07.03.2012 07:00

Autor: Katarzyna Borowiec

The Eye of Time – “The Eye of Time”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


The Eye of Time – “The Eye of Time”
Denovali Records/2012

Dark ambient a krytyka konsumpcjonizmu.

The Eye of Time to projekt jednoosobowy. Odpowiedzialny zań Marc Euvrie działał wcześniej we francuskich grupach punkowych i hardcore’owych. Pochodzenie to słychać na jego debiutanckim albumie, składającym się z trzech części, nagrywanym przez sześć lat. Dwa dodatkowe zajęło tworzenie towarzyszących wydawnictwu grafik.

“For fans of Autechre” głosi naklejka na okładce, ale raczej nie warto jej wierzyć. Niewiele wspólnego z misternie złożoną, klarowną w brzmieniu elektroniką brytyjskiego duetu ma ten dark ambient wzbogacony o drony, skwierczenia, szumy, okazyjne wrzaski i cały szereg różnego rodzaju hałasów. Podobnie dyskusyjne są pochwały z materiałów promocyjnych, według których Euvrie unika banałów i patosu. Podniosłość jest ze słuchaczem już od okładki, odrobinkę przypominającej twórczość Beksińskiego. Grafiki, skądinąd bardzo ładne (pomysły Marca Euvrie zrealizował Thomas Hack), są momentami groteskowe – jak przedstawienie rodziny z wymazanymi twarzami i antropomorficzną personifikacją śmierci w tle – i można by to uznać za zabieg celowy. Jednak “The Eye of Time” jest przedstawiona jako poważna refleksja na temat kondycji współczesnego społeczeństwa, walki z depresją i beznadzieją. Ponoć autor “realizuje krytyczne podejście bez użycia tekstów”. I owszem, jego utwory pozbawione są warstwy lirycznej, ale za to w pełni wyżył się w ich tytułach (najdłuższy: “Don’t Cry Little Child, Don’t Watch Your Future Life, You Won’t  Survive It… Don’t Look Down!”), a także w dołączonych do materiałów promocyjnych opisach. “Jesteśmy duchami w supermarkecie życia” – naprawdę dobrze, że nie próbował tego śpiewać.

W warstwie dźwiękowej, jak wspomniałam, jest mrocznie. Nie jest to na szczęście Aderlating, groźba pojawienia się myśli samobójczych jest raczej znikoma, ale wesoło nie jest. Pierwsza płyta zawiera najdłuższą część tryptyku, “After Us” z roku 2006. Klamrę kompozycyjną stanowi dźwięk pracującego zegara (uruchamiamy mało odkrywcze skojarzenia z Okiem Czasu?) w który wplata się motyw z początku marsza pogrzebowego. Czyli od razu optymistycznie. Większość utworów oparta jest na podobnym schemacie – do mrocznej melodii dołącza wyrazisty elektroniczny rytm, który około połowy kawałka ucicha na chwilę, wydobywając z tła narastające drony i hałasy. Czasem jest ciężej, czasem nieco bardziej eterycznie, we wszystkim mnóstwo efektów zniekształcających; prawie w ogóle nie ustają szumy i skwierczenia, nawet w melancholijnym początku “What I Am Less? What Took the Road?” opartym na delikatnych klawiszach. Całość jest dosyć nużąca, co chyba najlepiej reprezentuje ponura kakofonia “My Hate Is a Gun, See the Smile on My Face”. Materiał robi wrażenie niedopracowanego, nieprzemyślanego, czasami niektóre dźwięki włączane są do utworu w zupełnie konfudujący sposób. Podobnie brzmi końcówka drugiej płyty, część zatytułowana “Lily on the Valley” (2005), trochę delikatniejsza i łagodniejsza w nastroju, mniej hałaśliwa.

Pomiędzy tymi dwoma (początek CD2) zawarta jest część najpóźniejsza i moim zdaniem najbardziej udana (co chyba dobrze świadczy o artyście – słychać progres) “Jail”, stworzona w roku 2008. Pierwszy kawałek brzmi wprawdzie znów nieco chałupniczo, ale zakończony jest oklaskami – osób jest niewiele, w sumie utwór przypomina amatorskie wykonanie dla grona przyjaciół, co jestem skłonna uznać za element autoironiczny. “Time Has Come”, kolejny utwór, zawiera ciężkie dźwięki klawiszy i chóralne głosy, w tle słychać odgłosy syren lub wycie wiatru, pojawia się też mocno przekształcony wrzask, który będzie cechą charakterystyczną tej części albumu. W połączeniu z grafiką Hacka (dla każdego utworu przewidziany jest jeden obrazek) brzmienia te budują intrygujący, apokaliptyczny klimat. Reszta jest podobnie podatna na dopisywanie narracji – choć lekko nakierowanej, to jednak zależnej od skojarzeń słuchacza. Może z wyjątkiem “Comfort, Design and Graves”, w której męski głos wypowiada słowa dotyczące epidemii raka, wprost nawiązujące do krytyki konsumpcjonizmu. Ta część albumu jest zdecydowanie najciekawsza.

Euvrie używa sampli, własnoręcznie pisanych i wykonywanych partii wiolonczeli, elektronicznego programowania, loopów, dronów, partii fortepianowych i nagrań terenowych. Dopiero w najnowszej części “The Eye of Time” elementy te udaje mu się złożyć w naprawdę zgrabną całość. Inną wadą tego albumu,  obok specyficznej surowości, która niektórym być może się spodoba, jest przesycenie negatywnymi emocjami. Ciężko tu znaleźć coś pięknego, jakiś jaśniejszy moment, nawet w charakterze kontrastu podkreślającego mrok. Refleksje Marca Euvriego są gorzkie i raczej nie powodują katharsis.

Katarzyna Borowiec


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (1 głosów, średnio: 6,00 / 10)



Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.