VI Tauron Nowa Muzyka wg Moniki Pomijan
25-28.08.2011/Katowice

Półnagie kobiety, przebieranki i elektroniczna wiksa albo sporo subtelności.

Tauron Nowa Muzyka, jedyny polski festiwal muzyki elektronicznej o takiej rozpiętości gatunkowej, to mimo swej wysokiej klasy – impreza pełna haniebnych niedociągnięć. Warto było pojechać, by na własnej skórze przekonać się, jak idealnie stare kopalniane budynki współgrają z elektroniką oraz by uczestniczyć w mistrzowskich koncertach, jednak poważnym minusem był kompletny brak organizacji. Niepowiadomienie festiwalowiczów o zmianach w line-up’ie na scenie namiotowej, fatalne oznakowanie terenu TNM czy niezorientowanie kierowców festiwalowych autobusów to główne wady, które nie powinny mieć miejsca. Na początku trochę przyćmiły radość z przebywania w Katowicach, ale na szczęście potem się to zmieniło.

Miażdżące koncerty

Pierwszy dzień obfitował w szaleństwa, a wszystko zaczęło się od występu berlińskiego zespołu Bonaparte. Nieszczególnie wymagająca, wręcz mogąca na płytach drażnić electro-punkowa muzyka nabrała zupełnie nowego znaczenia w absurdalnej, cyrkowej otoczce. Półnagie kobiety wijące się na scenie, poprzebierani za zwierzęta (osioł, koń, małpa) mężczyźni, a przede wszystkim szalejący z gitarą i przy mikrofonie wokalista, Tobias Jundt. Nikogo nie obchodził upał, ludzie bawili się nawet w dalekich rzędach, a berlińczycy konsekwentnie podgrzewali atmosferę. Wyszłam zdumiona, że porwali i mnie. Tam trzeba było po prostu być, by zrozumieć to obłędne show.

Jednak dopiero po północy okazało się, na kogo wszyscy czekali. Takiego tłumu dawno nie widziałam, stłoczone rzędy kończyły się nieopodal ochrony pilnującej, czy nikt nie wchodzi z piwem, a to było naprawdę daleko od sceny. Jeśli ktoś tamtędy przechodził, a nie wiedział, że Amon Tobin to główne danie szóstego TNM, tego wątpliwości od razu się rozwiewały. Powiedzieć, że to był najlepszy koncert festiwalu, to mało. Nikt inny dotąd nie udowodnił mi, jak idealnie obraz może współgrać z muzyką na koncercie. Ustawiona na scenie geometryczna konstrukcja z małych i większych sześcianów, w jej środku Amon Tobin za konsoletą, a przez wszystko przepływające wizualizacje. I to jakie! Wystrzeliwujących kłębów dymu, statków kosmicznych rodem z Gwiezdnych Wojen, galaktyk, gwiazd, rozprysków świetlnych i kolorowych nie było końca. A wszystko idealnie oddawało emocjonalność muzyki z ostatniego i jednocześnie wieńczącego cały dorobek muzyka albumu “ISAM”. Po wszystkim Tobin bisował, a dla mnie był to po prostu jego drugi koncert. Kolejna miazga, tym razem dużo żywsza, bardziej energetyczna. Wyszłam stamtąd zdruzgotana, oczarowana i pełna kłębiących się, gwałtownych emocji. To nie był koncert, to było wydarzenie. Przeżycie, o jakim można chyba tylko śnić.

Śniłam również o występie kogoś innego i spełniono mój sen pod każdym względem. Drugiego dnia, akurat na pożegnanie z całym festiwalem, Apparat zabrał mnie i tysiące innych ludzi w podróż pełną zarówno zdumiewającej melancholii, jak i buchającą ogniem. “Arcadia” jako jedna z pierwszych piosenek sprawiła, że chyba nie było osoby, która by nie skakała, a przynajmniej bujała się. Uradowany Sascha Ring, występujący na TNM już drugi raz (rok temu z projektem Moderat, którego kawałek “Rusty Nails” zresztą zagrał i teraz), serwował kawałki z nowego wydawnictwa, których emocjonalność wypełniała noc. Oświetlenie tylko ją podkreślało, szczególnie słupki z małymi żaróweczkami, nadające nieco eteryczny klimat wolniejszym piosenkom, np. “Black Water” z nadchodzącego albumu. Rozbudowane aranżacje, pasja wszystkich muzyków, oczarowany publiką Apparat, bis tylko potwierdzający jak świetny był to koncert. Nie zawiodłam się. Wręcz przeciwnie.

W dalszej części potknięć muzycznych również (prawie) brak

Zawiodłam się Wojtkiem Mozolewskim, ponieważ zabrzmiał wyjątkowo ciężko jak na tak wczesną godzinę i wszechobecny upał. Nigdy wcześniej jazzowe aranżacje tak mnie nie zmęczyły. Podobnie negatywną siłę miał występ Modeselektora wysłuchiwany przeze mnie ze strefy gastronomicznej. Mocne basy i bity, przez które aż się zatrzęsła podłoga, wybrzmiały dla mnie w większości zaskakująco jednakowo i szybko zaczęłam mieć ich dość. Jednolicie brzmiących i smutno wyglądających Seefeel też, dlatego cieszyłam się, że mogę sobie pójść z ich koncertu na główną gwiazdę wieczoru. Z kolei niezłym zaskoczeniem był dla mnie występ Walls, którzy na żywo nie zabrzmieli tak jednostajnie, jak z płyty. Najbardziej jednak ucieszyło mnie odkrycie When Saints Go Machine, których wcześniej nie znałam. Mimo że byłam tylko na trzech piosenkach, Duńczycy porwali mnie swoją niemal dziecięcą radością z występu i prostotą tej radości. Muzycznie zaś z energią, wakacyjnie. Bardzo na plus.

W sobotę z kolei pierwszy koncert tego dnia tym razem dał radę. Grała Novika z The Lovefinders i udało jej się stworzyć ciepłą atmosferę, która porwała zgromadzonych pod sceną ludzi. Żywa elektronika z kobiecym wokalem idealnie nadawała się na start. Również występujący godzinę później Little Dragon porwali do tańca niemal wszystkich. Zagrali energetycznie i nawet kawałki z nowego albumu, moim zdaniem wyjątkowo miernego, zabrzmiały całkiem nieźle. Miło było się wyskakać.

Na więcej szaleństw zabrakło sił i pogody, wpadłam jeszcze tylko na chwilę na Darkstar, którzy byli tak dobrzy, że żałowałam, iż muszę sobie z nich iść. Szósta edycja Tauron Nowa Muzyka oczarowała mnie genialnością występów i akustyki, jednak zawiodła organizacją. Wyniosłam stamtąd mieszane uczucia, na szczęście z przewagą tych dobrych. Oby organizatorzy wyciągnęli wnioski ze swoich błędów i za rok nie popełnili tych samych, bo rozczarowali zbyt wiele osób.

Monika Pomijan

Półnagie kobiety, przebieranki, i elektroniczna wiksa albo sporo subtelności.




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.