09.07.2012 19:02

Autor: Gosia

Soczysty muzyczny deser

Kategorie: Czytelnia, Relacje z festiwali, Relacje z koncertów

Wykonawcy: | | | | |


Soczysty muzyczny deser
07.07.2012 / Gdynia

Relacja z 4. dnia Open’er Festival.

Na pożegnanie Open’er Festival zafundował nam ulewę oraz radosne tańce w błocie.

Podobnie jak dzień wcześniej, dużą scenę ostatniego dnia otwierała reprezentacja Łodzi. Tym razem byli to Cool Kids Of Death. W 2006 roku, grając na scenie namiotowej, panowie dali jeden z lepszych koncertów tamtej edycji. Mimo, że od tego czasu widziałam ich nie raz i wiedziałam, że formy nie udało im się utrzymać, miałam nadzieję, że magia Open’er Festivalu zadziała i teraz. W połowie się myliłam. Technicznie koncert był bardzo kiepski. Niektóre aranże zupełnie mnie nie przkonywały, a panowie wyglądali jakby przed wejściem na scenę śmiertelnie się na siebie poobrażali (tak wiem, w przypadku CKOD to nie nowość). Setlista jednak mocno wynagradzała te niedociągnięcia. Z najnowszego, dość kontrowersyjnego krążka grupy pojawiły się zaledwie 3 utwory. Większość setu wypełniły utwory z początków twórczości zespołu – “Kręcimy się w kółko”, “To nie zdarza się nam”, “Punk Rock Classic”, “Armia Zbawienia” czy “Na 4 strony”. Niemalże wymarzona setlista. Udało się nawet wyciągnąć chłopaków na bis, podczas którego, w strugach deszczu, wyskakać się mogliśmy do “Hej chłopcze”.

Mumford & Smęts
Prawie godzinna burza dała się we znaki. Jej skutki, poza licznymi kałużami, odczuliśmy również w opóźnieniach. Pierwsze z nich to 20 minut czekania na wejście na scenę Mumford & Sons. Parę dni przed festiwalem przeczytałam gdzieś, że ich koncerty są nudniejsze niż oglądanie transmisji z obrad sejmu. I chyba było w tym coś z prawdy. Muzyka gitarowo-folkowa to zupełnie nie moja bajka. I tak jak Bon Iver trochę koncertowo mnie przekonał, tak Mumford & Sons przegrali. Ziewałam, ziewałam, aż w końcu poszłam do namiotu na Bat for Lashes.

Piękna Natasha
Jak się jednak okazało, nie musiałam się aż tak śpieszyć, bo tu obsuwa była aż 30-minutowa. Choć w sumie stanie pod namiotem i słuchanie, jak ludzie dzwonią do znajomych i próbują wyjaśnić sobie nawzajem gdzie są, było ciekawszą opcją niż koncert Mumford & Sons. Na szczęście o 21.30 zgasły światła, a na scenie pojawiła się Bat For Lashes ze swoim zespołem. W krótkim, bo raptem 50-minutowym secie zaprezentowała nam głównie swoją twórczość z 2. krążka, z debiutu pojawiły się raptem 3 utwory. Więcej czasu Natasha poświciła już utworom z nadchodzącego wydawnictwa. Było nastrojowo, a zarazem energicznie. Najmocniejszy fragment koncertu to chwytające całą garścią za serce “Siren Song”.

Szaleństwo z afro
Nie będę chyba osamotniona w stwierdzeniu, że dużo bardziej cieszyłby mnie koncert reaktywowanego niedawno At The Drive In. Ale darowanemu koniu itd. Niestety ze względu na dość obfity sobotni line up udało mi się uszczknąć zaledwie pół godziny z występu The Mars Volta. Na Main Stage pojawiły się Marsy jakich znamy i kochamy. Szaleni, energetyczni i z cudownym wokalem Cedrica. TMV to muzyczne ADHD najwyższej próby, szkoda tylko, że na festiwalu zaprezentowali w większości swój nowy materiał. Pobudzili apetyt na powrót do starszej twórczości, ale koncertowo nowym materiałem nie przekonali. Zachwyciła za to świetna kondycja Cedrica i to nie tylko wokalna. Muzyka nosiło po całej scenie, schodził do publiki i pożyczał różne gadżety – maskę kurczaka i duże okulary, w których później z dumą paradował.

Taneczna eksplozja
Na Friendly Fires też nie udało mi się dotrzeć od początku (klęska urodzaju). Straciłam 2 pierwsze utwory i niestety były to “Lovesick” i “Jump in the Pool”. Panowie postawili głównie na repertuar z 2. krążka, choć utworów z debiutu nie brakowało. Podobnie jak 2 lata temu w Krakowie, na openerowej scenie eksplodowała muzyczna radość. Trzeba przyznać, że to jak Friendly Fires podrywają publikę do tańca to mistrzostwo świata. Nie wyobrażam sobie stać na takich utworach jak “On Board”, “Skeleton Boy”, “Live Those Days Tonight” czy “Kiss of Life”, którego dłuższą wersją zakończyli koncert. Choć czasem warto przystanąć na chwilę tylko po to, aby zobaczyć jak Ed Macfarlane rusza tyłkiem – niezapomnanie przeżycie.

Intymność w tłumie
5 minutowe opóźnienie koncertu The XX pozwoliło na spokojne dojście z namiotu pod dużą scenę. Muszę przyznać, że trochę obawiałam się tego koncertu. Muzyka “iksów” jest bardzo subtelna i do odpowiedniego jej odbioru przydałaby się intymna atmosfera. Moje obawy okazały się jednak bezpodstawne, bo Brytyjczycy opanowali sztukę grania koncertów do tego stopnia, że nawet na otwartym powietrzu i w kilkudziesięciotysięcznym tłumie można poczuć jakby było się z muzykami sam na sam. Do tego The XX podkręcali atmosferę leniwie rozciagając swoje i tak niezbyt pośpieszne kompozycje. Momentami wydawało się, że prawie nie dotykają instrumentów, co tylko potęgowało subtelene doznania. Coś erotycznego unosiło się w powietrzu. No, a przy “Shelter” miałam już ciary na całym ciele. Wyśmienite zakończenie festiwalu.

Podsumowując, 11. edycja Open’er Festivalu udała się rewelacyjnie – organizacyjnie i muzycznie. Szkoda, że jubileuszowa 10. edycja tak nie wyglądała. Możemy mieć zatem nadzieję, że za rok będzie jeszcze lepiej. Ze wspomnień pozamuzycznych pozostaną nam za to w głowie kalosze, świeże owoce w czekoladzie i zgniłe błoto. W końcu mamy swoje Glastonbury!

Relacja z 1. dnia
Relacja z 2. dnia
Relacja z 3. dnia

Gosia Lewandowska
Zdjęcia: Alter Art




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.