25.08.2013 09:01

Autor: Szymon

Way Out West 2013 – relacja, cz.1

Kategorie: Czytelnia, Relacje z festiwali, Relacje z koncertów

Wykonawcy:


Way Out West 2013 – relacja, cz.1

Skal&Snus, czyli słów kilka o ludziach spotkanych na festiwalu.

Nie chciałbym nigdy wyleczyć się z zawrotów głowy, jakich “nabawiłem” się w Göteborgu podczas Way Out West. Towarzyszy mi cudowny stan nieustającego szczęścia i oszołomienia. Byle trwał jak najdłużej, choć wiem, że prędzej czy później będę musiał zejść na ziemię. Mam nadzieję, że tylko po to, by się odbić i znów bujać w muzycznych obłokach.

Wyprawa na festiwal Way Out West była też moją pierwszą do Skandynawii i samej Szwecji. Chcąc nie chcąc wielokrotnie byłem zmuszony do tego, by spytać o drogę. Wtedy wkraczały na scenę najważniejsze, obok Way Out Westowych artystów, osoby – uczestnicy festiwalu. Szwedzi to niesłychanie życzliwa i pomocna nacja. Nie mówię tylko o spotkanych mieszkańcach Göteborga, ale o wszystkich młodych ludziach, którzy w ciągu tych kilku niezwykłych dni pomogli mi dotrzeć na koncerty.

Już pierwszego wieczoru, gdy zdecydowałem się odebrać festiwalową opaskę, zdarzyło mi się zgubić w drodze powrotnej do hotelu. Trochę się kręciłem wokół Skansenu Kronan dominującego nad göteborską dzielnicą Haga. Miało to i swój urok; czasem dobrze jest się na chwilę zagubić się w zupełnie nowej przestrzeni i przypadkiem poznawać ciekawe zakątki miasta.

Drugiego, trzeciego i czwartego dnia pobytu w Göteborgu zwyczajnie nie było już czasu na to, by się tak beztrosko zawieruszyć. Czekały na mnie koncerty, artyści i nowe, nieodkryte miejsca. Oczywiście wielokrotnie pytałem rozmaite osoby o drogę, a potem, w jakiś niewytłumaczalny sposób, spotykałem je przypadkiem następnego dnia w festiwalowych strefach gastronomicznych i w kolejkach na koncerty w ramach Stay Out West.

Festiwal to nie tylko artyści i muzyka, ale przede wszystkim współtworzący go ludzie. O ile nie miałem żadnych zastrzeżeń do ich zachowania na festiwalu, to brakowało mi trochę przebierańców i kolorowych strojów (tak wszechobecnych na Sziget). Szwedki uwielbiają ubierać się na czarno, biało, szaro i beżowo. Możliwe są oczywiście wariacje wspomnianych kolorów. Nie przywiązują też większej wagi do festiwalowego obuwia – ma być przede wszystkim wygodnie. Wiele jest też marynarskich strojów, a panowie często przypominają brodatych bosmanów. W końcu Way Out West to nadmorski festiwal (w trakcie koncertu Cat Power mewy uleciały znad sceny w powietrze niczym gołębie symbolizujące pokój). Bardzo ciekawiła mnie też kulturowo-etniczna proweniencja uczestników festiwalu. Okazało się, że lwią jej część stanowili oczywiście Szwedzi, choć zdarzyło mi się zamienić słowo z Francuzem, Irlandczykiem czy usłyszeć rozmawiających Amerykanów.

Zadziwiające było też to, że połowa napotkanych przez mnie osób była w jakiś sposób związana z Polską. W efekcie wielu przeprowadzonych przez mnie rozmów okazało się np., że kierowca, który przywiózł mnie z lotniska ożeniony jest z  pochodzącą ze Szczecina Polką, inni młodzi ludzie pracowali w szwedzkich firmach mających u nas w kraju swoje przedstawicielstwa i wreszcie wielu z nich odwiedziło Kraków (moje miasto rodzinne) i znało nawet legendy o “Smoku wawelskim” i “wieżach kościoła Mariackiego”.

Szwedzi to również niezwykle pilni festiwalowi słuchacze, którzy przychodzą na koncerty bardzo dobrze przygotowani. Chodzi mi głównie o znajomość repertuaru mających wystąpić na Way Out West i Stay Out West wykonawców. Ich reakcje podczas koncertów nie są może tak żywiołowe jak te polskiej publiczności i raczej w skupieniu przeżywają występy wykonawców, jednakże pod koniec nagradzają ich gromkimi brawami i okrzykami zachwytu.

Crowdsurfing jest zwyczajnie zakazany. Jeśli  zaś ochrona dostrzeże wśród publiczności osoby palące, to natychmiast rzuca się w ich kierunku i po chwili wraca z garścią skonfiskowanych papierosów. Z kolei jeśli ktoś wskoczy “na barana” innej osobie, to pilnujący porządku panowie wskazują go natychmiast palcem lub oświecają latarką, nakazując w zdecydowany sposób zejście na ziemię. Publiczność nie ma wyboru – musi być grzeczna. Dlatego właśnie bez większych trudności byłem w stanie wielokrotnie przedostać się pod samą scenę i z najbliższej odległości podziwiać moich ulubionych wykonawców (swoją drogą, ciekawe czy oni widzieli mnie tak dobrze jak ja ich?).

Najbardziej dziwił mnie brak występów na bis, nawet gdy dość powściągliwa publiczność bardzo wyraźnie domagała się kontynuacji koncertu. Co kraj, to obyczaj. Szwedzi może nie szaleją na koncertach, ale podczas setów didżejskich, gdy panuje już bardziej imprezowy nastrój, zwyczajnie dają się ponieść zabawie. Widziałem nawet osoby tańczące w kałużach powstałych w trakcie wielkiej ulewy, która przeszła nad Göteborgiem w ostatnią noc mojego pobytu na festiwalu.

Podczas Way Out West zdarzyło mi się też kilkakrotnie wznieść toast (skal) z moimi szwedzkimi przyjaciółmi i zostać poczęstowanym lokalną odmianą tabaki (snus). W połączeniu z muzycznymi wrażeniami dawało to całkiem niezłego kopa i pewnie dlatego do dzisiaj lewituję, a moja słowiańska dusza błąka się nadal po ulicach, placach, parkach i klubach Göteborga. Zwyczajnie nie chce wracać. Trudno jej się dziwić…

Szymon Matlak
fot. Mateusz Kozina




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.