06.09.2016 09:00

Autor: Szymon

Sziget – opowieść pierwsza

Kategorie: Czytelnia, Relacje z festiwali, Relacje z koncertów

Wykonawcy: | | | | |


Sziget – opowieść pierwsza

Diabeł, dominator i islandzka burza.

Sierpień to ten niezwykły miesiąc w roku, gdy na mapie Europy na kilka dni pojawia się jeszcze jedno państwo, które do tego czeka na imigrantów z otwartymi rękoma. Co więcej oferuje im paszporty, azyl i niczym nieograniczoną wolność. Grzechem jest nie przekroczyć jego granic i nie doświadczyć gościnności nieznających pojęcia straty czasu i poczucia wszechobecnego pośpiechu mieszkańców.

Sziget przygarnął mnie po raz pierwszy w 2012 roku. Była to jubileuszowa, dwudziesta edycja festiwalu. Zachłysnąłem się panującą tam swobodą i niczym nieskrępowaną zabawą od samego początku. Backstage z Pink Freudami na dzień dobry. Czułem się jak w domu. To uczucie towarzyszyło mi także rok temu, gdy spojrzałem na festiwal z perspektywy uczestnika. Spędziłem wtedy na wyspie przeszło tydzień. Oczywiście można było ją w dowolnym momencie opuścić i udać na zwiedzanie Budapesztu, ale poza jednym wypadem zwyczajnie brakowało na to czasu. Muzyka i inne przygotowane przez organizatorów atrakcje wciągnęły mnie z całą swoją intensywnością.

W tym roku nie udało mi się wziąć Szigetu na dystans. Jest to po prostu niemożliwe. Wystarczyło, że przeszedłem przez most kolejowy prowadzący na wyspę i już mnie miał. Paszport w ręce, wokół uśmiechnięci ludzie, operujące na niebie południowe słońce i dobiegająca z oddali muzyka. Z grubsza znałem już topografię wyspy i rozstawienie scen, choć i w tym względzie zostałem kilka razy mile zaskoczony. Festiwal jest przecież żywym organizmem, ewoluuje i przystosowuje się do zmieniających się warunków. Najważniejsze jego organy, czyli mózg festiwalu w postaci Mainstage oraz serce A38 Stage pozostały jednak na swoim miejscu. Impulsy soniczne były przekazywane, a emocje pompowane z całą mocą. Już na samym początku mojej bytności na festiwalu udałem się właśnie do A38 Stage (odpowiednik open’erowego Tent Stage), gdzie występowała Norma Jean Martine.

O ile tak długie imię i nazwisko nie wróży sukcesu marketingowego, to muzyka obroniła się sama, a pochodzącą z Nowego Jorku, a nagrywającą obecnie w Londynie artystkę umiejscowiłbym gdzieś pomiędzy Adele, a Amy Winehouse. Amerykanka wspierana była na scenie przez zespół składający się z dwóch gitarzystów i perkusisty. Przyznam, że równie dobrze radziłaby sobie w pojedynkę. Jej głos nie tylko przyciągał uwagę, ale odnajdywał słuchacza w najbardziej odległym zakątku namiotu, pod którym znajdowała się scena, a także wprawiał jego ciało w rzadko spotykaną wibrację. Norma Jean Martine raz zasiadała za pianinem, a raz stawała na środku sceny i przygrywała na gitarze. Przy pełnym akompaniamencie zespołu brakowało już tylko wsparcia kwartetu smyczkowego, który dodałby jej występowi rozmachu na miarę Adele. Norma Jean zawieszona jest gdzieś pomiędzy klubem, a wielką salą koncertową, stąd jej obecność na festiwalowej scenie wydaje się być jak najbardziej uzasadniona. W Budapeszcie wybrzmiały spokojne balladowe “I Want You To Want Me”, rockowe “Animals”, bardziej przystępne i przebojowe “No Gold”, czy cover utworu “I’m on Fire” Bruce’a Springsteena. Szeroki wachlarz możliwości wokalnych i urozmaicony repertuar dają jej dość silną kartę w ręku. Norma Jean Martine zakończyła swój koncert drapieżnym wykonaniem utworu “Game Over”, ale jak chodzi o jej muzyczną karierę to prawdziwa gra właśnie się rozpoczyna.

Za to u szczytu sławy są Sigur Rós, których za chwilę być może będzie już usłyszeć tylko w w operze. Muszę przyznać, że nie miałbym nic przeciwko temu. Rozgadana i zebrana w miejscu spotkań, jakim był Mainstage, publika zakłócała mój odbiór koncertu (podobna sytuacja spotkała mnie cztery lata temu podczas koncertu The xx, kiedy to całkowicie zrujnowała nastrój i pozbawiła zespół najsilniejszych atutów). Nie potrafiłem zaangażować się całym sobą w muzykę. Islandczycy zaczęli dość spokojnie. Jako drugi utwór wybrzmiał “Staralfur” i zanosiło się na koncert życzeń. Potem usłyszałem bajkowe, melodyjne i shoegaze’owe “Saeglopur” (lubię takich Sigurów), jednak wraz z upływem czasu dramaturgia narastała. Brzmienie nabierało mocy i robiło się coraz mroczniej. Sigur Ros nie dali się wytrącić części niezainteresowanej, nieco przypadkowej publiczności z równowagi i zagrali swoje. “Ny Batteri” to był pierwszy punkt kulminacyjny, po którym za sprawą kompozycji “E-Bow”, czy “Festival” zrobiło się spokojniej i bardziej intymnie. Szalejąca nad Szigetem islandzka burza na chwilę ucichła, by chwilę później znów rozszaleć się na nowo – “Kveikur” i finałowe “Popplagio”. Trzech facetów na scenie, a tyle hałasu i to nie o nic.

