Sposób na klasykę
13-19.09.2015/Kraków

Relacja z 13. festiwalu Sacrum Profanum.

Na początku (to znaczy – odkąd pamiętam, a uczestniczę w tym festiwalu od roku 2008) sacrum i profanum były oddzielone grubą kreską. Na otwarcie i zamknięcie – Kraftwerki, Sigur Rosy i inne freaki, w środku muzyka poważna. Później program poszedł w stronę nęcenia widowni współczesną elektroniką, wplatając w nią inspiracje kompozytorami i prace z pogranicza. Teraz doszliśmy chyba wreszcie do punktu, w którym jedno z drugim się zazębia, miesza i tworzy całość, bez granic i podziałów, które, jak to głosi tegoroczna książeczka festiwalowa, Sacrum Profanum od lat zaciera. Okazuje się, że indierockowe zespoły nagrywają płyty romansujące z klasyką, muzycy z zespołów takich jak The National czy Arcade Fire na boku zajmują się komponowaniem, eksperymenty Dana Deacona i Martina Schmidta można śmiało połączyć z Johnem Cagem, a do tego wszystkiego dodać mniej związanych z tak zwaną muzyką popularną twórców oraz operę. W efekcie jak co roku dostaliśmy przepyszny miks wzruszeń i eksperymentów.

Anemiczne pożary

Jako pierwsi na scenie krakowskiego Centrum Kongresowego ICE (w jego trzech salach odbyły się wszystkie koncerty) pojawili się These New Puritans z płytą “Fields of Reeds”. Album zebrał świetne recenzje i olśnił odbiorców, na żywo całość też prezentowała się interesująco, zwłaszcza, że trio wystąpiło w towarzystwie śpiewaczki Elisy Rodrigues, z Marią Chiarą Argiro na fortepianie i Yazzem Ahmedem na trąbce oraz orkiestrą stargaze i chórem Synergy Vocals pod batutą Andre de Riddera. Materiał z krążka jest urozmaicony i dobrze się go słucha, aczkolwiek mimo wszystko lider zespołu to wciąż anemiczny mężczyzna, którego pamiętam z Off Festivalu – jego wokal nadal brzmi na wymuszony i wcale uroku muzyce nie dodaje. Znacznie lepiej prezentowały się utwory, w których na pierwszy plan wysuwał się wokal pani Ridrigues, zwłaszcza “Dream”, gdy  całkiem przejęła dowodzenie.

Na bis usłyszeliśmy utwory z albumu “Hidden” – “We Want War” i “Three Thousand”, bardziej energetyczne, rockowe, choć wciąż w wersji z orkiestrą, oraz łagodne “Spitting Stars”. W finale zabrzmiała nowa kompozycja – “Where The Trees Are On Fire”, której końcówka z frazami powtarzanymi niczym mantra zaskakująco mocno przyklejała się do uszu. Cały koncert miał też wartą wspomnienia oprawę wizualną – przepięknemu oświetleniu towarzyszyła instalacja z telewizorów umieszczona za muzykami. Na ich ekranach pojawiały się fragmenty koncertu na zmianę z dopasowanymi do wykonywanych utworów wizualizacjami.

Drewno, struny, gitary i smyczki

Bryce Dessner zaczął poniedziałkowy koncert od utworu “Garcia Counterpoint” inspirowanego twórczością gitarzysty The Grateful Dead, Jerry’ego Garcii oraz Steve’a Reicha. To wciągająca kompozycja na gitarę, w której pobrzmiewały echa ścieżek The National. Drugi z czterech wykonanych tego wieczoru utworów był niesamowity przede wszystkim ze względu na instrumentarium – zespół So Percussion (Eric Cha-Beach, Josh Quillen, Adam Sliwinski i Jason Treuting, którzy podczas tegorocznej edycji pojawili się kilkukrotnie) grał na czterech cymbało-gitarach, skonstruowanych według idei Dessnera. Taki instrument, nazwany “chordstick”, to coś jak drewniana rynienka ze smyczkami, można za jego pomocą uzyskać wiele ciekawych brzmień, od gitarowych trąceń strun, przez smyczkowe skrzypienia aż do uderzeń (stąd podobieństwo do cymbałów) i perkusyjnych stukotów. I taki też pełen przekrój wszystkich możliwych dźwięków znajduje się w “Music for Wood and Strings” podzielonym na 9 sekcji. Są w nich momenty pełne spokojnych i cichych dźwięków i narastające fale intensywnych odgłosów, tempo często się zmienia, a podążanie za nim to wycieczka pełna intryg i zaskoczeń.

