22.07.2012 10:46

Autor: Katarzyna Borowiec

The Hundred In The Hands – “Red Night”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


The Hundreds In The Hands – “Red Night”
Warp/2012

Nie wyszło.

Pierwszą płytę The Hundred In The Hands, o pomysłowym tytule “The Hundred In The Hands”, wyprodukowali Chris Zane, Eric Broucek i Richard X. Tworzący duet  Eleanore Everdell i Jason Friedman zajęli się tylko jedną ścieżką i to z pomocą Jacquesa Renaulta. Za album “Red Night” są już odpowiedzialni sami [w tle rozbrzmiewa złowrogi akord].

Debiutancki album nie był mistrzostwem świata – nie można go było nazwać spójnym, zabawa latami 80. to dosyć popularny temat, który wielu wykorzystuje lepiej. Trudno było jednak nie zakochać się w takim “Lovesick (Once Again)” albo nie zarazić melodiami “Pigeons” czy “Commotion”, można było liczyć na coś jeszcze lepszego w przyszłości. Niestety druga płyta pary jest rozczarowaniem.

Muzycy albo nie mieli pomysłu na swoje piosenki, albo mieli ich wręcz za dużo. I tu właśnie przydałby się sprawny producent, który umiałby ten chaos jakoś ogarnąć. W rękach Everdell i Friedmana owe setki wspaniałych rozwiązań po prostu się rozlazły. Nic tu się nie zgrywa, wszystko sobie przeszkadza; osobno elementy piosenek bywają całkiem interesujące, razem tworzą efekt dosyć odstraszający. Szkoda, i to bardzo – o rozmiarach katastrofy świadczą miłe momenty, które da się z tej dzikiej mieszanki wyłowić. Piękne melodie w fatalnych aranżacjach, czyste marnotrawstwo.

Już pierwszy kawałek wprowadza słuchaczy w klimatyczny nastrój, którego na tej płycie nie brakuje. Koncepcja jest jasna, chociaż ciemna: czerwona noc pełna tajemnic, ponurych zakamarków i eterycznych głosów. Zastosowane rozwiązania psują tę wizję w sposób dosyć brutalny. “Empty Stations”, które wyłania się z mroku i przypadkowych melodyjek łowionych na ciemnej ulicy (intro trwa ponad minutę) zniesmacza topornym syntezatorowym dźwiękiem. Nie ratuje tego kawałka poświęconego pamięci Gerarda Smitha zachwycający impet refrenu, bo po nim i tak musi powrócić niezgrabne połączenie klawiszy niczym z gry na commodore z niemrawym wokalem Everdell.

“Recognize” zaczyna się bitem brzmiącym jak z przyśpieszonego intro “No Widows” The Antlers, ale duetowi daleko do gładkich kompozycji z “Burst Apart”. Niespójność wychodzi z każdego kąta tego krążka. Charakterystycznym elementem nieprzystającym są mocne gitary w “Come With Me” – mimo uwag krytyków odnośnie debiutu THIH nie zgodzili się z tezą, że lepiej wychodzi im trzymanie się elektroniki. “Red Night” to sześć minut ciągnącego się wycia. W tle monotonny bit i przypadkowe szmery, pod koniec pojawia się gitara, która o dziwo nie pasuje tu jeszcze bardziej niż pozostałe składniki. W “Keep It Low” zastosowano nawet dosyć ciekawy efekt rozmytego, nakładanego wokalu, ale i tutaj głos idzie w swoją stronę, a aranżacja w swoją; kompozycja jest niczym samochód rozbity o mordercze kartony.

Eleanore Everdell, pani o wokalu urokliwym, który czasami niepotrzebnie podnosi do pisku a la Karen O albo usiłuje postawić gdzieś w okolicach Siouxsie, tutaj najczęściej po prostu wyje. In the middle of the night things fall apart/ we can start again - zawodzi w “Tunnels”. Rzeczywiście, w tej czerwonej nocy wszystko się państwu rozwaliło, ale nie wiem, czy chcę zacząć jeszcze raz.

Katarzyna Borowiec


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (5 głosów, średnio: 5,20 / 10)



Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.