Głośno było też podczas koncertu Muse. Choć nie jestem fanem stadionowych bandów, to, co usłyszałem zrobiło na mnie spore wrażenie. Mimo, że tym razem słuchałem muzyki i obserwowałem wydarzenia z oddali, to z pełnym przekonaniem mogę przylepić Muse etykietę zespołu idealnego. Perfekcyjny występ i ani choćby jednej fałszywej nuty zagranej. Anglicy są doskonali w każdym względzie. Od wyglądu muzyków, przez ruch sceniczny, oświetlenie, wizualizacje po sposób wykonania utworów. Przypadły mi do gustu takie kompozycje jak “Map of the Problematique” z finałowym riffem gitarowym wyrwanym żywcem z kompozycji “Maggie’s Farm” Rage Against The Machine. “Supermasive Black Hole” (z intro “Voodoo Child” The Jimi Hendrix Experience), czy hitowy “Starlight”, którego refreny zdarzyło mi się podśpiewywać. Nie obyło się i bez bisów, podczas których zagrali m.in. “Uprising” i finałowe “Knights of Cydonia”, gdzie słyszałem “No one’s gonna take me alive, Devil (zamiast The Time” – ale czy to nie to samo?) has come to make things right”. W głowie miałem riff z “Oni zaraz przyjdą tu” Breakoutu i zacząłem darzyć sympatią diabła tkwiącego w szczególe (choć wszystko zdaje się być dla nich tak samo istotne), który nazywa się Muse.

Dobrze, że nie musiałem podpisywać żadnego cyrografu i kolejno udałem się na wyczekiwany z utęsknieniem koncert Róisin Murphy. Wiedziałem, że z powodu macierzyństwa na chwilę zawiesiła swoją karierę. Nieco obawiałem się tej “nowej” Roisin, jak się okazało zupełnie niepotrzebnie. Nic się nie zmieniła, choć jej muzyka owszem. Na Sziget przygotowała aranżacje utworów, jakże odmienne od tych minimalistycznych zaprezentowanych publiczności na Glastonbury. Widać Irlandzka artystka doskonale potrafiła wyczuć, co przypadnie tej szigetowej do gustu. Zaczęło się od utworu “Mastermind”, którym zawładnęła umysłami słuchaczy. W tle pojawiły się wizualizacje ze zmieniającymi się cyframi, a Roisin rozpoczęła swoje przebieranki. Jakaż była moja radość jak usłyszałem niecodzienne wykonanie “Forever More”. W przeciągu jednego utworu zabrała mnie do teatru, na film i do klubu jazzowego. Potem nastąpił szybki wypad do rockowego Miami – tak, dla Roisin wszystko jest możliwe. W Budapeszcie usłyszałem bodajże pięć piosenek z repertuaru – uwaga – Moloko!

Zupełnie nowe wersje, często płynnie przechodziły w utwory będące jej ostatnimi dokonaniami. Był też Półwysep Apeniński i hołd złożony Italo Disco w postaci kompozycji “In Sintesi”. Erudycja muzyczna Roisin nie zna granic. Artystka nie tylko chciała przemodelować umysły słuchaczy na Sziget, ale miała wizję jak wybudować Murphy Towers po środku Budapesztu na “Ten Miles High”, na samym szczycie których można by uprawiać miłość. Strój? A jakże  - roboczy! Hełm zabezpieczający na głowie i motyw klawiszowy przypominający ten przewodni z serialu “Zmiennicy”. Inżynier Murphy w kamizelce odblaskowej śpiewająca “Overpowered” przy akompaniamencie bandżo, to tylko kolejny etap rewitalizacji, lecz to co zrobiła podczas finału przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Na scenę wyszła Roisin w białej bufiastej sukni, w tle na kilku ekranach pojawiły się wizualizacje przedstawiające ją w stylizacji a la Lady D. (fryzura, makijaż, biżuteria – twarz filmowana w bliskich planach) z przełomu lat 80. i 90. i wtem: Bum! “Exploitation” przeszło w “Sing It Back”, Murphy leżała na scenie na plecach i wierzgała nogami do góry, a tłum śpiewał razem z nią. Dwie minuty później pieśń będąca swego rodzaju znakiem rozpoznawczym artystki przeistoczyła się w rave’owy hymn. Techno przenikało się z noisem, a z tego pozornego bałaganu wyłoniła się wizja artystki kompletnej, która może sobie pozwolić na to, by wyjść na końcu na scenę w koszulce z napisem “Dominator” na placach, niczym dresiarz pluć piwem popijanym z puszki i machać pięścią zaciśniętą do góry w geście tryumfu.

Szymon Matlak

fot. Mateusz Kozina




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.