“Lachrimae” wykonane z Sinfoniettą Cracovią dyrygowaną przez de Riddera przypominało zagrane w zeszłym roku utwory dla Kronos Quartet – to kompozycja pełna wysokich, smyczkowych brzmień. W “St. Carolyn by the Sea” do bohatera wieczoru dołączył brat bliźniak, a ich gitary wdzięcznie dopasowały się do pozostałych instrumentów w orkiestrze – sekcji dętej, smyczkowej i perkusyjnej. Utwór powstał z inspiracji twórczością Jacka Kerouaca i podobnie jak pozostałe kompozycje Dessnera żonglował nastrojami w spójny i przemyślany sposób.

Występowi towarzyszyły wizualizacje na żywo, bardzo ciekawa zabawa plamami atramentowymi, przypominająca trochę test Rorschacha, a trochę eksperymenty Juliana Antonisza. Niestety nigdzie nie udało mi się znaleźć informacji na temat ich autorów.

W rytmie ciała

Richard Reed Parry nie brzmiał za to w ogóle jak Arcade Fire. Jego “Music for Heart and Breath” to fascynujące przedsięwzięcie – muzycy, w tym przypadku orkiestra stargaze, sam kompozytor (na kontrabasie i fortepianie) oraz bracia Dessner na gitarach akustycznych, mają za zadanie wsłuchać się w swój oddech i bicie serca (co umożliwiają im stetoskopy) i grać według tychże metronomów. Efekt jest olśniewający, nie tylko ze względu na to, że wszystko to w niesamowity sposób się zgrywa (choć nie obyło się bez pokoncertowych komentarzy narzekających na to, że było nierówno – ktoś chyba nie wysłuchał dokładnie zapowiedzi, w której prowadzący, a potem dodatkowo sam kompozytor, wytłumaczyli, jak będzie grane), ale też jeżące włos wrażenie, jakie wywołuje na słuchaczu. Oto bowiem zaczynamy przyglądać się swemu ciału – muzyka w przedziwny sposób dopasowuje się do naszych oddechów… a nie, to my dopasowujemy się do muzyki! Trik nie wychodzi z biciem serca, ale z ciekawości przykładamy palce do tętnicy, żeby przekonać się, czy krew w naszych żyłach pulsuje chociaż trochę podobnie jak w tych na scenie. Ciało jako instrument przywiodło mi też do głowy ciekawą refleksję – czy powstał już generator muzyki oparty na sygnałach pochodzących z ludzkich organów? Taki, w którym serce nadaje rytm, oddech go urozmaica, a dajmy na to mrugnięcia i perystaltyka odpowiadają za szeregi dźwięków…

Do fortepianu w pewnym momencie zasiadło aż trzech muzyków – Richardowi towarzyszyli Andre de Ridder oraz Adam Sliwinski. So Percussion w całości pojawili się na koniec – wspólnie z pozostałymi muzykami wykonali nowy utwór kanadyjskiego kompozytora, “New Guitars”, z wibrafonem, bębnami i kotłami.

Babcie kochające Chopina

Największy entuzjazm wśród widzów wywołał występ Olafura Arnaldsa. Taki tłum zebrała jeszcze tylko finałowa opera, ale jej widzowie nie byli tak wytrwali i w przerwie duża część z nich opuściła salę. Fani Olafura zostali wiernie do końca, słuchając wzruszających i radosnych opowieści, i takiej muzyki. Wspólnie z Alice Sarą Ott oraz kwintetem smyczkowym (Viktor Arnason, Solveig Vaka Eyborsdottir, Bjork Oskarsdottir, Unnur Jonsdottir, Hallgrimur Jonas Jensson) Arnalds wykonał utwory z “The Chopin Project” po raz ostatni. Utwory Fryderyka Chopina i własne kompozycje duetu złożyły się na urokliwy i poruszający set, który wzbudził duży entuzjazm publiczności. Wzięła nawet udział w jednym z utworów – zadaniem zgromadzonych było zaśpiewanie jednej nuty, którą następnie Olafur przy pomocy urządzonka zwanego “Panem Jobsem” odtworzył podczas grania.

