29.04.2013 11:00

Autor: Michał Stępniak

The Strokes – “Comedown Machine”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


The Strokes - “Comedown Machine”
RCA/2013

Krok od równi pochyłej.

Kiedy dwa lata temu, po długiej przerwie, The Strokes znów zdecydowali dać o sobie znać, można było mieć wrażenie, że to tylko taki powrót na chwilę. Zwłaszcza, iż z wielu stron dochodziły głosy, że relacje między panami nie należą do najlepszych. W opinii większości krytyków czy słuchaczy “Angles” nie spełniło pokładanych  nadziei, chociaż może wypadałoby sobie zadać pytanie, czy przypadkiem nie oczekiwali oni cudów lub też czy tego rodzaju muzyka się już nie przejadła. W przeciwieństwie do większości osób uważałem jednak czwarty album The Strokes za całkiem udany, choć może nie do końca przemyślany. Podobnie, w opozycji do często spotykanych głosów, open’erowy koncert zaliczam do jednych z najlepszych w historii festiwalu. Nie ulega wątpliwości, że ma to związek z tym, że The Strokes dysponują takimi piosenkami (zwłaszcza z debiutu), iż dużą sztuką byłoby je zepsuć “na żywo”.

Najnowsza, piąta produkcja, “Comedown Machine” nie jest z pewnością albumem, który będzie wytaczał nowe drogi we współczesnej muzyce. Bądźmy jednak uczciwi – chyba nikt tego od zespołu teraz nie oczekuje. Panowie po prostu na wyżyny się już wznieśli, ale ich obecnej działalności w żaden sposób nie można traktować w kategoriach karykaturalnych. Poniżej przyzwoitego poziomu nie zeszli, a liczba udanych piosenek z pewnością przewyższa wpadki. Z tego typu sytuacją mamy do czynienia w przypadku najnowszej płyty, ale, niestety, tutaj te wpadki są nieco bardziej rażące, a obok odczuć dość entuzjastycznych pojawia się efekt zmęczenia. Tak jakby panom z The Strokes się już za bardzo nie chciało.

Wydaje się, że od ostatecznego upadku uchronił The Strokes fakt, iż wreszcie poszli po rozum do głowy i nie zdecydowali się po raz kolejny na tworzenie materiału na odległość (zapychając sobie skrzynki mailowe), ale  spróbowali dojść do porozumienia zgromadzeni razem w studiu. Z “Comedown Machine” związany jest także dość rzadko spotykany ostatnio zabieg, polegający na ograniczeniu wszelkich akcji promocyjnych do minimum. Z najnowszym albumem nie wiąże się bowiem żadna trasa koncertowa, wywiady dla każdego możliwego magazynu czy billboardy na ulicach. Przyczyn takiego stanu rzeczy można doszukiwać się np. w fakcie, iż zespół tą płytą kończy współpracę z RCA lub też najzwyczajniej nastąpiło kolejne zmęczenie materiału i między bajki można włożyć opowieści o odnalezieniu nici porozumienia między członkami zespołu.

Wypada przejść do samej muzyki. Płyta zaczyna się tragicznie i nie zdziwiłoby mnie, gdyby ktoś po pierwszym utworze postanowił dać sobie spokój. “Tap Out” to po prostu nieporozumienie, o którym szybko należy zapomnieć. Potem na pewien czas jest już nieco lepiej. Nie ulega wątpliwości, że The Strokes najbardziej przekonują, gdy próbują stylistycznie zbliżyć się do debiutu (“All the Time“), choć i tak w tym przypadku trzeba odpowiednio wyważyć proporcje, bo “zbliżenie się” może być uznane za sformułowanie nieco na wyrost. Podobnie jak w przypadku “Angles” oraz solowego albumu Casablancasa, The Strokes uśmiechają się w stronę lat osiemdziesiątych (“Chances”). Można więc odnaleźć elementy przypominające dokonania New Order, Talking Heads, a dodatkowo wstęp do “One Way Trigger” brzmi jak żywcem wyjęty z “Take On Me” A-ha. Do tej pory nie można było mieć zarzutów w stosunku do wokalu Casablancasa, ale “Comedown Machine” to zmienia. Wokalista albo nasłuchał się Bee Gees, albo też ktoś był na tyle perfidny, że podpowiedział mu, iż wcielanie się w braci Gibbsów dobrze mu wychodzi. Granica tolerancji dla tego typu praktyk została jednak przekroczona, bo też Casablancasowi zdecydowanie lepiej wychodzi maniera zmęczonego życiem mężczyzny niż nadmierne używanie falsetu.

Nie ulega wątpliwości, że to, czego najbardziej zabrakło na “Comedown Machine” to chociaż jednego utworu zdecydowanie wybijającego się ponad przeciętność, bo przecież nawet “Angles” miało swoje “Under Cover of Darkness”. Jakby tego było mało zespół, oprócz fatalnego początku, najgorsze zostawił na sam koniec. “Call It Fate, Call It Karma” to po prostu kiepski żart, bo inaczej odbierać tej piosenki nie sposób. Oprócz tych dwóch utworów “Comedown Machnie” da się słuchać, ale bez żadnej ekstazy, bez żadnego punktu zaczepienia. Od takiego zespołu oczekiwać należałoby zdecydowanie więcej.

Cud się nie wydarzył. The Strokes znowu nie zrobili kroku do przodu. Obawiam się, że takie stanie w miejscu może następnym razem skończyć się już tragicznie.

Michał Stępniak


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (12 głosów, średnio: 6,50 / 10)



Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.