Trudne sprawy – relacja z Off Festivalu dzień 1

05.08.2016/Katowice
Braki, deszcze, odwołania


W zeszłym roku organizatorzy Off Festivalu spróbowali swoich sił bez wsparcia sponsora głównego. Różnica była odczuwalna, ale nie boleśnie – wciąż mieliśmy mnóstwo fantastycznych koncertów. W tym roku pojawił się kolejny problem z dofinansowaniem, tym razem z uwagi na hm, odmienną wizję kultury ze strony sił politycznych, że tak kwestię ujmę. Czy mimo tego uda się utrzymać poziom? Na razie jeszcze nie wiadomo, ale jedno widać – jest ciężko, także z innych względów.

Pierwszym smutkiem zaraz na wejściu jest brak tradycyjnych offowych książeczek, w których można było znaleźć pełne fantazji opisy wykonawców, a także trzy słowa od ojca prowadzącego, czyli przywitanie dyrektora artystycznego, Artura Rojka, z festiwalowiczami. Wolontariusze na wejściu musieli chyba z miliard razy opowiedzieć o tym, że nie, książeczek w tym roku nie ma, jest aplikacja. Aplikacja – spoko fajnie, tylko niestety jest z nią sporo problemów, od braku internetu począwszy – przydałoby się lepsze wifi, bo rzekome hotspoty od T-mobile działają mocno średnio. Jeśli kwestia finansowa się poprawi, książeczki mają w przyszłym roku wrócić. Trzymam kciuki.

Z innych zmian organizacyjnych napoje (choć nie wszystkie) sprzedawane są w plastikowym kubku, który trzeba zachować i wymieniać przy następnej transakcji. Kubki może i eleganckie nie są – doczekały się dość niewybrednych porównań – ale jeśli rzeczywiście przyczyni się to do zachowania porządku, to super.

Największym smutkiem, zarówno festiwalowiczów, jak i organizatorów, są natomiast odwołane koncerty – GZA, The Kills, a wczoraj w ostatniej chwili Zomby, który chyba pracuje na miano postaci o wątpliwym istnieniu, nagminnie wycofując się z występów.
Przy tych wszystkich perypetiach kapryśna deszczowa pogoda to już tylko zgniła wisienka na torcie rozpaczy. Ale mimo wszystko pierwszy dzień jedenastego Off Festivalu dostarczył przyjemnych i ciekawych wrażeń.

Zaczęłam o 17 od zespołu Liima, czyli grupy składającej się z Tatu Rönkkö, Madsa Brauera, Caspera Clausena i Rasmusa Stolberga z Efterklang. Całkiem fajny materiał z ich debiutanckiej płyty niestety na żywo wypadł słabo – częściowo ze względu na nagłośnienie, dźwięk był niemożliwie intensywny, zmieniając elektroniczne pasaże w nieznośne huczenie. W tym samym czasie na Scenie Eksperymentalnej swoich sił próbowali Zimpel/Ziołek. Transowe, zapętlone, głębokie dźwięki i improwizacje wypadłyby pewnie lepiej po zmroku, w świetle dnia niestety czegoś wyraźnie zabrakło.

Przed 18:00 na scenie głównej, zwanej teraz Sceną Miasta Muzyki, pojawiła się tajemnicza postać w superbohaterskiej pelerynie, z podpisem “Nobody” na ramionach i w czarnej masce osłaniającej oczy i górną część twarzy. To Willis Earl Beal rozpoczął swój dziwny spektakl. Muzycznie pan jest dosyć męczący – do puszczanej z playbacku muzyki dołącza emocjonalne zaśpiewy krążące gdzieś w okolicy soulu. Przekonywał publiczność, że jest tylko iluzją, narzekał na komercję i kapitalizm, zachęcał do kupienia swojej duszy, którą po kawałku sprzedaje na scenie. Pomysł może nawet ciekawy, ale szalenie pretensjonalny, ni to poważny, ni to zabawny. Pewnie myślicie “co się kurwa dzieje?!” - otóż nie, panie Willis, jeśli ktoś ze sceny musi nam sugerować, że tak myślimy, to znaczy, że tak nie pomyśleliśmy.

