03.12.2014 10:00

Autor: Mateusz Grzeszczuk

“Wiele łączy mnie z agentem Cooperem”- wywiad z Samborem

Kategorie: Czytelnia, Wywiady

Wykonawcy:


“Wiele łączy mnie z agentem Cooperem” – wywiad z Samborem

Muzyka do “cholernie dobrej filiżanki kawy”.

Mateusz Grzeszczuk: Minie ponad rok od naszej ostatniej rozmowy, a na zakończenie powiedziałeś, że planujesz pracę nad kolejnym materiałem. Mam rozumieć, że finalizujesz pracę nad albumem?

Tak, większość materiału na nową płytę została już nagrana. Już nie mogę się doczekać, kiedy wreszcie będziemy mogli ją pokazać światu. Myślę, że wiele osób będzie zaskoczonych tym, jak zmieniło się nasze brzmienie.

Czy na krążku pojawią się tym razem utwory po polsku?

Właściwie już w trakcie nagrywania poprzedniej płyty byłem przez wszystkich namawiany, żeby zacząć pisać po polsku. Twardo stawiałem na swoim, bo uważałem, że do tej muzyki pasuje tylko język angielski. Cóż, myliłem się? Już w trakcie prac nad drugim albumem zacząłem z ciekawości eksperymentować z polskimi tekstami. Na początku nie szło mi to najlepiej. Po angielsku pisałem z łatwością, a z polskim męczyłem się tygodniami. Zmiana przyszła niespodziewanie. Wracałem autem ze studia, cholernie wymęczony. Noc, las, mgła? – normalnie Twin Peaks. W głowie niepokojąca linia basowa, którą wymyślił chwilę wcześniej nasz basista. Tekst nagle zaczął się sam pojawiać w mojej głowie. Odpaliłem tylko dyktafon – prawie jak agent Cooper – i zacząłem nagrywać. Zanim dojechałem do domu, miałem już całość. Pierwszy polski tekst, który pojawił się znikąd. Od tego czasu było już tylko lepiej.

Agent Cooper najchętniej jadłby tylko placek wiśniowy i popijał “cholernie dobrą filiżankę kawy”. Co oprócz tego było dla Sambora najważniejsze w komforcie pracy nad krążkiem?

Wiesz, właśnie sobie uświadomiłem, jak wiele mnie łączy z Cooperem. A tak zupełnie na serio, to praca nad tym drugim krążkiem wcale nie była taka łatwa. Właściwie samo poszukiwanie brzmienia trwało u nas bardzo długo. Kiedy pierwszy raz usiedliśmy do nowego materiału, nagraliśmy kilka numerów w klimatach rockowych i nawiązujących do lat 70. Sam już nie wiem, czemu akurat w taką stronę to poszło, bo głową byłem już w zupełnie innych rejonach. Coraz bardziej zagłębiałem się w rap i elektronikę, przy okazji coraz bardziej oddalając się od gitarowych brzmień. Na szczęście w czasie miksów stwierdziliśmy, że ten kierunek jest zupełnie bez sensu. Wywaliliśmy rockowe numery i zaczęliśmy pracę od zera. Tak urodził się zupełnie nowy, elektroniczny sound. To będzie naprawdę mroczna i pokręcona płyta. Dużo syntezatorów, dużo łamanych beatów – myślę, że wiele osób będzie zaskoczonych.

Po wyrzuceniu rockowych numerów, po rozpoczęciu pracy od zera nie czułeś się zrezygnowany?

Nie, bo wiedziałem, że to dobra decyzja. Czasami trzeba coś rozpieprzyć, żeby zbudować na tym nową jakość.

Sambor nadal toczy życie na walizkach? Podróże między Poznaniem a Tychami, dojazdy do Warszawy?

W pewnym momencie miałem już dość tego trójkąta bermudzkiego: mieszkałem w Warszawie, w Tychach nagrywałem, a w Poznaniu miałem dziewczynę. Do tego dochodziły koncerty w różnych miastach, więc tak naprawdę nigdzie nie mogłem dłużej zagrzać miejsca. Musiałem coś z tym zrobić, więc kiedy poważnie zabraliśmy się za nagrywanie drugiego albumu, przeprowadziłem się do Tychów. Przez połowę miesiąca mieszkam właśnie tam i nagrywam, a drugą połowę spędzam w Poznaniu. Walizki są teraz trochę lżejsze.

Przepraszam, ale ze słowami “musiałem coś z tym zrobić”, pomyślałem, że dla muzyki zostawiłeś dziewczynę (śmiech).

Na szczęście dziewczyna mocno wspiera mnie w muzyce. Zresztą jest też naszą menedżerką i załatwia nam koncerty, więc trudno, żeby było inaczej.

