01.10.2015 08:00

Autor: Kuba

The Dear Hunter – “Act IV: Rebirth in Reprise”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


The Dear Hunter – “Act IV: Rebirth in Reprise”
Equal Vision / 2015

Wejście w nadświetlną.

W świecie prog-rocka nie dzieje się już zbyt wiele, bo ciągle mówi się o tym, że w muzyce wszystko wymyślono. Nawet jeśli tak jest, to są chlubne wyjątki, które czerpią inspirację zewsząd i robią coś nieprzeciętnie dobrego. Projekt Casey’ego Crescenzo, The Dear Hunter, od pobocznej zabawy po godzinach przerodził się w jedną z najbardziej rozpoznawalnych nazw współczesnej, amerykańskiej alternatywy. Mało który zespół potrafi w tak zajmujący sposób łączyć klasyczne, rockowe riffy i wzbogacić je bogatymi orkiestracjami, nietypowymi progresjami, a do tego wciąż mieć swój rozpoznawalny element. Po ostatnich eksperymentach w formie fenomenalnego “The Color Spectrum” – czyli serii dziewięciu EPek, na której znalazły się utwory muzycznie uzależnione od koloru: od industrialu prezentowanego na “Black”, przez rocka lat 70-tych na “Orange”, na folku z EPki “Green” kończąc – i przyjemnie upopowionego “Migrant”, grupa powraca do swojego opus magnum, wydając czwarty akt swojej muzycznej antologii.

Od poprzedniej części minęło już sześć lat, zespół zdobył w tym czasie niebywałe doświadczenie i to po prostu słychać. Crescenzo nigdy nie szczędził środków i dawał w muzyce upust swej megalomanii, więc i tym razem od otwierającego “Rebirth” z klasycznym już dla aktów wokalnym wstępem aż do finałowego “Ouroboros” przejdziemy przez gąszcz dźwięków uderzających w bardzo szerokie spektrum – proste, delikatne melodie (“Waves”, “The Line”), ociekające przepychem kompozycje (“A Night in the Town”, “The Bitter Suite IV-VI”) czy singlowe hiciory (“Wait”, “The Squeaky Wheel”). Temat centralnej części albumu z “King of Swords (Reversed)” na czele przemilczę, bo disco ewidetnie im nie wychodzi. Jednak mimo wszystko, w zdecydowanej większości utworów jest się czym zachwycać i jest co podziwiać. Duża część brzmi wręcz absurdalnie monolitycznie, ale w wypadku The Dear Hunter nie da się inaczej. Wielowarstwowość wychodzi tu z każdego kąta, a utwory bez pokaźnych orkiestracji czy chociaż partii smyczkowych policzyć można na palcach jednej ręki. Całkiem nieźle, jak na gościa, który nie umie czytać nut, a jednocześnie napisał płytę z muzyką klasyczną. Jednak najistotniejszą częścią tego zespołu jest rzecz, której nie zabrakło też i w “Act IV” – nieoczywistości. Wyświechtana formuła tworzenia riffów nie ma tutaj w ogóle miejsca. I nie jest to jakieś szalone udziwnianie, bo rozbierając utwór na części pierwsze wyraźnie słychać to, że tak naprawdę nie jest skomplikowany, jest tylko mocno skompresowany i przyozdobiony do granic możliwości. Zabierając te wszystkie muzyczne świecidełka, nawet szkielet brzmi imponująco i myślę, że w wersjach akustycznych, które Casey Crescenzo tak uwielbia grać ludziom po domach, kawałki wciąż brzmiałyby świeżo i intrygująco, a to jest siła songwritera. Ciekawe jest też to, że bez znajomości konceptu kryjącego się za aktami, można wiele wyciągnąć. Choć co chwilę osoby zorientowane będą się uśmiechać, że co rusz pojawiają się nawiązania do poprzednich części, nawet bez tego (choć zainteresowanych odsyłam chociażby tutaj) można się świetnie bawić, a w przypadku tak rozbudowanego konceptu jest to rzadka sztuka, która od premiery albumu procentuje nowymi słuchaczami.

Crescenzo stawia siebie już od jakiegoś czasu w pozycji zbawiciela muzyki progresywnej, ale w sumie wcale się mu nie dziwię. Po ponad dziesięciu latach w The Dear Hunter stworzył swój własny, bogaty język, gdzie przepych zahaczający o poziom rockowej opery jest niepowtarzalny i niezaprzeczalnie dobry. Nawet jeśli momentami jest tego po prostu za dużo, ja nie zamierzam narzekać, bo czwarty akt jego opus magnum potwierdza jedynie jego bardzo wysoką formę. Mam nadzieję, że dla zespołu ten album będzie stanowił nowe otwarcie i dzięki przypływowi nowej publiczności (rekordy popularności na iTunes, album na wysokim miejscu listy Billboard) nie spocznie na laurach, tylko pójdzie za ciosem. Akt piąty zapowiada się więc niezwykle interesująco. Byle nie czekać na niego przez kolejne sześć lat.

Kuba Serafin


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (3 głosów, średnio: 8,00 / 10)



Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.