07.05.2016 21:30

Autor: Tomasz Blaszkiewicz

Wywiad z Julią Marcell

Kategorie: Czytelnia, POLECAMY, Wywiady

Wykonawcy:


Wywiad z Julią Marcell

“Polityka polityką, ale patrząc jak nacjonalizm dochodzi do głosu w Europie, mam wrażenie, że schodzimy ze ścieżki humanizmu i swobodnej wymiany myśli, która była przez długie lata żmudnie zdobywana.”

Tomasz Błaszkiewicz: Niedawno premierę miał nowy krążek PJ Harvey – ikony światowego rocka, ale nie w stereotypowym, hulaszczym rozumieniu tego słowa. PJ od lat jest przedstawiana jako buntowniczka w ważnych sprawach. Swego czasu trochę cię do niej porównywano. Słusznie?

Julia Marcell: PJ to wspaniała artystka, takie porównanie to dla mnie komplement. Zawsze tak właśnie rozumiałam bunt. Chodzi o przeciwstawienie się pewnym zastanym regułom gry, które cię uwierają. Jeśli pytasz o buntowników, zawsze bardziej kojarzyły mi się z tym słowem postacie takie jak Martin Luther King, niż na przykład rock’n'rollowe zespoły, które zostawiają zdewastowany hotel.

“Proxy” jest przeciwstawieniem się regułom gry?

Nie, raczej próbą przyjrzenia się pewnym zjawiskom. Chciałam zrobić światu zdjęcie, tak jak go widzę. Pewne rzeczy mnie frapują, z innymi chcę się trochę sama w sobie rozliczyć. Łatwiej jest mi to zrobić przez spisywanie tych myśli. Oczywiście na płycie jest dużo przymrużenia oka, ale też nieco gorzkich wniosków. Ważne było, żeby uchwycić ton obserwacyjny, tu i ówdzie pokusić się o humor czy krytykę, ale bez wytykania palcem.

Stawanie po którejś ze stron barykady było niebezpieczne?

To nie ma nic wspólnego ze stronami barykady. Moja wrażliwość i to jak się czuję w tym świecie, który opisuję, przeziera przez całą płytę. Łatwo odnaleźć na niej moje poglądy i stosunek do opisywanych spraw. Nie kryję się z niczym. Ale nie chciałam popaść w kaznodziejstwo, z artystycznego punktu widzenia wydaje mi się to nieinteresujące i mało wiarygodne. Nie chciałam wydawać sądów o tym, co widzę, bo dopiero z czasem będziemy w stanie to ocenić. Perspektywa historyczna musi dać nam czyste, obiektywne spojrzenie. Teraz jesteśmy w gąszczu różnych spraw, pewne z nich wydają nam się większymi niż są, inne – być może ważniejsze – gdzieś nam umykają. Mówi się, że sztuką jest to, co zostało przez czas sztuką nazwane. Tak samo jest z innymi sprawami. Nie pokusiłabym się o ocenianie tego.

Opisałaś wycinek czasu.

Uznałam, że jest to najlepsze, co mogę zrobić. Wcześniej chciałam tak tworzyć utwory, żeby miały one szansę przetrwać próbę czasu. Teraz myślę, że nawet jeśli napisałabym ponadczasowy epos, to za jakiś czas i tak będziesz wiedział, z jakiej epoki pochodzi. Zdradzi mnie brzmienie studia, sposób miksowania i być może będzie to właśnie ten detal, który sprawi, że nagranie straci aktualność. Przy tej płycie uwolniłam się od dążenia do ponadczasowości. Przystawienie lustra do rzeczywistości i próba uchwycenia pewnego zeitgeistu była dla twórców zawsze ogromnym osiągnięciem, o którym można marzyć. Dla mnie również. Chciałam uchwycić swoją codzienność.

Przez kilka lat, mieszkając w Berlinie, miałaś okazję patrzeć na świat z perspektywy zachodu. Zmieniło się twoje spojrzenie na Polskę?

Na pewno zaczęłam się bardziej interesować Polską, tym skąd jestem.

Syndrom emigranta?