Połączenie delikatnej elektroniki z mistrzowską twórczością Chopina sprawdza się doskonale. Przeplatały się ze sobą dramatyzm i liryzm, nostalgia i powiew nowoczesności w postaci mocniejszego bitu czy wplatania odgłosów ulicznych. Na bis artyści opowiedzieli o tym, jak powstał “The Chopin Project” – ze wspólnych inspiracji. Arnaldsa i Ott łączy nie tylko muzyka, z naciskiem na instrumenty klawiszowe, ale także pasja do whisky oraz… babcie. Oboje podzielili się z publicznością poruszającymi opowieściami o tym, jak swoim babciom zawdzięczają zainteresowanie muzyką Chopina i zagrali utwory, które pomogły im uporać się ze stratą tych bliskich, inspirujących osób.

Musisz mi coś zaśpiewać, bo kocham twój głos

Olafur wypełnił salę, a czwartkowy “We Are All Going in Different Directions: A John Cage Celebration” nie dość, że zgromadził średniej wielkości grono słuchaczy to jeszcze sporą część z nich wygonił… Ale ci, którzy zostali do końca, na pewno tego nie żałowali. Występ So Percussion z Martinem Schmidtem (Matmos) oraz Cenkiem Ergunem to moim zdaniem najlepszy koncert tegorocznego Sacrum Profanum.

Usłyszeliśmy oczywiście kompozycje Johna Cage’a – “Credo in US”, “Imaginary Landscape #1″, “Quartet for Pecussion” z “She is Asleep”, “Third Construction” oraz wykonane symultanicznie “Inlets”, “0′00″, “Duet for Cymbal” i “45′ for a Speaker” (utwory skomponowane m.in. na wypełnione wodą muszle czy wymagające podjęcia akcji nie będącej graniem). Do tego fascynującego chaosu dołączyły też utwory gości – “Needles” z repertuaru duetu Matmos, “Use” Cenka Erguna, a także “24 x 24″ Jasona Treutinga i “Bottles from Ghostbuster Cook: The Origin of the Riddler” Dana Deacona. Wszystko to złożyło się na zachwycający bałagan: od cichutkich perkusyjnych momentów po walenie we wszystko dookoła, przebitki innych utworów, molestowanie klawiszy; była gra na kaktusie i butelkach, melorecytacja, elektroniczne hałasy, podskakiwanie i bieganie od jednego instrumentu do drugiego. Gdyby ktoś zapomniał, że w tym szaleństwie jest metoda, od pewnego momentu Martin Schmidt zaczął czytać manifest Johna Cage’a z 1954 roku. Przysłuchiwanie się mu trzeba było przerwać w 36:00 minucie, bo wtedy rozpoczął się najweselszy moment koncertu, czyli “Take a Deep Breath” – kompozycja Dana Deacona na… publiczność i jej smartfony.

Skąd wiedzieliśmy, kiedy zacząć? Na scenie cały czas obecny był zegar odliczający od 90 minuty do zera, każdy otrzymał też kartkę z partyturą utworu. Polecenia obejmowały rozmaite czynności, od wydawania dźwięków typu “Aaaa” czy “Ummm” do śpiewania dowolnej piosenki osobie po lewej czy puszczenia utworu grupy Nirvana z telefonu. Moja ulubiona instrukcja: Włącz tryb głośnomówiący w telefonie, zadzwoń do kogoś, kogo nie ma na sali. Powiedz tej osobie, że uwielbiasz jej głos i chcesz usłyszeć jej śpiew. Osoba ta może śpiewać cokolwiek zechce, tak długo jak będziesz chciał jej słuchać. Jeśli będzie zadawać pytania, dlaczego chcesz żeby śpiewała powtarzaj, że to dlatego, że kochasz jej głos i musisz usłyszeć jej śpiew. Powtarzaj, że śpiewanie jest dobrą zabawą i nie ma się czego wstydzić (…)”. Śpiewanie jest świetną zabawą i całe szczęście większość publiczności pokonała zawstydzenie i uznała, że jest w stanie wykonać utwór Deacona – wyszło nam wspaniale, choć instrukcje byłyby lepiej czytelne, gdyby udało się je wyświetlić na telebimie.

