29.08.2013 09:00

Autor: Szymon

Way Out West 2013 – relacja, cz.4

Kategorie: Czytelnia, Relacje z festiwali

Wykonawcy: | | | | | | | |


Way Out West 2013 – relacja, cz.4

Zabawa przeplatana wzruszeniami. Dzień drugi.

Zdecydowałem, że drugi dzień mojej obecności na Way Out West upłynie przede wszystkim pod znakiem dobrej zabawy. Chciałem całkowicie poddać się nastrojowi chwili i doświadczyć prawdziwej magii festiwalu. Piękna słoneczna pogoda sprzyjała od początku moim zamierzeniom i samo zobaczenie bohatera filmu “Searching for Sugar Man” przywróconego do muzycznego życia już napawało sporym optymizmem. Twarz Rodrigueza mimo licznych zmarszczek, spowodowanych nie tylko upływem czasu, promieniała radością. Podobnie jak i tętniąca życiem muzyka. Po koncercie Sugar Mana postanowiłem się nieco rozejrzeć po festiwalowym miasteczku i w drodze na koncert sióstr Haim zahaczyć o Of Monsters and Men. Trafiłem na końcówkę koncertu i udało mi się posłuchać ich największego przeboju “Little Talks”. Pozostawili w mojej pamięci dość miłe wrażenie i gdybym miał jeszcze kiedyś okazję ich posłuchać, to już na pewno od początku do końca.

Rock’n'roll na przemian z niesmacznymi żartami

Byłem natomiast na całym koncercie Haim, choć muszę przyznać, że kosztowało mnie to trochę wysiłku i wymagało odrobiny cierpliwości. Oczywiście bardzo entuzjastycznie reagowałem na moje ulubione kawałki z albumu kalifornijskich rockmanek “Days Are Gone” (“Falling”, “Save Me” i “Forever”). Jakoś mniej pociągała mnie ta bardziej rockowa strona sióstr Haim. Nieco irytowała najstarsza z nich (Este), która zabawiała słuchaczy oczekujących na dalsze koncertowe atrakcje opowiadaniem niepotrzebnych wymuszonych świństw i żartów. Z kolei najmłodsza z sióstr, najbardziej nijaka – Alana – przypominała mi bardzo swoim wyglądem Anthony’ego Kiedisa z Red Hot Chili Peppers. Najjaśniejszym, nieokiełznanym ogniwem zespołu okazała się Danielle, która szalała na scenie niczym największa gwiazda rocka, nawiązując prawdziwy kontakt z publicznością i to w niej widziałbym w przyszłości liderkę zespołu. Oczywiście musiałaby przestać obowiązywać hierarchia starszeństwa. Myślę, że drobne przemeblowanie wyszłoby siostrom na dobre.

Natasha z krainy czarów

Następnie znów przeniosłem się pod Azaleę, gdzie miała wystąpić tak przeze mnie wyczekiwana Bat For Lashes. Scena i dekoracje wyraźnie były przygotowane pod wieczorny, nastrojowy występ (rozbłyskujące latarenki) artystki. Zespół ubrany w czarno-białe stroje był wyraźnym tłem Natashy Khan, która pojawiła się na scenie w pięknej zielono-fioletowo-różowej kreacji i od razu urzekła publiczność swoją naturalnością. Od początku czarowała uśmiechem i bez trudu zabrała mnie na spacer po swojej muzycznej krainie. Od czasu do czasu na chwilę przystawałem, by wsłuchiwać się w utwory z wielką atencją (“Laura”), innym razem nieco podbiegałem, by nadążyć za koncertową Alicją z krainy czarów (“All Your Gold”) i wreszcie przenosiłem się wraz z nią w czasie (“Rabbit Hole”). Na koniec tego niezwykle angażującego emocjonalnie przedstawienia wybrzmiał “Daniel”, po którym, co najmniej do kolejnego koncertu, szukałem drogi powrotnej ze świata muzycznej wyobraźni Bat For Lashes.

Hakan z piekła rodem

W tej samej chwili, gdy usiłowałem powrócić z drugiej strony lustra byłem świadkiem ogólnonarodowego szaleństwa, które miało miejsce podczas koncertu Hakana Hellstroma. Wielbiony przed lokalną publiczność artysta bez trudu wprowadził szybko wszystkich w stan euforii i mimo że kompletnie nie docierała do mnie jego muzyka, to zdarzyło mi się bezwarunkowo przytupywać nóżką. Szwedzi tańczyli wszędzie. Cała festiwalowa przestrzeń tętniła życiem jak nigdy dotąd. Od okolic głównej sceny (Flamingo), przez strefy gastronomiczne, na Azalei kończąc (oczekująca już na występ Miguela publika także wariowała). Wreszcie po ponad półtoragodzinnym występie Hakana Hellstroma kurtyna została opuszczona i niedługo później na przeciwległej scenie pojawił się Miguel wraz z zespołem.

