11.10.2016 07:47

Autor: Szymon

Sziget – Opowieść trzecia

Kategorie: Czytelnia, Relacje z festiwali, Relacje z koncertów

Wykonawcy: | | | | |


Sziget – Opowieść trzecia

Podróżnik wśród turystów. W tym roku pół świata odwiedziło Sziget, więc miałem prawo czuć się jak podróżnik wśród turystów. Ponad sto państw było reprezentowanych na wyspie wolności i po raz kolejny padł rekord frekwencyjny – łącznie na festiwalu zameldowało się 496,000 uczestników. Co ciekawe nie było to tak odczuwalne jak w poprzednich latach, gdyż weekendowe oblężenie zostało zastąpione przez całotygodniową zbilansowaną frekwencję. Poza głównymi scenami festiwalowe życie toczyło się także w innych zakątkach wyspy, które skupiały rozproszoną uwagę publiczności. Zapewne nie byłem jedynym podróżnikiem, który poruszał się po Szigecie bez mapy, choć muszę przyznać, że czasem zdarzyło mi się przystanąć na jednym z wielu skrzyżowań i spojrzeć na drogowskazy (niczym te znajdujące się na górskim szlaku), by obrać właściwy kierunek. W pewnym stopniu znałem już topografię miejsca, ale przecież tak dobrze było się czasem zgubić, by odnaleźć coś niepowtarzalnego. Odkąd zetknąłem się z twórczością duetu AIR, czy zespołu Phoenix moja słabość do francuskich formacji narastała. Toteż miałem wielkie nadzieję związane z występem paryżan z Les Aves, na (a jakże by inaczej) Europe Stage. Chyba jednak zbyt wiele od nich oczekiwałem, a może po prostu sporo im jeszcze brakowało do tego, by mnie czymś zaskoczyć. Owszem, muszę przyznać, że ich muzyka była w pewnym sensie niepowtarzalna. Cierpliwie słuchałem koncertu do końca mając nadzieję, że ta iskierka nadziei na usłyszenie czegoś wyjątkowego, która się we mnie tli rozgorzeje i publiczność zajmie się ogniem. Stało się jednak inaczej. Nie odmówię im dobrych chęci, lecz wiadomo, że gdy się czegoś za bardzo chce po prostu się to nie udaje. Potwierdzeniem moich słów może być sytuacja, która miała miejsce w czasie koncertu. Jeden z muzyków grający na klawiszach był do tego stopnia rozentuzjazmowany, że postanowił rzucić otwartą butelką wody w stronę publiczności. Los chciał, że trafił starszego pana zamiast spragnionego fana. Nie wiedział, czy ma zejść ze sceny i go przeprosić czy wrócić za klawisze. Po chwili wahania na szczęście wybrał drugą opcję. Gdy Les Aves zmierzali w kierunku alternatywnego popu było zdecydowanie lepiej. Z kolei jak pochłaniało ich zbytnio gitarowe granie i nadmiar elektronicznych dźwięków (w tym bezzasadnie dodanych ozdobników) zwyczajnie ginęli. Ich muzykę, a co za tym idzie i publikę zabijało pomieszanie gatunkowe, z którego nic nie wynikało. Byli jak okręt, który nabierał wiatru w żagle jednocześnie będąc wciąganym przez olbrzymi wir w głąb czeluści oceanu. Co więcej, każdy z członków załogi chciał płynąć w inna stronę. To nie mogło się skończyć happy endem. Co prawda do gustu przypadła mi kompozycja “N.E.M.”, która brzmiała jakby ją wykonywała spokorniała M.I.A. Natomiast lot do “Los Angeles” zakończył się niestety przedwczesnym lądowaniem.  Irytujący wokal w manierze pyskującej nastolatki był nie do zniesienia. Wytrwałem do końca. Les Aves choć mieli ku temu okazję zwyczajnie zapomnieli by być sobą i po prostu wrzucić na luz (wtedy kółka samolotu, którym lecą mogłyby się otrzeć o pas startowy LA LAX).

