07.07.2012 14:04

Autor: Gosia

Wehikuł czasu

Kategorie: Czytelnia, Relacje z festiwali, Relacje z koncertów

Wykonawcy: | | | | |


Wehikuł czasu
06.07.2012/Gdynia

Relacja z 3. dnia Open’er Festivalu.

Trzeciego dnia Open’er Festival zafundowałam nam nie lada gratkę – podróż w przeszłość. Trochę do lat 90., a trochę do 2005 roku, kiedy to muzyka indie świętowała triumfy.

Zanim jednak do tego wehikułu wsiedliśmy, na dużej scenie zaprezentował się zespół L.Stadt (trzeba przyznać, że reprezentacja Łodzi w tym roku jest dość silna). Zawsze miałam z nimi problem. Nagrywają świetne płyty, w skład zespołu wchodzą naprawdę dobrzy muzycy, a jednak coś nie gra. Podczas swojego godzinnego występu na płycie lotniska w Gdyni zagrali obok utworów ze swoich dwóch albumów, jeden nowy, który zupełnie nie porwał. Niestety cały materiał zabrzmiał jakoś płasko i bez życia. Zdarzyło się też parę problemów natury technicznej. Występu zdcydowanie nie można zaliczyć do udanych, a szkoda bo wiem, że panowie potrafią zagrać tak, że buty spadają.

Już nie taki Chillwave
Chwilę później na scenie znajdującej się pod niebieskim namiotem pojawił się Toro y Moi. Chazwick Bundick zaistniał w muzycznym świecie dzięki chillwave’owi. Jego występ na Off Festivalu 2010 upłynął właśnie pod znakiem tego popularnego wtedy gatunku. Tym razem zaprezentował się w bardziej popowo-funkującej stylistyce i porwał do tańca znaczną część zgromadzonej pod sceną publiki. Koncert bardzo poprawny, ale bez większych uniesień.

To nie 2005 rok
No i zaczęło się. Usadowiliśmy się wygodnie i maszyna ruszyła. Na scenie pojawili się Bloc Party. Po ogłoszeniu tego zespołu pukałam się w czoło. “Panie Mikołaju, który mamy rok?”. O tym jak bardzo się myliłam miałam okazję przekonać się już parę minut po godzinie 20. Po pierwsze, Bloc Party są w świetnej formie, o wiele lepszej niż wtedy, kiedy grali u nas ostatnio. Po drugie, wydają właśnie swój 4. album, który po tym co usłyszałam wczoraj, zapowiada się naprawdę świetnie. Po trzecie, Kele to sceniczny zwierz i oglądanie go w jego naturalnym środowisku sprawiało wiele przyjemności. Szkoda tylko, że tak niewiele utwórów z 1. płyty zespołu trafiło do setlisty – choć to też nie do końca prawda, bo panowie uczciwie zagrali po 4 utwory z każdego swojego krążka, ale niestety sentyment do debiutu, krzyczy “za mało”. No i duży kciuk do góry za wplecenie “We found love” Rihanny jako intro do “Flux”.

Darts of pleasure
Franz Ferdinand miałam trochę więcej wiary niż w Bloc Party. Być może dlatego, że zawsze bardziej doceniałam talent songwriterski Alexa Kapranosa. No i do tego, już parę razy mięli szansę udowodnić polskiej publice, że na żywo są prawdziwą koncertową petardą. I tym razem nie mogło być inaczej. Już w momencie wyjścia na scenę publika była ich i mogli z nami robić co chcą. Panowie zaprezentowali pełen przekrój przez swoją twórczość, nie pomijając największych hitów. Cały tłum śpiewał z Alexem “Do You Want to” czy “Take Me Out”. Takich sing-alongów pozazdrościć by im mogli nawet Coldplay. Niestety ja swoją przygodę z Franzami musiałam zakonczyć przy “40 ft”, aby szybkim korkiem przemieścić się na koncert M83.

Zespół od reklamy piwa
Zanim przejdę do samego koncertu, jedna uwaga. Kiedy dotarłam równo o 23 na scenę Tent, zamiast M83 usłyszałam ogłoszenie, że koncert zacznie się za 20 minut, bo czekamy na ludzi, którzy idą z głównej sceny. Takich rzeczy się nie robi. Ja rozumiem, że to miły ukłon w stronę tych, którzy na Franz Ferdinand postanowili zostać do końca, ale zrobili to świadomie, wiedząc jak wygląda line up. Ja z tego samego powodu musiałam zrezygnować z “This Fire” czy “Michael”, żeby móc zobaczyć koncert M83 od początku. Jak się okazuje – niepotrzebnie. Do tego, takiego zabiegu na koncercie The Cardigans już nie zastosowano, przez co z koncertu na którym prezentowali płytę “Gran Turismo” usłyszałam bisy spoza płyty.

Ale dość narzekania, bo w sumie warto było poczekać te 20 minut. M83 to zespół, który ma w sobie niesamowitą koncertową (płytową z resztą też) moc. Ich muzyka jest po prostu trójwymiarowa i wręcz namacalna. Już wraz z pierwszymi dźwiękami wydobywającymi się z instrumentów, tłum, który rozlewał się dużo przed namiot, oszalał. Jeszcze na żadnym koncercie tej edycji publika nie reagowała aż tak entuzjastycznie. Wrażenie na zespole zrobiło to ogromne, Anthony aż padł na kolana, co znaczy znacznie więcej niż suche “You’re amazing, the best crowd ever”. Taka reakcja publiki mogła trochę dziwić zwłaszcza, że po “Midnight City” znanym z reklamy piwa, duża część ludzi wyszła z namiotu. Słychać też było szepty “ciekawe czy zagrają to z reklamy?”. Ale jak widać tych świadomych też było sporo. Dziwi również fakt, że organizatorzy postanowili umieścić zespół w namiocie, choć publiki zebrało się tam tyle, co na największych koncertach na Main Stage. A jeszcze w zeszłym roku zespół grał w niewielkim klubie w Katowicach.

Szwedzki deser
Jak już wspomniałam, niestety na koncert The Cardigans dotarłam jak już prawie schodzili ze sceny. Na szczęście wrócili i to 2 razy. Wszystkim tym, którzy narzekali na dodanie The Cardigans do tegorocznego składu mam do powiedzenia tylko tyle: nie znacie się! Ten legendarny szwedzki zespół pojawił się przy okazji Open’era w Polsce po raz pierwszy i to do tego grając swój najlepszy album “Gran Turismo”. Jak się okazało, na brak fanów w naszym kraju zespół narzekać nie może. Trudno się dziwić, bo The Cardigans to kawał pożądnego, gitarowego grania. Do tego Nina Persson jest najzwyczajniej w świecie przurocza. Już samo patrzenie na nią sprawia przyjemność. Oprócz “Gran Turismo” podczas 2 bisów zespół zaprezentował zestaw swoich singli z “Lovefool” na czele. Ja wychodziłam z terenu festiwalu z “I need some fine wine and you, you need to be nicer” na ustach.

Do jutra!

Relacja z 1. dnia
Relacja z 2.dnia

Gosia Lewandowska
foto: Alter Art




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.