Ostatnio zagrałeś na pierwszym w Polsce Festivalu Crowdfundingu. Jak oceniasz rozwój tego typu akcji w naszym kraju, jak wspominasz, o ile się nie mylę “nocny” występ?

Crowdfunding to świetna sprawa. Okazuje się, że zespoły nie muszą mieć za sobą wielkich wytwórni i mogą nagrać płytę dzięki fanom. Z drugiej strony w Polsce mamy już chyba za sobą pierwszy zachwyt tego rodzaju akcjami. Zrobiło się ich cholernie dużo – dziesiątki portali crowdfundingowych, tysiące projektów. Coraz trudniej jest się przebić. Na szczęście najbardziej upartym się udaje, a my jesteśmy uparci. Nasza zbiórka potrwa jeszcze prawie dwa tygodnie, a już udało nam się zebrać ponad 14.000 zł. To oznacza, że druga płyta na pewno się ukaże – wszystko dzięki osobom, które w nas uwierzyły.

Jeśli chodzi o festiwal, to był dla nas dość dziwnym przeżyciem. Po raz pierwszy graliśmy w trio, po raz pierwszy po północy, po raz pierwszy po noiseowo-metalowym składzie, i po raz pierwszy fanka wtargnęła na scenę w czasie koncertu. Sporo nowych doświadczeń.

Akcja crowdfundingowa Sambora

Osobiście chciałbyś już związać się z jakąś wytwórnią?

To nie jest tak, że chcę pchać wszystko samodzielnie. Oczywiście, chciałbym współpracować z wytwórnią, ale to nie takie proste. Przede wszystkim w Polsce jest mało sensownych labeli. Z jednej strony mamy majorsów, dla których liczy się tylko hajs. Muzyka to czysty biznes, a artysta musi być gotowy na wszystko. Podpisuje cyrograf na 5 lat i tańczy jak mu zagrają. Z drugiej strony – małe labele, które nie mają środków, a często również pomysłu na cokolwiek. Dopiero zaczynają, chcą spróbować, ale nie bardzo wiedzą jak. Kończy się wydaniem płyty i obustronnym rozczarowaniem, bo płyta “się nie sprzedała”. Nic się nie dzieje samo. Wydanie płyty to pierwszy krok. Dobre numery nie wystarczą, trzeba też zająć się promocją i należy w to włożyć naprawdę dużo pracy. Po pierwszej płycie mam już trochę doświadczenia i o wiele większą świadomość tego, jak działa rynek. Czy wystarczająco, żeby samemu się tym zająć? Nie wiem. Na pewno jestem mocno zdeterminowany.

Mówiłeś, że udało Wam się uzbierać 14 000 zł. To sporo. W Polsce w ogóle istnieje funkcja pewnego ambasadora kultury, patronów, którzy są chętni wydawać prywatne pieniądze?

Okazuje się, że ludzie chcą wspierać wydarzenia kulturalne. To cholernie fajna sprawa. Gdyby nie taka pomoc, nie powstałby pierwszy teledysk do debiutanckiego albumu. Również druga płyta ma szansę się ukazać dzięki takiemu wsparciu. Czy to nie wystarczający dowód? Oczywiście w akcji crowdfundingowej bardzo pomógł nam Grolsch, ale są też zwykli ludzie, którzy wierzą w ten projekt i chcą stać się jego częścią. Wśród nich jedna tajemnicza persona, której nazwiska nie zdradzę, ale bez której nie udałoby się nam tak szybko zebrać środków na wydanie płyty. Warto jednak podkreślić, że pieniądze to tylko wierzchołek góry lodowej. Jest mnóstwo osób, które pomagają nam na tysiące innych sposobów – inwestując w nas swój talent, czas i energię. Im też należy się od nas wielka piona.

W takim razie zapytam, kiedy teledysk?

Na razie skupiamy się na albumie, bo to dla nas najważniejsze. Im dłużej nad nim pracujemy, tym bardziej bezkompromisowo podchodzimy do materiału. Parę dni temu zdecydowaliśmy, że nasze najbardziej przebojowe numery prawdopodobnie w ogóle nie znajdą się na płycie. Może to strzał w stopę, ale stawiamy na bardziej kwaśne brzmienia i kawałki, które nie mają typowej budowy zwrotka-refren. W związku z tym nie wiem, czy będzie sens kręcić normalne teledyski. Może uda nam się wymyślić jakąś ciekawszą formułę.

Dziękuję serdecznie za rozmowę!

Rozmawiał Mateusz Grzeszczuk
fot. Radosław Kaźmierczak




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.