Za to parę godzin wcześniej na lotnisku w Budapeszcie zameldował się turysta William Philips, który jak by nie było jest współautorem nagrodzonego Grammy przeboju “Stay with Me” Sama Smitha. To już zupełnie inna półka. Tourist nagrał kilka EP-ek, którymi zaskarbił sobie sympatię słuchaczy, a w tym roku pokusił się już o wydanie debiutanckiego albumu “U”, choć na scenie muzycznej świetnie sobie radzi już od kilku lat. Niestety nie wszyscy mogli powitać go osobiście na lotnisku, więc zebrali się tłumnie w namiocie skrywającym A38 Stage. Tam niezwykle skromny artysta uraczył ich zestawem elektronicznych dźwięków godnych miejsca będącego w epicentrum letnich, wakacyjnych festiwali. Popłynęły ciepłe dźwięki, które rozkołysały budapeszteńską publiczność. Raz było bardziej skocznie i tanecznie, raz nieco spokojniej. Wśród wielu wyśmienitych kompozycji wybrzmiały m. in. “Run”, “I Can’t Keep Up”, czy “Too Late”.Wcale nie było za późno i Noel Gallagher ’s High Flying Birds sprawili, że wyspa Obudai będąca jakby nie było swego rodzaju oazą dla odwiedzających ją podróżnych wzleciała cała ku niebu i unosiła się nad Budapesztem mniej więcej dwie godziny. Karawana strudzonych wędrowców znalazła w niej schronienie. Mogli posłuchać prawdziwego rock’n'rolla i znaleźć się na najlepszym koncercie tegorocznego festiwalu. Muzyka przez duże “M” i szczypta angielskiego humoru. Podczas wykonywania “Champagne Supernova” uwolniła się prawdziwa magia, a publiczność wykonywała pieśń razem z Noelem. Zresztą tego wieczoru wybrzmiało więcej kompozycji z repertuaru Oasis niż tych autorstwa Noel Gallagher ’s High Flying Birds. Był i więc “Listen Up” z towarzyszeniem sekcji dętej (trąbka, saksofon, puzon), upiększone bogatym instrumentarium “Talk Tonight”, legendarne “Wonderwall” i na sam finał nie mniej znane “Don’t Look Back in Anger”, które rozśpiewana publiczność wykonywała razem z zespołem. Noel i jego latająca oaza są jak woda i wino razem wzięte. Im starsi tym lepiej gaszą pragnienie spragnionych prawdziwej muzyki. Po koncercie Noela i jego latającej Oazy zostałem pod sceną, by bliżej przyjrzeć się występowi SII i zobaczyć o co chodzi w tym całym szaleństwie związanym ze znaną mi od lat wokalistką. Otóż był to doskonale wyreżyserowany i zrealizowany spektakl z elementami audiowizualnymi oraz znakomicie, wręcz perfekcyjnie przygotowaną choreografią. Publiczność znała tekst każdej z piosenek. To co działo się na scenie (SIA niemal przez cały koncert stała w jednym miejscu śpiewając piosenki) wyświetlane było na telebimach równocześnie w postaci wcześniej zarejestrowanego materiału wideo. Ważne było tempo i synchronizacja działań. Nie było miejsca na pomyłkę, czy fałszywy gest wykonywany przez tancerzy i aktorów z Maddie Ziegler na czele. Przyznam, że tego rodzaju widowisko mógłbym spokojnie obejrzeć powiedzmy w kinie domowym (zamiast zostać niemal uduszonym na koncercie). Zyskałbym komfort porównywalny z tym jakiego doświadcza się podczas oglądania spektaklu w teatrze i przede wszystkim odbiór nie byłby zakłócany przez wbijające się w moje ciało łokcie szalonych fanów. Ktoś powie dlaczego poszedłem niemal pod samą scenę. Odpowiadam –  chciałem się artystce przyjrzeć z bliska. Ot, zwykła ciekawość. Doprowadziła mnie też ona do Latin Afro-Latin-Reggae Village, gdzie miał wystąpić DJ z Kuby o niezwykle wdzięcznym i dźwięcznym pseudonimie – SALAZAR. Byłem pewien, że zagra seta złożonego z będących obecnie na topie, także tych z Kubańskim rodowodem, utworów hip-hopowych. Niestety zamiast tego było MTV, a gdy tylko DJ SALAZAR wyczuwał w pobliżu obecność aparatu i fleszy prężył swe muskuły jak Arnold Schwarzenegger u szczytu formy.

Dobrze prezentowali się także M83, którzy odbywali w tym roku tournee po tych samych krajach i festiwalach, co ja. Po raz trzeci tego lata dane mi było usłyszeć “Midnight City” i co za tym idzie zobaczyć publiczność, która po usłyszeniu swojego ulubionego utworu rozpierzchła się w jednej chwili. Set lista jak na Melt!, choć tym razem obrałem perspektywę spóźnialskiego skupiającego swą uwagę bardziej na otaczających ludziach niż samej muzyce. Końcówki koncertu słuchałem na siedząco przed A38 Stage. W końcu trzeba było chwilę odsapnąć po szaleństwach na Mainstage’u.  A38 Stage usytuowane było na szczęście w pobliżu mojej ulubionej w tym roku Europe Stage i tuż po północy ściągnęły mnie tam dźwięki nietypowego występu czeskiego artysty EN.DRU, którego beatbox wspierany był DJ-setem. To było idealne podsumowanie dnia bogatego w rozmaitą muzykę.  Funky, dźwiękonaśladownictwo, śpiew, flirt ze znanymi kompozycjami popularnych wykonawców (niezapomniany “Boombastic” i Michael Jackson). EN.DRU prześliznął się po najnowszej historii muzyki popularnej w bardzo smukły sposób. Zaprezentował też swoje autorskie kompozycje. Czech to perfekcjonista. Dba o każdy detal, choć występ wydawał się spontaniczny, to wiadomym było, że improwizacja musiała być przygotowana (u niego wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik). Jedno z większych zaskoczeń festiwalu. “Banan” z mojej buzi nie schodził ani na chwilę. Zabawa z muzyką i przy muzyce.  Zamieniłem na koniec kilka słów z EN.DRU i przybiliśmy piątki, bo i koncertowy dzień spięty klamrą na Europe Stage na “5-tkę”.

Szymon Matlak
fot. Mateusz Kozina




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.