Mieszkając w Berlinie tęsknię za Polską. Identyfikuję się z tym, że jestem Polką. Ale perspektywa emigrantki jest dla mnie nieco abstrakcyjna, nie chcę o sobie mówić, że jestem emigrantką, bo dużo czasu spędzam w Polsce – dużo tu koncertuję, czy jeżdżę do rodziny. Po prostu mieszkam sobie w Berlinie, tam jest połowa mojego zespołu, tam mamy próby.

Jak wygląda Polska z Berlina?

Podobnie jak patrząc z Warszawy, nie ma dużych różnic, tylko czasami o tych samych wydarzeniach gazety piszą z trochę innej perspektywy.

Podróże zmieniły twój światopogląd?

Na pewno. Berlin to tygiel kulturowy i przez styczność z ludźmi z najróżniejszych zakątków świata, zrozumiałam że ktoś może inaczej myśleć i patrzeć na świat. Tak naprawdę zrozumiałam, bo co innego mieć w głowie logiczne postanowienie, założyć, że się inność szanuje, bo w takich wartościach się wzrastało, a co innego doświadczyć tej inności w codziennym życiu. Ciągle się tego uczę. Zderzenia pojawiają się na kompletnie nieoczekiwanych płaszczyznach, jak podejście do pracy czy nagości. Drobne rzeczy, o których do tej pory nie myślałam w ogóle, nagle stają się polem do dyskusji. Odkryłam w sobie pewne kalki myślowe, odkryłam że nasiąknęłam pewnymi stereotypami, że mam wyrobione zdanie na temat rzeczy, których nigdy nie doświadczyłam. Jak być otwartym na inność i odnosić się do niej z szacunkiem, to jest coś, czego trzeba się nauczyć.

Emigracja to jedyny sposób, by się tego nauczyć?

Trzeba się z tym zderzyć. Ale to nie dotyka jedynie emigrantów, osób o innym kolorze skóry czy innego wyznania, ale nawet sąsiada, który ma inne priorytety, inny sposób na życie, inne poglądy polityczne. Nietolerancja jest wszędzie, a zamykając się na dialog, nie pokonamy jej.

Problem uchodźców pokazuje, że nie każdy ma ochotę doświadczyć inności. Z jednej strony trudno dziwić się osobom, które oglądając telewizję widzą, że znów gdzieś był zamach. Boją się, że w Polsce może być tak samo. Nie są gotowe na – jak powiedziałaś – tygiel kulturowy. Z drugiej strony, wiadomo że nie każdy uchodźca jest terrorystą.

Niewielu jest u nas muzułmanów i niewiele wiemy o islamie. Jesteśmy bardzo jednolitym wyznaniowo krajem. Religia katolicka dyktuje naszą rzeczywistość, nawet wpływa na politykę, choć teoretycznie jest jedną z religii w kraju, w którym szanowane są różne wyznania.

Na razie jest to nawet zapisane w Konstytucji RP.

A zdarzały się takie rzeczy jak krzyże w szkołach czy salach wykładowych. To drobiazgi, które dają ci jednak poczucie, że są ważni i ważniejsi.

Wspomniałaś o różnicach, także tych lokalnych. Grasz na dniach miasta w małych ośrodkach?

Zdarza się, choć nie na dniach miasta, ale graliśmy np. w Sztumie i Radomsku.

Co nie zmienia faktu, że w dwudziestotysięcznych miejscowościach chętniej zaprasza się gwiazdy disco polo niż Julię Marcell.

Tak, ale to wynika z prostych założeń. W większych miastach scena muzyczna jest bardziej rozwinięta. Klubowi, który organizuje dużo koncertów, łatwiej jest podjąć decyzję, żeby zaprosić artystę mniej znanego. Ten artysta może mu zapełnić salę, a jeśli tak się nie stanie, to manager ewentualną stratę zamortyzuje sobie w inny sposób. Natomiast w mniejszych miejscowościach, gdzie dostęp do kultury jest mniejszy, trudno o promocję muzyki alternatywnej. Głównie grają gwiazdy, bo są tam popularne.

Może instytucje powinny nie tylko spełniać potrzeby, ale i je kreować?

