów jest niebywała, internet to nieskończone źródło inspiracji. Ma tylko jedną wadę, trzeba wiedzieć, jak wybrać. Paradoks jest taki, że wielu wybrało źle. Mówiąc bardzo poważnie, sprowadziłbym to do problemu rodziny. Do tego, że jeśli nie krystalizują się pewne sytuacje w domach, bo rodzice zapieprzają za kawałkiem chleba i nie mają czasu tego pilnować, to młody człowiek, jeśli nie ma wzorca, a właśnie go wypracowuje, ma pięćdziesiąt procent szans, że wypracuje zły, bo nikt mu nie powiedział, co jest dobre. Myślę, że podobnie działa to w kontekście zdobywania muzycznych doświadczeń. Młodzi ludzie mają dziś znakomite umiejętności, nie mam tylko pewności, czy wybierają właściwych idoli. Ale każdy jest sobie sterem i droga, którą podąża to jego wybór. Nie jest przecież powiedziane, że to ja mam rację.

Jak z tą rodziną było u ciebie?

Mam to szczęście, że pochodzę z bardzo muzykalnej rodziny. Właściwie każdy miał coś wspólnego z muzyką, w dodatku dobrą.

Na jakim zespole się wychowałeś?

Zdecydowanie na Led Zeppelin, co zresztą wciąż gdzieś we mnie pobrzmiewa. Rock’n'rollowy boom, siła brzmienia to coś, co fascynuje mnie po dzień dzisiejszy.

Tomasz Organek na swojej solowej płycie śpiewa: “Młodzieży wyraźnie brakuje idola”. Zgadzasz się z tym stwierdzeniem?

Mam wrażenie, że rzeczywiście trochę cierpimy na brak prawdziwych idoli. Też dlatego, że mnóstwo polskich artystów ogląda się za siebie na Zachód.

To źle?

Nie, dopóki używasz tego jako narzędzia, a nie jako kalki. Sam na pewno włączając pewne płyty słyszysz dużo inklinacji, które czasami wprost można określić nazwą zespołu. Oczywiście, nie chciałbym też dążyć do indywidualności za wszelką cenę, bo wydaje mi się, że niewielu na nią stać. Nie zabieram sobie jednak takiej szansy, choć jestem też realistą.

Piszą do ciebie młodzi perkusiści?

Bardzo często.

O co pytają?

Ostatnio pozwoliłem sobie założyć fanpage. Dostaję dużo wiadomości od ludzi, którzy są zainteresowani rzemiosłem, instrumentem oraz brzmieniem. Nie ukrywam, że sprawia mi to dużą satysfakcję, bo zawsze chciałem grać i jeśli mogę się tym podzielić, a ktoś zadaje pytanie w ten sposób, że rzeczywiście wiesz o czym mówi, to przyjemnością jest dla mnie móc odpowiedzieć. To duża odpowiedzialność, ale i radość dla mnie. Zresztą, ja też się tak zachowywałem, podchodziłem do różnych muzyków, pytając o rzeczy, które wydawały mi się wtedy zasadne. Miałem piętnaście czy szesnaście lat i te pytania musiały być niesamowicie naiwne dla kogoś, kto robi to całe życie. Teraz z punktu widzenia osoby, która te pytania otrzymuje, uśmiecham się tylko pod nosem, bo wiem, że to jest cena, jaką muszę zapłacić za tamto moje naiwniactwo.

Odrzucasz czasami propozycje współpracy?

Tak. To jest duży komfort, kiedy możesz myśleć w ten sposób o swojej pracy, czy chce coś robić, czy nie. Często jest tak, że nie masz wyjścia, musisz to robić, bo to zwyczajnie praca. Mam to szczęście, że pracując z Moniką czy Sorry Boys, a w międzyczasie z Balladami i Romansami, robiłem i nadal robię rzeczy przez duże “R”. To też były zajęcia bardzo absorbujące, toteż naturalną konsekwencją była konieczność rezygnacji z proponowanej współpracy.

Płyta “Granda” jest dobrym potwierdzeniem twoich słów, bo zostało niedawno wybrana przez ZPAV płytą 20-lecia.

Zgadza się.  To było bardzo miłe i nawet gratulowaliśmy sobie z tego powodu. To duża radość, ale też pewne zbiegi okoliczności, że akurat ktoś pomyślał o tobie i zaprosił cię do współpracy. Zaczynając pracę z Moniką nie mieliśmy pewności, że “Granda” zostanie tak dobrze przyjęta. Jednak mocno wierzyliśmy w ten album.

To było pewnego rodzaju zaskoczenie, że artystka do tej pory znana jako gwiazda mainstreamowa wydała album alternatywny.