We’re all in this together

Zupełnie niepretensjonalna, odsłaniająca się w aurze szczerości i jednocześnie kontrolowanego przedstawienia, była Jenny Hval. Na żywo przyzwyczajanie się do jej momentami piskliwego głosu poszło mi znacznie lepiej niż podczas prób zmierzenia się z jej materiałem studyjnym – szybko dałam się wciągnąć w delikatny świat lęków i wątpliwości. Mocne, elektroniczne podkłady były świetnym tłem dla subtelnego głosu Jenny, śpiewającej, mruczącej, melorecytującej, mówiącej. Poruszała kwestie integralności cielesnej, codziennych, życiowych niepokojów. Przypominała mi mocno Laurie Anderson, co oczywiście liczę na plus.

Gorzej wyszło z Minor Victories - kiedy słyszysz o zespole złożonym z ludzi ze Slowdive, Mogwai i Editors, to myślisz sobie dwie rzeczy 1) ale to musi być super albo 2) za dużo wszystkiego. Niestety w tym wypadku kilka plusów dało minus, kompozycje wyszły bezbarwne, nudnawe, bez polotu. Zalatywało trochę My Bloody Valentine, taki pseudoshoegaze’owy miks. Na głównej scenie w tym czasie rządził Clutch, zespół pełen energii i bardzo sympatyczny, jeśli ktoś lubi tego typu zabawę okołorockową (było słychać echa rock’n'rolla i country chociażby) z darciem ryja gratis.

W kategorii “najlepsza fucha świata” wygrał zdecydowanie jeden z panów ze Sleaford Mods, który bujał się za laptopem – jego jedyną aktywnością związaną z wytwarzaniem muzyki było wciskanie “play” na początku każdego utworu. O wiele bardziej musiała się wymęczyć druga połowa, czyli pan raper, choć taki klasyczny rap to nie był. Z pięknym brytyjskim akcentem Jason Williamson pół-wyśpiewywał pół-recytował swoje gniewne historie, drobiąc przy tym małe kroczki (jego taniec jest trochę nie do opisania). Na Scenie Eksperymentalnej w tym samym czasie królowała muzyka suficka, czyli The Master Musicians of Jajouka led by Bachir Attar. Co roku Artur Rojek dba o to, byśmy mieli okazję zapoznać się także z muzyką spoza kręgu anglosaskiego, czy europejskiego. Tegoroczny występ również był bardzo ciekawy – instrumenty perkusyjne, flety, skrzypce i trąbki tworzyły transowe, szaleńcze utwory zmuszające do tańca. Trochę w klimacie Omara Suleymana.

Z występu na głównej scenie bardzo cieszyła się Brodka, której akurat osobiście nie uważam za ciekawą na tyle, aby jej występem zajmować taki punkt programu, ale wiadomo, kwestia gustu. Podobnie nie opiszę Wam koncertu Napalm Death. W zamian za Zomby’ego zagrał Addison Groove, który w namiocie eksperymentalnym wyczarował dla nas trochę dubstepu. Taneczno-agresywna mieszanka dźwięków zahaczała czasem o wiertarki, a czasem o serce dyskoteki. Frekwencja była duża, trochę dlatego, że akurat mocno padało.

I wreszcie gwiazda wieczoru, czyli Devendra Banhart, pan z brodą albo broda z panem, ulubieniec publiczności, na widok którego dziewczęta piszczą. Nie omieszkał podkreślić wielokrotnie, że kocha Polskę, rzucić kilku polskich słów niekoniecznie w dobrym kontekście, ale zawsze uroczych. Zagrał kilka nowych piosenek, kilka starszych, wszystkie kołyszące – jak to sam ujął, zachwycając się ironicznie swoim sucharem, I’ll send you to your sleeping bags, which are water beds. Śpiewał po angielsku i po hiszpańsku, smutne piosenki o miłości i wesołe o ekscentrykach, w towarzystwie całego zespołu, którego członkowie pięknie przygrywali mu na gitarach. Piękne zakończenie dnia (choć ci, którzy wybrali się jeszcze na baunsy u DJa Koze, pewnie nie mieli czego żałować) i pocieszenie po rozczarowaniach i niemiłych zaskoczeniach.

Teraz pora zebrać kubek i biec na dzień drugi.

Katarzyna Borowiec
fot. Anna Lenarcik




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.