30.09.2013 21:00

Autor: Ewelina

The Raveonettes w B90

Kategorie: Czytelnia, Relacje z koncertów

Wykonawcy: | |


The Raveonettes w Gdańsku
Gdańsk/28.09.2013

Mistrzowie hałasu.

Koncert The Raveonettes miał być zwieńczeniem moich muzycznych wakacji. Był to jeden z moich zespołów “must-see”. Występ duńskiej grupy miał odbyć się w postindustrialnym klubie B90 na terenie Stoczni Gdańskiej, co uważam za naprawdę świetny pomysł. Klimat stoczni i shoegaze/noise pop to musi być mieszanka wybuchowa.

Całe wydarzenie miało rozpocząć się o godzinie 19, jednak problemy techniczne nie pozwoliły wyjść zespołowi The Sunlit Earth o czasie (co mnie cieszy, bo ja również miałam małe spóźnienie). Po około 50 minutach w klubie zaczęło coś się dziać. Na początku pod sceną było pusto, jednak z czasem słuchacze zainteresowali się tym, co dzieje się na scenie. Grupa z Giżycka pokazała, że potrafi grać przyzwoitego rocka. Momentami było bardzo energetycznie i ciekawie, czasami zabrakło “tego czegoś”, jednak dobre nagłośnienie zrobiło swoje i zespół brzmiał tu zdecydowanie lepiej, niż studyjnie. Genialnie zaprezentował się kawałek “There’s Something In the Air“, a oświetlenie, które towarzyszyło graniu, było na najwyższym poziomie (jak to w klubie B90 bywa).

Chwila przerwy na rozstawienie sprzętu kolejnego zespołu – The Lollipops i już mogliśmy bawić się przy piosenkach olsztyńskiej grupy. Przy tym zespole frekwencja zdecydowanie wzrosła, czemu wcale się nie dziwię – The Lollipops to chyba najlepszy możliwy support dla The Raveonettes. Wybranie ich na rozgrzanie publiki było dobrym posunięciem – w końcu to bardzo podobne klimaty. Było mocno rock’n'rollowo, była energia i dobry kontakt z publicznością. Po raz kolejny trzeba też wspomnieć o światłach, które dodawały muzyce dodatkowego powera. Bardzo dobry koncert!

W końcu przyszedł czas na gwiazdę wieczoru. Było już po 22 (chociaż koncert miał rozpocząć się o 21). Czekamy. Rozstawienie i próby sprzętu, przyklejanie taśmą klejącą kabli do podłogi, bieganie techników po scenie… Kiedy wydawało się, że już zaraz zespół zacznie grać, okazało się, że powstał naprawdę poważny problem techniczny. Nikt nie wyjaśnił, co się dzieje, a po godzinie oczekiwania usłyszeliśmy jedynie, że koncert zaraz się odbędzie. Co chwilę na scenie sprawdzano jak działa perkusja. Potężne kicki były dość uciążliwe dla uszu. Dziewczyna stojąca obok mnie stwierdziła, że przecież to ciągle brzmi tak samo i że nikt nie zwróci uwagi na to, że jest inaczej niż 3 sekundy temu. Ktoś inny stwierdził, że mogliby przecież puścić podkład z płyty. Jeszcze inni próbowali podejść do tego z humorem podśpiewując: trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść niepokonanym. Po długich bataliach okazało się, że problem został rozwiązany. Ostatecznie koncert rozpoczął się koło godziny 23:40.

Sharin przeprosiła za obsuwę, wyjaśniła, że to nie ich wina i zaczęła się muzyczna uczta. Zespół zagrał kilka utworów ze swojej ostatniej płyty – “Observator” (recenzja). Nie zabrakło też utworów z wcześniejszych wydawnictw. Podczas koncertu najlepiej wypadło “Love In a Trashcan“. Brzmienie tego utworu było po prostu nie-sa-mo-wi-te! To, jak brzmiał zespół podczas całości występu można opisać jednym słowem – fenomenalnie. Ostatecznie można pogratulować technikom, bo odwalili kawał naprawdę dobrej roboty. Podobnie jak zespół, który sprawił, że publiczność zaczęła się bawić. Ściany dźwięków, które generowały gitary, mocna perkusja (napraaaaaaawdę mocna – mieliście kiedyś tak, że nie możecie przełknąć śliny, bo dźwięki uderzają w Was z taką siłą, że wszystko w środku drży, a zamiast przełyku macie kawałek drewna? ja tak miałam podczas tego koncertu, polecam), pięknie zgrywające się ze sobą głosy duetu, soczyste melodie i dopełniające to wszystko oświetlenie to wszystko czego trzeba do szczęścia. Na koniec grupa zagrała jeden ze swoich, jak sami wspomnieli, ulubionych kawałków “Aly, Walk With Me“, z czego bardzo się ucieszyłam, bo naprawdę uwielbiam tę piosenkę. Po krótkim oklaskiwaniu, zespół wyszedł na dwu-piosenkowy bis. Zapytali, co chcemy usłyszeć. W odpowiedzi uzyskali bardzo różne tytuły utworów. “Heart of Stone” zawładnęło tłumem, który, mimo tego, że co chwilę się pomniejszał, poruszał się w rytm gitarowego grania.

O tym koncercie można powiedzieć jedno – warto było na niego czekać. The Raveonettes nie zawiedli i pokazali się z najlepszej możliwej strony. Oczekiwanie było uciążliwe, ale wszystko dobrze się skończyło. Mam nadzieję, że organizatorzy wyciągną lekcję z tego, co się wydarzyło i będzie już tylko lepiej. A na pewno będzie lepiej, bo z takim klubowym zapleczem każdy koncert po prostu musi wypaść znakomicie.

Ewelina Malinowska




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.