09.11.2013 16:12

Autor: Maria

Wszystkie emocje świata

Kategorie: Czytelnia, POLECAMY, Relacje z koncertów

Wykonawcy: |


Wszystkie emocje świata
6.11.2013/Poznań

Relacja z koncertu Ef w klubie “Pod Minogą”.


Wchodząc na podstronę nowego albumu “Ceremonies” na bandcampie zespołu Ef można przeczytać takie słowa: “W 2013 roku Ef świętuje 10-lecie swojego powstania i nie ma lepszego sposobu na uczczenie tej rocznicy, niż premiera nowego albumu!”. Po tym co się wydarzyło w środę wieczorem w poznańskim klubie Pod Minogą uważam, że jest lepszy  sposób na świętowanie takich rocznic. To premiera nowego albumu i promowanie jej w taki sposób, w jakim zrobili to Szwedzi.

Ale zanim Ef pojawili się na scenie, wszyscy zgromadzeni mieli szanse usłyszeć Hunted By The Waves. Miałem okazje widzieć ich w kwietniu 2012 roku przed sleepmakeswaves i Samuel Jackson Five. Ówczesne trio nie pokazało wtedy niczego, co by mi zapadło w pamięć w jakikolwiek sposób. Może oprócz tego, że “gołym uchem” można było zauważyć, że panowie lubią twórczość nowozelandzkiego zespołu Jakob. Od kwietnia sporo wody jednak w Wiśle, Warcie i innych polskich rzekach upłynęło i Łodzianie przyjechali do Poznania w czteroosobowym składzie i z nowym materiałem. Trzeba z ręką na sercu przyznać, że niewiele młodych zespołów potrafi zrobić taki progres. Ich muzyka może nie wybijała się oryginalnością na tle innych post-rockowych zespołów, ale może to i lepiej, bo jest wiele przypadków, gdy młode zespoły siląc się na oryginalne pomysły wychodzą na tym jak Zabłocki na mydle. Oprócz tego, zaczęli pracować nad własnym stylem i inspiracje innymi zespołami, choć w dalszym ciągu momentami wyczuwalne, nie były tak oczywiste jak rok temu. Na plus można wyróżnić linię basu, która szczególnie wryła się w moją pamięć – wtedy kiedy miało być melodyjnie, było melodyjnie, wtedy kiedy miało być mocno, podłoga w Minodze drżała. Podsumowując ich występ, warto dodać, że nie obyło się bez problemów technicznych, czy małych błędów, ale w ogólnym rozrachunku było bardzo pozytywnie i dobrze się spisali w roli supportu Szwedów. Po tym koncercie z pewnością będę śledził ich dalsze poczynania, bo wydaję mi się, że Hunted By The Waves mają szansę stać się jednym z ciekawszych zespołów na naszej scenie post-rockowej. O ile już nim nie są.

Szczerze powiedziawszy, miałem kilka obaw przed koncertem Ef. Po pierwsze, o ile dwie pierwsze płyty kupuję od pierwszej do ostatniej sekundy, tak z kolejnymi dwoma albumami już tak nie jest. Mimo, że w dalszym ciągu uważam je za kawał świetnej muzyki, tak ciągle, gdzieś z tyłu głowy krąży myśl, że coś mogłoby być inaczej, może trochę lepiej. Po drugie, “Ceremonies”, które Szwedzi promowali na właśnie zakończonej trasie, jest ich czwartym albumem. I tu właśnie pojawia się problem:  4 albumy, długie utwory (niekiedy po 15 minut), godzina czasu – jak tu ułożyć setlistę, żeby zadowolić starszych fanów i jednocześnie promować nowy album? Teraz, po fakcie, mogę przyznać, że moje obawy były zupełnie wzięte z kapelusza i Ef wyszli w obu tych przypadkach obronną ręką.

Ale do rzeczy. Po kilku minutach przerwy spowodowanych zmianą instrumentów, w głośnikach rozbrzmiały złowieszcze drone’y (dość zaskakujący wybór na intro, zważywszy na to co Ef grają) i na scenie pojawiło się pięć, ubranych na czarno postaci. Koncert rozpoczął się od znanego z EPki o tym samym tytule “Delusions of Grandeur”. Dobry wybór na początek, bo to idealny przykład brzmienia zespołu na ostatnich 2 albumach – odrobinę bardziej piosenkowego, melodyjnego, bez post-rockowego patosu, ale jednocześnie idealnie budującego napięcie. Po dość głośnym zakończeniu utworu muzycy, bez słowa, płynnie przeszli do najbardziej mrocznego utworu na nowej płycie – “Lake Vaettern”. Delikatne gitary w tle, do tego wokal Thomasa Torssona, świetnie sprawdziły się jako wstęp przed crescendo i bardziej dynamicznym rozwinięciem utworu.