To prawda, ta płyta zmieniła oblicze polskiej muzyki rozrywkowej. To może duże słowa, ale biorę za nie odpowiedzialność. Poza tym, to nie jest jedynie moja opinia. Dzięki “Grandzie” otworzyły się drzwi dla takich artystów jak: Mela Koteluk czy Marcelina. Bardzo dobrze pamiętam proces powstawania tej płyty. Monika mocno skręciła, ale to od początku było w pełni świadome. Bartosz Dziedzic, który był współkompozytorem i producentem tej płyty, także od początku do końca wiedział czego chce. Kiedy jechaliśmy nagrywać bębny, byliśmy przekonani co chcemy osiągnąć, a każdą nadwyżkę pozytywnej energii braliśmy jak bonus. To była ciężka, pouczająca praca, ale też dobra zabawa. Nie zabraniam sobie tworzenia dobrych rzeczy w przyszłości, ale gdyby jutro miała skończyć się ziemia, to ja jestem zadowolony z tego co zrobiłem.

Był w twojej karierze muzycznej przełomowy moment?

Jeżeli pod słowem kariera jest ukryte to wszystko co dzieje się teraz, a więc granie z Moniką, Sorry Boys czy poukładane relacje z firmami produkującymi instrumenty, to oczywiście był to proces. Natomiast ten proces w którymś momencie się skatalizował, a takim katalizatorem była przeprowadzka do Warszawy. Pojechałem tam mając pracę, nie jechałem na zmywak. Ważnym elementem było poznawanie pewnych osób, chociaż to było i jest trudne, bo nie jestem zbyt towarzyski, nie chodzę na jam session. Nie mam też zwyczaju trzymania palca w nietypowym miejscu komukolwiek. Może nieco naiwnie liczę wciąż , że dam radę bez tego. A być może kiedyś będę tego żałował, nie wiem. Na dzień dzisiejszy zachowuję się w sposób, w jaki chciałbym, żeby zachowywano się względem mnie. Nie jestem mistrzem salonowych gierek. W ogóle mnie to nie zajmuje. Wolę moją salę prób.

Gdybyś dostał propozycję nagrania nowej płyty z zespołem Toronto, zgodziłbyś się?

Nigdy nie obrażam się na ofertę współpracy. W każdej propozycji staram się znaleźć coś, co może mnie rozwinąć. Sporo razem przeszliśmy i dla mnie elementem przetargowym byłby udział w tym projekcie Oksany Predko, którą niezwykle cenię. Minęło wiele lat, każdy z nas wykonał jakąś pracę i to, co zrobiliśmy w życiu nas określa. W związku z tym nie wiem, czy chciałbym wracać do Toronto. Poszedłem kompletnie inną drogą – dla mnie – bardzo dużych wyrzeczeń. Nie wiem, jakie pomysły na reaktywację zespołu ma podłoże, poza tym, nikt mnie nie zaszczycił tym pytaniem. Gdyby chodziło o sztukę to może tak, ale nie wydaje mi się.

Na płycie “Miasto” napisałeś kilka tekstów. Piszesz jeszcze?

Raczej do szuflady.

Nie chciałeś podzielić się tymi tekstami z przyjaciółmi z zespołu?

Nie. Mam to szczęście, że przez ostatnie lata, miałem do czynienia, ze znakomitymi tekstami. Zuza Wrońska, pisze wybitnie dla Ballad i Romansów, Monika zaśpiewała na “Grandzie” znakomite szlagworty. Bela sama pisze teksty po angielsku i robi to wybitnie pięknie opowiadając ważne dla niej historie. W obcym języku wypowiada myśli, które są mi bardzo bliskie. Znam więc swoje miejsce w szeregu w materii tekstów. Niedawno rozmawiałem z moją przyjaciółką Mają Studzińską, swego czasu wokalistką zespołu Dezire. Rozmawialiśmy o tym, czy nie chciałbym napisać dla niej kilku tekstów. Odmówiłem, dla zasady, bo wiem, że sama jest świetną tekściarską i zrobi to najlepiej. Zdarzają się propozycje, ale nie traktuję ich zbyt poważnie. Nigdy nie myślałem też o tym, że jest to sposób na zarabianie pieniędzy, bo pewnie nie jest specjalną tajemnicą, że tekściarz ma udział w tantiemach, a te w przypadku przebojów potrafią określać się całkiem sporą kwotą. W ogóle, nigdy nie myślałem o pieniądzach, jeśli chodzi o granie. One były naturalną konsekwencją pracy, a nie istotą samą w sobie.

Interesuje cię produkcja?

Pośrednio tak. Poza koncertowaniem, nagrywaniem płyt, od dawna chciałem stworzyć sobie warunki do nagrywania samemu i po pewnym czasie udało się to zrealizować. Bardzo poważnie zacząłem zajmować się nagrywaniem bębnów, samego siebie. Często pomagamy sobie z Markiem Dziedzicem czy Bartkiem Mielczarkiem, który też zajmuje się produkcją muzyczną. Jeżeli tylko nagrywam bębny, to dzwonię do niego i gramy wspólnie. Staram się robić tylko te rzeczy, które lubię. Być może kiedyś będę musiał zweryfikować swój pogląd na życie, ale na szczęście teraz nie muszę tego robić.

