05.11.2015 09:00

Autor: Jarosław Kowal

Slayer – “Repentless”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


Slayer – “Repentless”
Nuclear Blast/2015

Bez niespodzianek i bez rozczarowań.

Slayera zna każdy. To już nie tylko zespół, to metafizyczny symbol, figura retoryczna żyjąca pozamuzyczną sławą w internecie. Okrzyk, który mogę tu jedynie sparafrazować jako “Slayer, pani lekkich obyczajów” zyskał tak dużą popularność, że zagraniczni fani założyli na Yahoo Answers temat: “What does slayer k***a mean?”. Nawet na pierwszym koncercie Owena Palletta w Polsce na pytanie, jaki utwór powinien zagrać jako kolejny padło właśnie “Slayer, córa Korytnu”. Po zredukowaniu społecznego zjawiska okazuje się jednak, że prawdziwych fanów kalifornijskiej kapeli jest znacznie mniej, a ich muzyka trafia tylko do zatwardziałych wyznawców metalu.

“Repentless” nie ma potencjału do przełamania tej tendencji. Jeżeli nie pokochaliście Slayer po “Reign in Blood”, “South of Heaven” czy nawet znakomitym, wydanym sześć lat temu “World Painted Blood”, to po odsłuchaniu tych czterdziestu dwóch minut bezwzględnego łojenia również serce nie zabije wam szybciej. W kilku filmach klasy Z tyranozaurowi przyszło mierzyć się z gigantozaurem, choć faktycznie nie mogli się spotkać, bo ich istnienia dzieliły miliony lat. Ze Slayerem jest trochę podobnie – wielu młodych ludzi rzuca tę nazwę jednym ciągiem obok Black Sabbath czy Motörhead. To prehistoria ciężkiej muzyki i chyba nie można po niej oczekiwać niczego poza ryczeniem i rozrywaniem wszystkiego, co spotka na swojej drodze na strzępy.

Utwór tytułowy rozpoczyna album tłuczeniem werbla i szyciem na strunach w zawrotnym tempie. Anthrax czy Megadeth (nie wspominając najpopularniejszego z zespołów Wielkiej Czwórki, którego nazwa nie przejdzie mi przez klawiaturę) zawsze były bardzo blisko metalu, Slayer z kolei przypomina, że thrash ma także punk rockowe korzenie. Słychać to w “Repentless”, słychać także w “Take Control”, ale już “Vices” czy “Cast the First Stone” są typowymi kompozycjami w repertuarze Arayi i spółki, zwłaszcza jeżeli chodzi o wydawnictwa z ostatniej dekady. Powolne riffy, maltretowanie perkusji i teksty wykrzykiwane niemal po jednym słowie najbardziej charakterystycznym głosem w muzyce metalowej. To wszystko tutaj jest i trzeba przyznać, że Paul Bostaph stanął na wysokości zadnia, po raz kolejny godnie zastępując Dave’a Lombardo, który od strony technicznej bez dwóch zdań jest lepszym bębniarzem, ale gdzieś w trakcie rozwijania swoich eksperymentalnych pasji wyraźnie stracił na ciężkości.

Po śmierci Jeffa Hannemana wielu wręcz żądało zaprzestania dalszej działalności pod szyldem Slayer. Dla mnie natomiast Sepultura bez Maxa Cavalery albo Alice in Chains bez Layne’a Staley’a to wciąż znakomite zespoły i także w przypadku weteranów thrashu nie odczuwam dyskomfortu z powodu braku jednego z filarów. “Repentless” to potężny album bez słabych punktów, ale również bez wybitnych, co jak na zespół o ponad trzydziestoletnim stażu jest solidnym wynikiem.

Jarosław Kowal


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (4 głosów, średnio: 7,25 / 10)



Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.