09.12.2013 10:00

Autor: Mateusz Grzeszczuk

“W muzyce, jak w kuchni – też lubię próbować różnych smaków”

Kategorie: Czytelnia, Wywiady

Wykonawcy:


“W muzyce, jak w kuchni – też lubię próbować różnych smaków”

Wywiad z Dorotą Miśkiewicz.

Mateusz Grzeszczuk: Przeglądałem wiele wcześniejszych wywiadów i jedno zdanie szczególnie utkwiło mi w pamięci: Myślałam, że życie skończy się jak nie zostanę muzykiem. Była też mowa o tym błędzie na egzaminie, który mógł panią pozbawić miejsca w szkole muzycznej.

Dorota Miśkiewicz: To było niezwykle stresujące doświadczenie, dzień egzaminu do szkoły muzycznej, właśnie podstawowej. Byłam bardzo przejęta i nie wyobrażałam sobie innej sytuacji. W dodatku moja mama i tata byli muzykami, więc nic innego nie mogło się wydarzyć. A to był właśnie jeden, najmniejszy błąd podczas tego egzaminu i wydawało mi się, że to sprawi, że to będzie koniec, że się jednak nie udało. Wynik był pozytywny.

W tamtych czasach zdarzało się też, że pani ojciec przywoził płyty z zagranicy, których akurat w Polsce nie było. Która w szczególności przypadła pani do gustu?

Pamiętam, że akurat płyty Al’a Jarreau były dla mnie bardzo wyjątkowe i strasznie podobała mi się ta muzyka, którą mój tata określał mianem “jazz rocka”. Dziś nie funkcjonuje takie określenie. Razem z bratem śpiewaliśmy sobie piosenki. On nucił linię basu, ja – trąbek, wymienialiśmy się partiami, słuchaliśmy nie tylko linii melodycznej, ale i niuansów aranżacyjnych.

Podobno miała pani okazję muzykować z rodziną, ale tylko w święta.

W domu nie siadamy do swoich instrumentów, aby razem pograć. Pomysł pojawia się właśnie spontanicznie np. podczas świąt – śpiewanie kolęd. Oczywiście grywamy ze sobą na płytach i koncertach. Tata jest spoiwem. Za sprawą jego osoby spotykamy się wszyscy na scenie, mój tata, brat i ja. Braliśmy udział razem np. przy jego projekcie “Uniesienie” czy “Full Drive”.

Powiedziała pani: Nie ma czerni i bieli, wszystko jest zawsze szare. Mógłbym się więc domyślać, że może i w kwestii sukcesów, muzyki, nie jest pani w stu procentach zadowolona.

Absolutnie jestem! Szarość ma dla mnie bardzo pozytywne znaczenie. Niby mówi się, że “szare – znaczy nijakie”. Dla mnie chodzi o paletę barw pomiędzy czernią i bielą. Lubię kolor szary, dla mnie symbolizuje on zadowolenie, akceptację. Podobnie jak w piosence tytułowej “Ale (może robisz błąd?)”, oczekujemy tylko na jakieś spektakularne, wielkie wydarzenia w życiu, a ta szarość jest symbolem zwykłych rzeczy, które nam się przydarzają na co dzień. One też są piękne i należy je docenić. Szarość postrzegałam właśnie w ten sposób, jestem zadowolona z tego, co przynosi mi życie.

Dalej pozostając w kontekście kolorów. Jest już pani w pewien sposób “sformatowana”, aby można było przypisać do jakiś gatunków?

Nie wiem, jak postrzegają mnie inni, ale lubię eksperymenty i nigdy ich nie zaprzestanę. Na płytach, które nagrywam, dawałam już oznaki swoich fascynacji muzyką jazzową, popową, brazylijską, projekty z Cesarią Evorą – muzyka afrykańska, do tego współpraca z Yugopolis, tam śpiewam piosenkę bałkańską. Teraz nawiązałam współpracę z  zespołem Kwadrafonik i nagraliśmy płytę “Lutosławski, Tuwim. Piosenki nie tylko dla dzieci”, a  zespół ten gra muzykę poważną, współczesną, czasem odwołując się do polskich, ludowych korzeni. To mi się właśnie podoba, próbowanie różnych rzeczy. Tak, jak w kuchni – też lubię próbować różnych smaków, kuchni różnych regionów.

A z tego co wiem, to pani Dorota Miśkiewicz gotować lubi.

Ja lubię zjadać (śmiech)! Gotować lubię, ale robię to rzadko. A zjadanie jest czynnością, która stwarza mój dzień. Wiele rzeczy podporządkuję posiłkom, co mam zjeść, o której mam zjeść.

Wracając jeszcze do projektów. Mieszkam w Lublinie i nie mógłbym nie zapytać o to, co łączy panią z Józefem Czechowiczem.