Absolutnie tak. W Polsce jest dużo fascynującej muzyki, która nie przedziera się do odbiorców. Żyjemy w czasach, gdy rację bytu mają rzeczy, które się sprzedają. W takiej sytuacji potrzebny jest mecenat, wspierający rzeczy niszowe, które są ważnym zjawiskiem dla kultury, bo pchają ją do przodu. Wiadomo, że aby móc realizować swoje artystyczne cele, potrzebne są nakłady finansowe. Dla takich osób jak ja, które działają na styku popu i alternatywy, fajnym rozwiązaniem jest wsparcie firm. Moim mecenasem na płytę jest Lotto, dzięki ich pomocy mogłam nakręcić teledysk, zrobić fajną okładkę. Miałam absolutną wolność artystyczną i możliwość realizacji pomysłów, które bez tej pomocy nie miałyby szans się ziścić. Ale wielu artystów nie ma takiej opcji i tu przydałoby się wsparcie publiczne. Powinnością różnych rządowych instytucji czy mediów jest promocja muzyki, nie tylko ze względu na popularność.

Ta popularna muzyka staje się dodatkiem, do jedzenia, chodzenia po galerii…

…akcesorium, do life stylu. Jesteś nie pierwszą osobą, która mi to mówi. Rzeczywiście, kiedyś musiałam obejść trzy razy blok, bo miałam w słuchawkach ulubioną płytę, która musiała się skończyć, zanim wejdę do domu. Zauważam zmiany w sposobie obcowania z muzyką i myślę, że w większości dyktuje je technologia. W średniowieczu bardowie chodzili sobie od wioski do wioski, śpiewali pieśni, które znali z dziada pradziada, czasem dodawali zwrotkę tu czy tam, wedle potrzeb. Potem weszły zapisy nutowe, jak chciałeś posłuchać ulubionej melodii, to musiałeś ją sobie sam zagrać. Wyobraź sobie jakim doświadczeniem musiało być wtedy wysłuchanie opery wykonywanej na żywo! Potem weszła fonografia – w latach 50. rządziły single, czasy albumu dopiero miały nadejść wraz z wydłużeniem czasu grania płyty. Gdy wchodziły pierwsze stacje radiowe, artyści buntowali się przeciw nim: “Jak to, będziecie puszczać ludziom moją muzykę za darmo?!”. I wtedy wymyślono instytucje tantiem. Teraz pomimo, że od dawna mamy te “empetrójki” i streamingi, ciągle nie bardzo wiemy, co z nimi zrobić. Rynek za wolno dostosowuje się do nowej technologii. Artyści zaczynają mieć duży problem, żeby sfinansować nagrania, kiedy płyta staje się gadżetem do tego, żeby pojechać w trasę, pójść do radia, do telewizji. Nowe pokolenie słucha muzyki już nie albumami, ale playlistami, więc wracamy do singlowości. Jedno pozostaje niezmienne, muzyka nadal pełni ważną funkcję dla ludzi, ale jej odbiór w różnych czasach następuje w różny sposób. Mi trochę tego szkoda, bo uwielbiałam czas, gdy wsiąkało się na długie miesiące w album, rozkładając go na czynniki pierwsze i dyskutując ze znajomymi o tym, co poeta miał na myśli.

Artyści muszą być też coraz bardziej wszechstronni. Sama komponujesz muzykę do filmów, do sztuk teatralnych, podkreślasz też ważną funkcję obrazka.

Oczywiście. Teledysk do “Tarantino” robiłam z osobami, które były totalnie interdyscyplinarne. Operatorką była Dominika Podczaska, która również montowała, a kostiumy robiła Magda Klaman, która współtworzyła scenariusz. Na styku dziedzin dzieją się najbardziej interesujące rzeczy.

To dobrze?

Tak. To znów wynika z technologii. W dobie komputerów, które pamiętają i obliczają za nas, kreatywność jest w cenie.

Śpiewając po polsku czujesz większą odpowiedzialność za słowo?

Zawsze było dla mnie ważne to, o czym śpiewam i zawsze brałam wielką odpowiedzialność za słowa, ale też chciałam zostawiać pole do interpretacji. W przypadku tej płyty jest ono dość wąskie. Teksty są dość łatwe do odczytania, nie ma tam historii, które tylko ja zrozumiem, bo wydarzyły się kiedyś w moim życiu. Presja pisania po polsku wynikała raczej z tego, że jest to mój własny język, więc byłam bardziej świadoma pułapek, w które mogłabym wpaść. To, co było bardzo intuicyjne i emocjonalne w pisaniu po angielsku, teraz stało się bardziej wychodzące z myślenia o kontekstach. Chciałam móc tak pracować ze słowem.

