21.10.2017 12:13

Autor: Kuba

Sleepmakeswaves we Wrocławiu – relacja z koncertu

Kategorie: Czytelnia, Relacje z koncertów

Wykonawcy: | |


Sleepmakeswaves we Wrocławiu – relacja z koncertu
Wrocław/17.10.2017

Gratka dla fanów instrumentalnego grania prosto z Antypodów.

Wrocławski D.K. Luksus (dawniej Carpe Diem) w ciągu ostatnich kilku miesięcy stał się jednym z najjaśniejszych punktów lokalnej sceny koncertowej. Ich inicjatywa wydaje się prosta – zapraszać jak najwięcej ciekawych, nieznanych i świetnie zapowiadających się zespołów – szczególnie z gitarocentrycznych jej odłamów, choć nie odżegnują się od artystów o bardziej rozpoznawalnym profilu – m.in. Jambinai, Unsane, Today is the Day i wielu, wielu innych. Może ten wstępniak nie wydaje się szczególnie istotny w kontekście wydarzeń, o których miałem pisać, ale myślę, że kiedy ma się platformę do opowiedzenia o czymś dobrym i ważnym, warto się nie powstrzymywać. Wrócę jednak z tego objazdu do meritum – jednym z highlightów tegorocznego sezonu musiał okazać się koncert formacji Sleepmakeswaves, post-rockowych gigantów z Antypodów, którzy od ostatnich dwóch krążków osiągnęli niemal wszystko, co dostępne w ich niszy. Zejście do wrocławskiego bunkra w ramach swojej europejskiej trasy musiało okazać się strzałem w dziesiątkę – przynajmniej dla fanów tego nieco wyświechtanego już gatunku.

W swoją podróż po Starym Kontynencie Sleepmakeswaves zabrali dwa, prezentujące zupełnie odmienne podejście do muzyki, zespoły: Amerykanów z Vasudeva oraz moich osobistych faworytów – Brytyjczyków z The Physics House Band. Choć brzmieniowo wydawały się od siebie fundamentalnie różne – słyszałem, że grają świetne koncerty, co udowodnili z nawiązką. Choć brzmienie Vasudevy niekoniecznie mi odpowiada i znam wiele ciekawszych zespołów w kategorii kapel instrumentalnych z nieskończonymi gitarowymi pasażami (m.in. CHON), zagrali zgrabnie i solidnie, zbierając gromkie brawa przy każdej możliwej okazji. Choć to nie moja bajka, szanuję ciekawie skonstruowane melodie i wirtuozerię na sześciu strunach.

Natomiast koncert The Physics House Band na długo nie wyjdzie mi z głowy. Nie tylko z powodu muzyki, którą grają niczym zaginieni kuzyni takich projektów jak The Mars Volta, ale przede wszystkim tego, jak niebywale wciągający i intensywny był to występ. Niestety, występy poprzedzające gwiazdy rządzą się swoimi prawami, więc zespół nie był w stanie grać wystarczająco długo na moje potrzeby, udało się im na szczęście wykonać w całości swój najnowszy album, “Mercury Fountain”. Ta kosmiczna mieszanka math-, post-, psych-rocka z domieszką jazzowych fantazji w wykonaniu tego trio zabrzmiała fenomenalnie i muzyka The Physics House Band stworzona jest wręcz do koncertów. Rzekomo nie spodziewali się tak ciepłego odbioru w Polsce, obiecali również wrócić ze swoim solowym koncertem. Nie wiem, czy mówili tak, żebym się odczepił i nie zadawał niewygodnych pytań, ale wciąż żywię nadzieję, że nie było to jedynie czcze gadanie.

Przechodząc jednak do gwiazdy wieczoru, co do występu Sleepmakeswaves nie miałem najmniejszych wątpliwości – to już koncertowi wyjadacze. Przeszło dekada na scenie odzwierciedlona została przez wystudiowane, zagrane do ostatniej noty widowisko, które w pełni oddawało ducha nowoczesnego post-rocka. Kwartet dwoił się i troił, aby zachęcić ludzi do tańca – niektórzy wzięli sobie tę radę za bardzo do serca, rozkręcając mosh przed sceną ku dezaprobacie reszty zgromadzonych, jak i samego zespołu, który postanowił dać reprymendę. Nie licząc tego malutkiego incydentu, reszta koncertu przebiegła bezproblemowo i z uśmiechem na twarzy z obu stron barykady.

Wrocławska publiczność otrzymała set skupiający się głównie na ostatnich dwóch wydawnictwach – “Love of Cartography” i “Made of Breath Only”, choć nie zabrakło niespodzianek w postaci niedawno nagranego coveru Roberta Milesa do utworu “Children” czy “We Sing the Body Electric z wydanego niemal dekadę temu splitu z Tangled Thoughts of Leaving. Nowy materiał wypadł zdecydowanie lepiej od swojego albumowego odpowiednika, zyskując dodatkową głębię i energię, którą Australijczycy byli w stanie błyskawicznie wygenerować. Warto powiedzieć jednak, że utwory z pierwszych wydawnictw, czy te z poprzedniego albumu grupy, “Love of Cartography”. “Something Like Avalanches”, “Traced In Constellations” czy fenomenalne “The Stars Are Stigmata” wypadły w swoim koncertowym wydaniu o niebo lepiej niż najnowsze pozycje z repertuaru kwartetu. Biorąc jednak pod uwagę całość, występ z pewnością należy zaliczyć do udanych, przyjemnych i świetnie zrealizowanych.

Choć frekwencja nie do końca dopisała, jak na zespół tego kalibru, do tego aura wtorkowego wieczoru zdecydowanie nie pomogła, wszystkie zespoły spisały się na medal. Mimo tego, że przez całe wydarzenie w utworach nie usłyszeliśmy ani słowa, muzyka była w stanie wszystko wytłumaczyć, a to jedynie potwierdza klasę zespołów, które pojawiły się we Wrocławiu. Do zobaczenia następnym razem.

Kuba Serafin




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.