23.05.2012 07:58

Autor: Katarzyna Borowiec

Violens – “True”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


Violens – “True”
Slumberland Records/2012

Prawdziwa mieszanka wpływów.

Nowojorski zespół debiutował dwa lata temu płytą “Amoral”, wzbudzając entuzjazm polskich recenzentów. Violens często określa się jako grupę “skandalicznie niedocenianą”. Ich twórczość jest rzeczywiście ciekawym stopem stylistyk znanych muzyków, przede wszystkim z lat 80. Motywy wymieszane są gładko, melodie urzekają przebojowością, unikając przy tym trywialności. Jednakże jest w tym wszystkim pewne niezdecydowanie, zawieszenie pomiędzy kategoriami, którego również na drugim albumie nie udało się Amerykanom uniknąć.

“True” jest bardziej spójna niż “Amoral”, ale ciężko stwierdzić, czy jest to postęp. Różnorodność debiutu była mimo wszystko urzekająca. Nowa płyta jest konsekwentnie zalana eterycznym głosem Elbrechta i rozmytymi klawiszami stanowiącymi tło utworów. Mocniejsze gitary “Every Melting Degree” i “All Night Low”, szczególnie w pierwszym przypadku, atakują słuchacza dosyć bezpardonowo. Z jednej strony spełniają swoją rolę, czyli służą urozmaiceniu, z drugiej brutalnie rozbijają sielankową narrację. Dziwi mnie, że nie są ich bezpośrednimi poprzednikami przerywniki “Lavender Forces” i “Lucent Caries”, które mogłyby dobrze przygotować odbiorcę na zmiany – pierwszy z nich jest pseudoindustrialną minutą delikatnego hałasu (niby rumor, ale raczej nieinwazyjny), drugi do połowy częstuje gitarami a la The Cure, by pod koniec zmienić się w tajemnicze szumy. Przerywają energiczny galop, na który składają się szybkie rytmy piosenek Violens.

Zespół Roberta Smitha to oczywiście nie jedyny, który słychać wyraźnie na “True”. Tak samo jak “Amoral” album ten może służyć jako baza do zabawy w “Odgadnij inspirację”. Znów pełno jest tu The Smiths, The Zombies i Beach Boysów (“Sariza Spring”). Dodatkowo od początku jest eterycznie jak u Cocteau Twins, w “When to Let Go” pobrzmiewa pop dwie dekady wcześniejszy, choć kryją go coraz cięższe dźwięki gitary. W “Every Melting Degree” Brian Wilson zamienia się na chwilę w Juliana Cope’a, “Unfolding Black Wings” kłania się My Bloody Valentine, “So Hard to See” wstawkami elektronicznymi przechodzi w rejony New Order, a nawet Gazebo. I tak można długo.

Ta wielobarwna mieszanka nie do końca przekonuje. Styl Violens to wciąż mozaika skojarzeń z cudzą twórczością, bardzo dobrze przemyślana i wyjątkowo zgrabnie posklejana, ale nierozpoznawalna. Nadal znakomitą większość utworów ciężko zapamiętać (co jest paradoksalne wobec ich melodyjności). Brakuje czegoś na miarę “The Dawn of Your Happiness Is Rising”; utwory są jeszcze krótsze niż na “Amoral”, co łącznie z ich szybkim tempem sprawia wrażenie biegu na złamanie karku. Z przeszkodami w postaci wspomnianych wstawek instrumentalnych.

Ogólne wrażenie, jakie pozostaje po spotkaniu z tą płytą jest jednak pozytywne i ulepsza się w miarę wzrostu liczby przesłuchań. Pozostaje tylko pytanie, kto będzie na tyle uparty, żeby odtwarzać ją aż do skutku.

Katarzyna Borowiec


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (9 głosów, średnio: 5,33 / 10)



Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.