Wiele tekstów na “Proxy” interpretuję jako hasło: obudźmy się!

Jest tam opisanych kilka rzeczy, które wydają mi się jakąś ślepą ulicą np. kult głupoty czy plastikowego piękna. W świecie wielkich korporacji, w świecie kultu pieniądza, bardzo łatwo zgubić pewne wartości, zapomnieć o nich. Odczuwam taki klimat, że jak coś jest serio, to nie jest “cool”, jest odbierane jako nadmuchane, pretensjonalne, niemodne, albo “too long to read”. A kultura jest bardzo ważna, wiedza jest ważna. Wykształcenie nie powinno się ograniczać do uzyskania wiedzy eksperckiej z zakresu swojego zawodu, powinniśmy rozwijać swoją wrażliwość, wszechstronność, interesować się tym światem. A my w pewnych aspektach cofamy się do średniowiecza.

W ramach podobno dobrych zmian.

Podobno. Piję do projektu ustawy antyaborcyjnej, który jest absurdalny. Polityka polityką, ale patrząc jak nacjonalizm dochodzi do głosu w Europie, mam wrażenie, że schodzimy ze ścieżki humanizmu i swobodnej wymiany myśli, która była przez długie lata żmudnie zdobywana.

Masz diagnozę?

Nie mam diagnozy, ale czuję, że jest to powiązane z promocją głupoty. W społeczeństwach w których się nie czyta, nie rozmawia, łatwiej jest się zauroczyć doktrynami bardzo hasłowymi, zamkniętymi na inność, oferującymi proste, siłowe rozwiązania problemów. Jeśli do tego dodamy straszenie zewnętrznym wrogiem, nadciągającym kataklizmem, ludzie szukają zdecydowanych rozwiązań i łatwiej im poświęcić wolności obywatelskie dla namiastki bezpieczeństwa. Historia przerabiała to niejeden raz.

W latach 90. Grzegorz Ciechowski napisał piosenkę “Koniec czasów”. Lider Republiki śpiewa: Nie ma murów by walić w nie upartym swym łbem. Wówczas tempo życia dopiero rosło, zaczynało być kolorowo, zniknął “centralny wyrównywacz”. Teraz są jakieś granice, mury, które trzeba burzyć?

To jak świat wygląda jest efektem naszej kreacji i naszego wpływu. Miałam wrażenie, że jeszcze kilka lat temu żyłam jak niebieski ptak, który pisał romantycznie o swoich uczuciach. Świat, w którym żyłam był bardzo bezpieczny, ciepły, za dużo się w nim nie działo. Było mi wygodnie. Teraz zaczęłam się zastanawiać nad tym, jak te wszystkie wielkie sprawy, wielkie zmiany o których czytam w gazetach i widzę w telewizji, jak one wpływają na mnie.

Chcesz mieć na to wpływ?

Nie chodzi o to czy chcę. Wierzę, że mam na to wpływ, tak samo jak każdy z nas. Gdy wyobrażam sobie świat, w którym Donald Trump dochodzi do władzy tylko dlatego, że jego przeciwnicy nie poszli głosować – bo co tam, ich głos nic nie zmieni, a tak w ogóle to nie ma na kogo głosować – to jest to przerażająca wizja.

A może jedyną radą na skrajności jest stanięcie po jednej ze stron barykady? Wydaje się, że zwłaszcza dla młodego pokolenia, centrum jest nudne.

Tu nie o centrum chodzi, tylko o świadomy wybór. Czy prawo, czy lewo, czy centrum, trzeba wiedzieć co się popiera, wiedzieć z czym to się wiąże, trzeba o tym rozmawiać, trzeba się tym interesować.

Jesteś optymistką?

Muszę być!

Rozmawiał: Tomasz Błaszkiewicz
Fot. Sonia Szóstak (sesyjne) oraz Paweł Wroniak (koncertowe)




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.