14.02.2015 08:00

Autor: Jarosław Kowal

Vijay Iyer Trio – “Break Stuff”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


Vijay Iyer Trio – “Break Stuff”
ECM Records/2015

Wzór na jazz doskonały.

W Stanach Zjednoczonych funkcjonuje stereotyp dotyczący osób indyjskiego pochodzenia, który w Polsce ma właściwie tylko jedno oblicze – Raj Koothrappali z serialu “The Big Bang Theory”. Nie mam na myśli wybiórczego mutyzmu i przesadnej sympatii do karłowatych psów, lecz aktywność w sferze nauk ścisłych. Vijay Iyer ukończył Yale i University of California, a sam wykłada na Harvardzie. Niemniej to, co potrafi stworzyć za pomocą fortepianu jest dalekie od wszelkich schematów.

Większość partii Vijaya na “Break Stuff” to pojedyncze dźwięki wsparte mechanicznymi akordami. Przypomina to sposób komponowania charakterystyczny dla muzyki elektronicznej, gdzie wysokotonowe akcenty kąsają słuchacza w takt basowego podkładu. Wpływy elektroniki nie są zresztą wyłącznie moim domysłem. Utwór “Hood” zainspirowany został twórczością Roberta Hooda, producenta z Detroit, który jako jeden z pierwszych tworzył muzykę określaną później mianem minimal techno. W pewnym sensie doszło w tym wypadku do zamknięcia kręgu, ponieważ współtwórca grupy Underground Resistance jest synem jazzmana i wokalistki R’n'B, a sam wychował się na katalogu wytwórni Motown i z początku marzył o grze na trąbce. “Break Stuff” zachwyca od pierwszej do ostatniej nuty, ale gdybym miał wskazać swój ulubiony spośród dwunastu kawałków, byłby nim właśnie “Hood”. Dawno nie słyszałem w jazzie tak intensywnego bitu i jestem przekonany, że gdyby wpleciono go w set zawierający twórczość Jeffa Millsa, Marcela Dettmanna czy Surgeon, publiczność dalej pląsałaby jak w transie. Ostatnie dwie minuty są tak intensywne, że trudno się ich słucha na siedząco. Kompozycję kończy gwałtownie nastająca cisza, ale jestem pewien, że na koncertach wypełnią ją szaleńcze owacje.

Nie wszystkie utwory na “Break Stuff” mają tak nietypowe inspiracje. Iyer sięgnął po muzykę Theloniousa Monka (“Work”), Johna Coltrane’a (“Countdown”) i Billy’ego Strayhorna (“Blood Count”), czyli postaci powszechnie określanych jako “klasycy”. Po tym, co trio zrobiło z muzyką techno można by się spodziewać, że aranżacje wiekowych kompozycji jazzowych będą tak różne od oryginałów, jak “Gangsta Paradise” Coolio w porównaniu ze swoim pierwowzorem – “Pastime Paradise” Stevie’go Wondera. Nic z tego. Ambicją Vijaya Iyera nie jest tworzenie jak najdziwniejszej muzyki, lecz jak najintensywniej przemawiającej do odbiorcy. “Work” zostało pozbawione bopowej partii basu, która nadawała kawałkowi Monka skoczności. Stephen Crump gra w wolniejszym tempie, buduje bardziej refleksyjną atmosferę. Znakomite jest perkusyjne solo Marcusa Gilmore’a, ale w oryginale można usłyszeć Arta Blakey’a – mojego jazzowego perkusistę wszech czasów, którego w dalszym ciągu uważam za bezkonkurencyjnego. “Countdown” siłą rzeczy znacznie różni się od wersji Coltrane’a, ponieważ saksofon został zastąpiony fortepianem. Jest to jednak utwór bardzo mocno osadzony w stylistyce typowej dla jazzowych tercetów. “Blood Count” Iyer wykonał samodzielnie, co w pełni oddaje tragiczną historię powstania utworu. Strayhorn pisał go na łożu śmierci, pomiędzy atakami koszmarnego bólu wywołanego nowotworem. Nigdy go nie wykonał, ale od początku przeznaczony był dla Duke’a Ellingtona. Być może zabrzmi to jak profanacja, ale w mojej opinii Vijay przebił swoim wykonaniem nawet “Księcia”.

Kawałki o ptasich tytułach (“Starlings”, “Geese” i “Wrens”) powstały przy współpracy z Teju Colem, autorem powieści “Open City”, której treść Iyer próbował zobrazować podczas performance’u blisko dwa lata temu. W zestawieniu znajduje się również muzyka pochodząca z 2012 roku – fragmenty suity “Break Stuff” wykonanej po raz pierwszy w New York Musem of Modern Art. Tak różnorodne pochodzenie części składowych trzeciego albumu tria może sprawiać wrażenie obcowania z nierówną kompilacją, ale każdy z utworów otrzymał nową, dopasowaną do nadrzędnej koncepcji aranżację.

Profesor Iyer i jego towarzysze od ponad dziesięciu lat zachwycają słuchaczy na całym globie. Na “Break Stuff” nie musieli udowadniać niczego, a jednak zdecydowali się po raz kolejny podnieść poprzeczkę. Tak wysoko dotąd nie była zawieszona.

Jarosław Kowal


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (7 głosów, średnio: 9,43 / 10)



Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.