Serca Szwedów biją dla Miguela

Miałem go już okazję posłuchać podczas tegorocznego Open’era i bardzo ciekaw byłem, jak Szwedzi przyjmą artystę. Okazało się, że darzą go dość sporą sympatią i co więcej, doskonale znają teksty jego piosenek. Miguel zgromadził przede wszystkim damską publiczność, która w pobliżu sceny piszczała z zachwytu. Panowie, choć wzięli go nieco na dystans, to podziwiali kunszt towarzyszących mu muzyków. Nagłośnienie biło na łeb na szyję to Open’erowe (przygotowane specjalnie pod występ Kings of Leon) i mimo że początkowo nieco wyciszono gitary (celowy zabieg), to jak tylko wybrzmiało “Pussy Is Mine” zwyczajnie miały swój moment. Artysta dość często droczył się i flirtował z publicznością (zaśpiewał wstęp do “Adorn”, by chwilę później zaprezentować zupełnie inny utwór).

Nie darował sobie też wypowiedzenia paru truizmów, którymi wzbudził dodatkowe uśmiechy na twarzach słuchaczy wyraźnie wolących jego śpiew. Może brakło mi zachodzącego opener’owego słońca, które towarzyszyło muzykom podczas występu w Polsce, ale zachwyt i współuczestnictwo ludzi sprawiło, że byłem naprawdę na koncercie. Jak zwykle i tym razem nie usłyszałem bisów, ale po udanym występie artyści nie chcieli szybko zejść ze sceny – gitarzysta i didżej grali na instrumentach, z których nie wydobywał się dźwięk! Cóż to było za nieme kino! Wreszcie po paru minutach zeszli do czekającej pod barierkami publiczności. Rozdali sporo autografów, chętnie fotografowali się z ludźmi, rozmawiali i na sam koniec rozrzucili co tylko mogli spragnionym pamiątek wielbicielom (od list zagranych utworów, przez festiwalowe opaski, na pałeczkach perkusisty kończąc). Cóż za przyjęcie! Tak powinien wyglądać prawdziwy koncert, po którym wykonawcy chętnie powrócą na festiwal!

Urwane misterium

Kolejną rzeczą, której Szwedom zazdroszczę, to headlinerzy w postaci rodzimych wykonawców. Obok wcześniej wspomnianego Hakana Hellstroma, to właśnie The Knife miało stanowić główną atrakcję drugiego dnia festiwalu. Zobaczyć Karin Dreijer Andersson występującą przed świadomą jej psikusów publicznością, to była nie lada gratka. Chciałem posłuchać choć części koncertu i ruszyć w kierunku Stay Out West. Niestety, zdążyłem zobaczyć tylko początek elektronicznego misterium. The Knife postanowili nieco zaskoczyć publiczność, wysyłając na scenę na ponad dwadzieścia minut wodzireja, który zaaplikował im mały aerobik. Trochę poirytowany całą sytuacją i jednocześnie świadom faktu, że The Knife wystąpią podczas tegorocznego Selectora obrałem kierunek na Stay Out West.

Wróżka i bajka na dobranoc

Tuż przed godziną duchów dotarłem pod koncertową scenę umieszczoną w parku rozrywki Liseberg. Nieopodal niej mieścił się nawiedzony dom, w pobliżu którego przechadzały się upiorne postaci niczym z filmów Tima Burtona. Od wesołej dziewczyny z obsługi imprezy dowiedziałem się, że jedna z aktorek zbytnio weszła w swoją rolę i w prawdziwym życiu bardzo podobnie się zachowuje. Na tym jednak nie koniec atrakcji – w toalecie usytuowanej w nawiedzonym domu czekało kilkanaście fluorescencyjnych pistoletów na wodę i gdy się tam udałem, byłem świadkiem pierwszej tego wieczoru strzelaniny. Na szczęście uszedłem z “życiem” i z rozmieszczonych w pobliżu pirackiego statku stolików zabrałem inne świecące po zmroku elementy. Ich zastosowanie było bardzo szerokie: począwszy od bransoletek, przez spinki do włosów, na słomkach do napojów kończąc. Nie ma to jak rozbawić i nieco nastraszyć publiczność przed główną atrakcją wieczoru – koncertem norwesko-szwedzkiego elektronicznego trio Postiljonen.

Wysłuchałem wtedy niezwykłej bajki na dobranoc, którą zaśpiewała wróżka Mia (wokalistka zespołu). Towarzyszące jej elfy (muzycy) wykreowały niezwykłe, wręcz mało skandynawskie, a bardziej plażowe dźwięki. Lekko metaliczny szept wokalistki działał niesłychanie kojąco na zmysły, a współtworząca nastrój muzyka sprawiała, że miałem wrażenie jakby mnie ktoś cały czas przytulał. Poczułem się niesłychanie bezpiecznie i dałem się unieść ponad park rozrywki niczym Piotruś Pan i obserwowałem wszystko z poziomu nieba pełnego gwiazd (utwory “Help”, “Plastic Panorama”, “Supreme” i “Skying High”). Ta niemal narkotyczna wizja została wywołana w sposób naturalny i jeszcze długo po zakończeniu koncertu towarzyszył mi stan nadmiernego szczęścia.

Całkiem niezłym uzupełnieniem wieczoru okazał się występ dzieciaków z pop-rockowego Urban Cone, którzy chwilę później zagrali na Liseberg Hamnomrade. Na żywo wypadli o niebo lepiej niż na płycie. Swoją energetyczną muzyką podtrzymali publiczność w stanie euforii wywołanej przez bajkowe trio z Postiljonen i wychodząc z parku rozrywki podśpiewywałem fragment chwytliwego refrenu jednej z ich piosenek I’m gonna fly like an eagle…. Do dziś nie jestem pewien czy już wylądowałem.

Szymon Matlak

fot. Mateusz Kozina




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.