Przyjdzie kiedyś moment spełnienia?

Mam nadzieję, że nie. Głód spełnienia jest dobrym napędem. Wiesz, kiedy wychodzi dobra płyta to myślisz sobie: “Kurczę, ale ja chciałbym ją nagrać albo pracować z tym artystą”. Ale zaraz potem, przychodzi kolejna, że wszystko przede mną.

A z kim chciałbyś pracować?

Z Depeche Mode.

Ambitnie.

Wiem jak to brzmi, ale od pewnego momentu nie zabraniam sobie myśleć w ten sposób. Będąc za granicą, grając z Moniką na różnych festiwalach, nagle pojawiła się taka oczywista prawda, że ci muzycy ze Stanów też mają jedną głowę, dwie ręce i dwie nogi. Też wstają i chodzą spać. Mamy do dyspozycji znacznie mniejszy rynek, ale już dźwięki na pięciolinii te same. Nikt nie zabroni nam próbować robić dużych rzeczy.

Mieliście takie sygnały, że wasza muzyka jest wartościowa?

Tak. Odbiór tych koncertów był bardzo dobry, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę, że większość tych utworów jest wykonana w języku polskim. Bartosz Dziedzic i Monika idealnie ułożyli proporcje pewnej ludyczności tych utworów. To nie jest płyta folkowa, ale mająca elementy ludyczne, które są doskonale odbierane także za granicą.

Pojawiają się głosy, że zbyt długo gracie jeden materiał. Może pora stworzyć coś nowego?

To jest raczej pytanie do Moniki. Mogę tylko powiedzieć, że trasa Red Bulla zdecydowanie zaskoczy.

Zagracie coś nowego?

Jeśli chodzi o utwory, to nie będę ukrywał, że nie. Ale na pewno nie spodziewasz się takiej odsłony tego zespołu.

Podczas trasy Red Bulla zagracie w kilku mniejszych miejscowościach, które nie były faworytami. Skąd taki trend?

Głosowanie pokazało jak duże jest zapotrzebowanie na alternatywny mainstream w mniejszych miastach. Nagle okazało się, że zagramy w Częstochowie czy Olsztynie. Nie polega to na tym, że znudziliśmy się największym miastom, bo zawsze mamy pełne sale, ale formuła, w której to ludzie mogą głosować okazała się bardzo atrakcyjna. Nie wybierają Urzędy Miasta, a młodzi ludzie, którzy chcą tej muzyki słuchać. Wyniki były bardzo ciekawe, zwłaszcza dla mnie, jako nieukończonego socjologa.

Masz wrażenie, że znowu pojawił się pozytywny boom na koncerty?

Bardzo się cieszę, że młodzi ludzie znowu otworzyli się na muzykę, że chodzą na koncerty, płacą za bilety i jest to dla nich jakaś wartość. Pamiętam kilka koncertów Moniki, gdzie kapało z sufitu, niekoniecznie dlatego, że pękła rura. Sorry Boys też ma swoich wiernych fanów, którzy potrafią zapełnić taki klub jak Basen w Warszawie, co jak na zespół, który chwilę temu wydał drugi album, jest zjawiskiem niesamowitym.

Byłem na kilku koncertach Sorry Boys i sprawiacie wrażenie niezwykle zgranego bandu.

Bo tak jest, ale kosztowało nas to wiele pracy. Jesteśmy kolektywem, czasami nawet musimy hamować się wzajemnie, czasem tupnąć jeden na drugiego, żeby ogarnąć niepotrzebny stres przed koncertem. Staramy się higienicznie wychodzić na scenę, bez myśli , które mogłyby odebrać nam radość, a publiczności doznania, po które przyszła.

A ty masz jeszcze tremę?

Tak, ale nie jest to ten rodzaj tremy co kiedyś. Nie chcę powiedzieć, że pojawia się rutyna, bo wystrzegam się tego jak mogę, ale staram się korzystać z własnego doświadczenia. Nie znoszę powiedzenia: “Damy radę”.  Uważam, że na scenę idzie się trochę jak na wojnę, bo to może być nasz ostatni występ. Dlatego musi być najlepszy. To jest gra zespołowa i nie każdy powinien się pchać do ataku.

Czego ci życzyć?

Żeby wszystko rozwijało się tak jak do tej pory. I może większej wiary w siebie w robieniu własnych rzeczy.

Rozmawiał: Tomasz Błaszkiewicz

fot. Gosia Lewandowska, Radek Zawadzki (www.radekzawadzki.com), Michał Murawski (www.ishootmusic.eu) oraz https://www.facebook.com/MaciekGolyzniakOfficial




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.