04.10.2015 11:51

Autor: Michał Stępniak

The Libertines – “Anthems for Doomed Youth”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


The Libertines – “Anthems for Doomed Youth”
Harvest/Virgin EMI/2015

Dali radę.

Jedenaście lat minęło od premiery drugiego albumu The Libertines. Równocześnie dużo i mało. Dużo, bo w zasadzie należałoby traktować zespół jako legendę, której powroty wydawały się nie zapowiadać niczego więcej poza kilkoma koncertami, służącymi przede wszystkim podreperowaniu stanu konta czy też stanowiącymi okazję do kolejnych spektakularnych kłótni. Z drugiej strony mało, bo Doherty i Barat w międzyczasie nie dawali o sobie zapomnieć, wydając oddzielnie pod różnymi szyldami, kolejne mniej lub bardziej udane płyty (choć i beznadziejne, niestety, również). Coś jednak wisiało od pewnego czasu w powietrzu i reaktywacja “na poważnie” nie była raczej wielkim zaskoczeniem. Powrót po tylu latach wiązał się niewątpliwie ze sporym ryzykiem. Przede wszystkim narażenia się na śmieszność. Kilkanaście lat temu członkowie The Libertines byli zupełnie innymi ludźmi. Teraz mają dzieci, zapewne nieco inne spojrzenie na świat, są po licznych kryzysach, a serwowanie hedonistycznych opowieści byłoby raczej nie na miejscu. Zwłaszcza, że podobno styl życia mają obecnie również odmienny. Dość szybko okazuje się, że The Libertines karykaturą samych siebie się nie stali (póki co), a i można znów ich adorować, nie tylko jako legendę.

“Anthems for Doomed Youth” nagrano w Tajlandii, w dzielnicy czerwonych latarni, niedaleko miejsca, w którym Doherty kończył swój odwyk. Do współpracy zaproszono Jake’a Goslinga, w którego cv odnaleźć można między innymi produkcję nagrań One Direction i Eda Sheerana. Nie miał jednak on za zadanie sprawić, by The Libertines poszli w bardziej komercyjną stronę. Stylistycznie Brytyjczycy nie odkrywają nowych przestrzeni. Nie oznacza to niczego negatywnego. Słyszalna jest pasja i emocje oraz talent do tworzenia energetycznych utworów z efektownymi refrenami. Tradycyjnie niechlujność spotyka się ze specyficzną odmianą artyzmu. Niejednokrotnie zauważalna staje się również dojrzałość. Jeden z moich znajomych powiedział, że The Libertines teraz jeszcze bardziej brzmią jak idealna kapela na punkowe i mocno zakrapiane wesele (chodziło mu przede wszystkim o charakterystyczne  ”lalala”, “oooo” i refreny odpowiednie do chóralnego śpiewania) i być może coś w tym jest, ale przecież  jest w tym pewien urok. Podobnie jak na dwóch poprzednich płytach w kilku fragmentach pojawiają się elementy ska i reggae, choć tym razem w nieco większym stopniu (“Gunga Din”, “Barbarians”). Jest tu też kilka utworów, które swoim poziomem nawiązują do tego, co udało się najlepszego stworzyć kilkanaście lat temu (tytułowy utwór czy “Heart of the Matter”), ale, niestety, bywa też zdecydowanie gorzej (“Belly of the Beast”, “Glasgow Coma Scale Blues”). The Libertines nie nagrali w stu procentach nowego materiału, ale w tym przypadku odkurzanie staroci można im wybaczyć, bo “You’re My Waterloo” to utwór, który w wersji przed lat był co najmniej świetny, a udoskonalony  przez dodanie instrumentów smyczkowych jeszcze zyskał. Dużym pozytywem okazują się teksty, w których wielokrotnie pojawiają się pewne mrugnięcia okiem w stronę przeszłości  (What are you doing, you stupid fucking idiot? Wake up! You thought that they were brothers, then they half-murdered each other).

The Libertines wydawali się idealną ofiarą do “skopania” przez krytyków (wielu z nich uczyniłoby to prawdopodobnie nawet wtedy, gdyby zespół nagrał coś genialnego). Spodziewałem się skumulowanego ataku, ale w rezultacie dość szybko zostałem pozytywnie zaskoczony. Skoro nawet Pitchfork wypowiada się o płycie dość entuzjastycznie, to The Libertines swój cel osiągnęli. Legenda przetrwała i pisze swój kolejny rozdział. Wprawdzie “Anthems for Doomed Youth” to nie jest klasyk na miarę albumów sprzed lat, ale znacznie poniżej wyznaczonego przez siebie poziomu nie zeszli.

W tym roku na festiwalach widziałem The Libertines trzykrotnie i chętnie obejrzałbym jeszcze z dziesięć razy. Jestem w stanie zrozumieć szereg zarzutów (choć nie podzielać, zwłaszcza, gdy pewien pan z popularnego tygodnika nazywa zespół “pajacami”), ale z pewnością nie to, że się wypalili. Dalej są w stanie dawać dużo radości, głównie tym, którzy przed laty zostali zauroczeni. Dobrze to wróży na przyszłość, bo ponoć przyszłość przed The Libertines jeszcze istnieje.

Michał Stępniak


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (6 głosów, średnio: 6,83 / 10)



Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.