Kiedy dowiedziałam się o tym projekcie, natychmiast się zgodziłam. Bardzo cenię Kubę Badacha, który też był w przedsięwzięcie zaangażowany. Wiedziałam też, że to, co robił Włodek Pawlik (pisał już wcześniej muzykę do wierszy), stoi na wysokim poziomie. Wszystko to, co działo się wokół projektu “Wieczorem”, było bardzo miłe. Można powiedzieć, że zamieszkaliśmy na jakiś czas w Lublinie. Próby trwały długo, musieliśmy przez tydzień być dwa razy dziennie w Teatrze Starym. W wolnym czasie chodziliśmy po starówce, zakolegowaliśmy się też z artystami sceny lubelskiej.

Jak pani myśli, poradziła sobie pani z tym poetyckim przekazem?

Mam wrażenie, że w tych utworach słowo jest niesione przez muzykę, a ja jestem tylko przekaźnikiem. W przypadku moich piosenek Włodek trochę ingerował w Czechowicza, być może musiał, żeby wyszły z tego piosenki. Jako wokalistka, nie aktorka, skupiam się na jak najpiękniejszym zaśpiewaniu, na podaniu muzyki i tekstu. Czy sobie poradziłam? Każdy ma zapewne inne zdanie na ten temat. Ale ja, gdybym uważała, że sobie nie radzę, to zmieniłabym zawód.

Sam Czechowicz to bardzo katastroficzny poeta i zastanawiam się, jak to połączyć z jazzem.

Wiersze, które wybrał Włodek akurat takie nie były. Przyświecała mu idea, żeby wydźwięk spektaklu był pozytywny. Płyta otwiera się wierszem “Na wsi”, który jest pochwałą życia, a kończy “Modlitwą żałobną”, która, co prawda, otwiera przed nami wizję dramatycznego końca świata, jednak już w drugiej zwrotce pojawia się radość z tego, że wciąż żyjemy. To jest modlitwa, abyśmy żyli radośnie i bez lęku w świecie pełnym poezji i muzyki.

Świat muzyki, życie w trasie koncertowej jest chyba bardziej przewidywalne od tego realnego. Jak radzi sobie pani z tym codziennym brakiem zaskoczenia?

Zawsze może zepsuć się nam samochód (śmiech), albo przytrafić się korek na drodze. Kiedy jedziemy na koncert, plan działania jest ustalony i dobrze, że są pewne ramy, bo pewnie nie udałoby się go zagrać. Jednak to, co grają muzycy, co się dzieje na scenie, zawsze jest pełne zaskoczenia.

Jazz to wolność?

Ta wolność jest w improwizacji, choć nie tylko wolność. Do improwizacji potrzebna jest też wiedza i umiejętności. Temat jazzowy ma określoną liczbę taktów i konkretne akordy, w których trzeba się zmieścić. Z jednej strony trzeba zwracać uwagę na to, aby nie wypaść z rytmu i formy, a z drugiej strony – puszczać wodze fantazji, aby trochę poszaleć.

Płyta z Kwadrafonik to powrót do świata wyobraźni. Jakie oglądała pani bajki w dzieciństwie?

Oczywiście mój hit – “Pszczółka Maja”! A ta płyta, to właśnie powrót do tego, od czego rozpoczęliśmy naszą rozmowę, czyli do moich siedmiu lat, do tego egzaminu, po którym  rozpoczęłam edukację w szkole muzycznej, a w niej uczyłam się tych właśnie piosenek. Po latach znów śpiewam piosenki dla dzieci, napisane przez mistrzowskiego Juliana Tuwima, które większość z nas zna. Większość piosenek napisana została przez Lutosławskiego na głos operowy z fortepianem. Opracowanie zespołu Kwadrofonik jest bardzo twórcze, w pewnym sensie odświeża te utwory. Bartek Wąsik zaaranżował muzykę na dwa fortepiany, a potem Miłosz Pękala rozpisał ją na dwa zestawy instrumentów perkusyjnych. W naszym instrumentarium jest marimba, wibrafon, cymbały, dzwonki, cajon, udu, gongi i wiele innych. Mój udział też pokazuje inne oblicze znanych piosenek, bo nie śpiewam głosem operowym, tylko rozrywkowym. Postanowiłam się trochę pobawić przy nagraniu, trochę powygłupiać, otworzyć, pobawić jak dziecko. Historie Tuwima są wciągające, chciałabym, żeby dzieci słuchając ich, były ciekawe co się w nich dalej wydarzy.

Bajki kończą się zwykle bardzo dobrze, więc i ja dziękuje za tę pozytywną rozmowę.

Rozmawiał Mateusz Grzeszczuk




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.