Trzeci utwór na setliście okazał się nie lada gratką dla miłośników ich debiutu: “Give Me Beauty… Or Give Me Death”, bo Szwedzi zdecydowali się przypomnieć  widzom utwór “Final Touch/Hidden Agenda”. Dla tych którzy nie wiedzą, jest to klasyczny przykład post-rockowego majstersztyku – 15 minut pełne kompletnie różnych  emocji i idealne wykorzystanie motywu cicho-głośno-cicho-bardzo głośno. Co ciekawe w spokojniejszej części w środku utworu perkusista zespołu – Niklas Aström, zszedł ze sceny i zaczął grać na melodyce przechadzając  się pomiędzy widzami. Wydawać się mogło, że po takim utworze w setliście powinien znaleźć się spokojniejszy utwór i jakaś przerwa na dłuższą pogawędkę z widownią. Tak się jednak nie stało i usłyszeliśmy “Yield, Heart. Yield!” czyli najdłuższy utwór na czwartej płycie. W sumie jeśli mam opisać te kilkanaście minut to można to określić tylko jako bardzo umiejętna gra emocjami, ale o tym później. W końcu po tym utworze mogliśmy trochę dłużej porozmawiać ze Szwedami, którzy zrobili się bardziej rozmowni i zapowiedzieli utwór ze swojej trzeciej płyty, który okazał się przedostatnim tego wieczora, czyli “Sons of Ghosts”.  Zapowiadało się, że nic nie może zakłócić przebiegu tego całkiem optymistycznego i dynamicznego utworu, ale w trakcie części wokalnej mikrofon zaczął przerywać i nie wiem czy przypadkiem nie doszło do spięcia, gdy wokalista próbował coś z tym zrobić. Jednak mimo problemów technicznych, udało się Thomasowi wyjść z sytuacji obronną ręką, bo dokończył zwrotkę używając mikrofonu basisty.

Ostatnimi dźwiękami wieczoru był kolejny klasyk z pierwszej płyty – “Tomorrow My Friend”. Jeśli, ktoś się zastanawiał jak powinny się kończyć post-rockowe koncerty, to właśnie w ten sposób. Naprawdę głośne crescendo, muzycy szalejący i to nie tylko na scenie, bo Daniel Öhman zatęsknił najwidoczniej za czasami gry w hardcore’owym When We Fall, zszedł ze sceny i jednocześnie grając zaczął krzyczeć ile sił w płucach. Wspomniany wcześniej perkusista nie pozostał obojętny i po rozczłonkowaniu swojego zestawu perkusyjnego, wziął jeden z bębnów i zszedł ze sceny jednocześnie mocno uderzając pałeczką, która wkrótce poleciała w widownię. Na sam koniec z całej siły uderzył instrumentem w podłogę (jestem pod wrażeniem wytrzymałości). Bisów nie uświadczyliśmy, co trochę zasmuciło część publiczności, ale wydaję mi się, że po takim zakończeniu koncertu wychodzenie ponownie na scenę nie miało większego sensu.

Te kilkadziesiąt minut spędzonych ze Szwedami i ich muzyką było kolejnym przykładem na to, że post-rock na żywo to jest zupełnie inne doświadczenie, jeśli chodzi o muzykę w ogóle. Zwłaszcza jeśli mamy do czynienia z zespołem, który od 2006 roku gra gatunek muzyki, któremu od lat zarzuca się wtórność, a ten mimo upływu lat w dalszym ciągu wyróżnia się swoją oryginalnością i nigdy nie przestał poszukiwać nowego brzmienia. Inna sprawa, że Ef stali się specjalistami od gry na emocjach, bo słuchając ich muzyki i widząc ich zaangażowanie na scenie autentycznie widać, że to co robią jest szczere. Dzięki temu nie pozostawiają widza obojętnego i pozwalają mu się ponieść emocjom, które zmieniały się nie tyle co utwór, co nawet w trakcie jednego utworu przechodziły od melancholii, smutku, po optymizm i radość. To właśnie dzięki temu długo nie zapomnę tego koncertu.

Plotki o śmierci post-rocka są zdecydowanie przesadzone. I jeśli kiedykolwiek usłyszycie coś takiego, to możecie być pewni, że autor tych słów nie był na koncercie Ef, bo z  pewnością zmieniłby zdanie.

Tekst: Leszek Wroński

Foto: Łukasz Leszczyński





Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.