This is my church

Johann Johannsson, American Contemporary Music Ensemble i Theatre of Voices przenieśli nas w piątek w świat o wiele bardziej dystyngowany, można by rzec eteryczny. Zaczęliśmy od “Chaconne” – piękne i delikatne skrzypcowe solo doskonale nastroiło do kosmicznej pełni “Drone Mass”. Msza porwała niskimi, buczącymi brzmieniami, wynoszącymi pod niebiosa smyczkami i wokalami, które brzmiały jak pradawne modlitwy (i nic dziwnego, gdyż partie wokalne oparte były na Koptyjskiej Ewangelii Egipcjan). Od razu słychać, że Johannsson zajmuje się muzyką filmową – podniosłe tony jego dronowego nabożeństwa przywodziły na myśl soundtrack Philipa Glassa do “Koyaanisqatsi”. Kosmiczną atmosferę stworzenia świata podbudowywały jeszcze wizualizacje, na których w szarościach pokazane były sferyczne kształty – jak nic narodziny planety. Tak właśnie musiało brzmieć tworzenie Ziemi, Johannssonowi udało się udźwiękowić albo Biblię albo przynajmniej ten fragment “Silmarilliona”, w którym Iluvatar tworzy świat przy pomocy śpiewu Ainurów.

Tańce, kanony, muszelki i opera

Ostatni dzień Sacrum Profanum to kameralny koncert Kate Moore i rozbuchana opera Pawła Mykietyna. Kompozycje tej pierwszej wykonały Saskia Lankhoorn i Ashley Bathgate. W małej salce ICE najpierw Lankhoorn zasiadła za fortepianem. Tytuł “Dances and Canons” dobrze opisuje właściwości tej kompozycji – palce pianistki wykonywały szalone tańce na klawiszach, nakładając na siebie warstwy dźwięków w porywających przeplotach. Bathgate wzięła w dłonie wiolonczelę i na niej snuła morską opowieść – wypełnioną kuszącym wyciem syren (czasami także dopełniała ją delikatnym wokalem), szumem fal, pociągłym zawodzeniem oceanu, muzyką muszelek.

“Czarodziejska góra” na podstawie powieści Thomasa Manna to rzeczywiście dzieło wyjątkowe – stworzone wspólnie na festiwale Sacrum Profanum i Malta. Z ciekawą, choć minimalistyczną scenografią, libretto w czterech językach (jeśli poprawnie momentami słyszałam obok polskiego, angielskiego i niemieckiego jeszcze włoski) i przejmującym sposobem opowiadania historii. Nie będę udawać specjalisty od opery, ale takim niedzielnym jej fanom i nie-koneserom jak ja powinna się spodobać. Zwłaszcza, jeśli jednocześnie są zwolennikami muzycznego eksperymentu – w tej bowiem warstwie, za którą odpowiedzialny jest Mykietyn, jest nie mniej ciekawa niż w wizualnej. Dręczące nuty fortepianu, trzaski, szumy i dziwne dźwięki łączą się tu z melodyjniejszymi fragmentami w narrację, która i bez słów mogłaby przeprowadzić nas przez mroczną historię Hansa Castorpa wywołując wszystkie niezbędne emocje.

Sacrum Profanum jak co roku dostarczyło wyjątkowych przeżyć – od szalonych eksperymentów przez okazję do obejrzenia opery aż po kosmiczne uniesienia. Czy jest drugie takie wydarzenie, na którym można znaleźć tyle niepowtarzalnych koncertów?

Katarzyna Borowiec
(fot. Wojciech Wandzel, materiały organizatora)



Zobacz również:


Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.