05.11.2015 20:00

Autor: Kuba

Shining zagrał we Wrocławiu

Kategorie: Czytelnia, Relacje z koncertów

Wykonawcy: | |


Shining zniszczył Liverpool
03.11.2015/Wrocław

Norweska ściana dźwięku.

Bardzo się cieszę, że udało mi się po raz kolejny zobaczyć norweskich tytanów z Shining, chciałem dać im od dawna drugą szansę po niesławnym koncercie podczas OFF Festivalu pięć lat wcześniej, kiedy zobaczyłem ich zaraz po bajkowym występie The Flaming Lips. Zespół promował wtedy płytę uważaną przez wielu krytyków za szczytową – “Blackjazz”. Wchodząc pod scenę eksperymentalną utytłany w konfetti Wayne’a Coyne’a, nie do końca rozumiałem, co działo się na scenie i, szczerze mówiąc, nie do końca doceniłem to, co miało wtedy miejsce.

Dwa albumy i pięć lat później pojawiła się szansa naprawienia tego błędu, z której skrzętnie skorzystałem. Trzy koncerty Shining w Polsce? Super! Było tylko jedno ale, które w przypadku wrocławskiego koncertu przyświecało mi przez cały czas. Klub muzyczny Liverpool wśród dolnośląskich bywalców głośnego grania stanowi nie lada zagadkę. Jest koszmarnie mały, a zarazem potrafi się w nim zmieścić tona ludzi. Koncerty mogą brzmieć bardzo dobrze albo okropnie i nikt chyba nie ma pojęcia, skąd ta zależność się bierze. Warto jednak podziękować komuś na górze, bo tym razem naprawdę nie było tragedii.

Specyfika miejsca (klub jest wąski i wszędzie czyhają przyjemne ławki, które strasznie kuszą) potrafi się niektórym dać we znaki, o czym twardo przekonali się muzycy Jack Dalton – norweskiej grupy otwierającej występy Shining na europejskiej trasie. Pustki na sali są zawsze złym widokiem z perspektywy sceny i lider grupy, Jimmy Nymoen, próbował coś zmienić przez cały koncert skacząc zgrabnie z maluteńkiej sceny na ziemię, biegając z browarem i mikrofonem wśród garstki ludzi, tańcząc na stołach czy zbijając piątki z pojedynczymi ochotnikami, którzy pod koniec występu zdecydowali się podejść bliżej. Muzycznie słychać, że zespół ma jeszcze wiele do roboty, ponieważ niektóre kompozycje nie były tak wciągające i o wiele lepiej szło im konkretne uderzenie w estetyce hardcore’u niż kombinowanie z formułą wszystkich amerykańskich zespołów grających ciężką (i identyczną muzykę). Kudos za chęci i olbrzymi potencjał.

Caligula’s Horse to inna historia. Australijska grupa od początku wydawała mi się czymś kompletnie oderwanym od rzeczywistości i swoim brzmieniem nie pasowali do surowych murów klubu oraz do zespołu, przed którym występowali. Dziwna hybryda przekombinowanego progu spod znaku Dream Theater z naleciałościami Toola, Karnivoola czy Coheed and Cambria to zdecydowanie za mało, żeby mnie przekonać do czegokolwiek. Szczególnie irytował mnie ten gitarzysta solowy, który chciał być kolejnym wcieleniem Steve’a Vai wrzucając wszędzie swoje pompatyczne, długie, przekombinowane partie, które bardzo często psuły cały kawałek. Egzaltacja wokalisty również dała mi się we znaki, ale najwyraźniej byłem w mniejszości, ponieważ pod sceną zgromadziło się całkiem spore grono słuchaczy, więc muszę przyjąć, że komuś musiało się podobać.

Na szczęście wszystko natychmiastowo wróciło do normy w momencie, gdy na scenie pojawili się muzycy Shining. Oprócz tego, że znikąd pojawił się spory tłum, do tego nagle wszystko zaczęło brzmieć klarowniej, choć nie ukrywam, że natychmiast żałowałem nie wzięcia zatyczek do uszu, bo było bardzo głośno. Norweski kwintet to zwierzęta sceniczne i od wejścia pierwszych taktów “I Won’t Forget” wiedziałem, że będzie się działo. W ciągu 70-minutowego seta upchali tonę materiału i nie dawali ani chwili wytchnienia. Oczywiście, przeważał materiał z wydanego w październiku “The International Blackjazz Society” – “Last Day”, “House of Control”, “The Last Stand”, “Need” czy “Burn It All” zabrzmiały jeszcze groźniej i surowiej niż na albumie, ale było dokładnie tak, jak się spodziewałem. Przede wszystkim jednak czekałem na materiał z ich magnum opus, “Blackjazz”. “Exit Sun” czy “HEALTER SKELTER” miażdżyły ekstremalną dawką kontrolowanego chaosu, matematyczną precyzją połączoną z piszczącymi zewsząd przesterami. Było ciężko, głośno, soczyście – gigantyczna ściana dźwięku, która zbierała wszystkich na swojej drodze.

Mam wrażenie, że Munkeby i spółka uskrzydleni po dwóch poprzednich koncertach w naszym kraju oczekiwali podobnej atmosfery, jak np. miało to miejsce w Hydrozagadce dzień wcześniej i trochę żałuję, że misja nie do końca się udała, ale i tak jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak muzycy Shining potrafią wynieść proste melodie do granic ekstremum, a jednocześnie brzmieć tak zwiewnie i chwytliwie pomimo tego, że ich utwory do najprostszych nie należą. Może fani Teraz Rocka w końcu odwrócą głowę od nowej płyty Kata, tylko rzucą okiem poza swoją strefę komfortu, bo mogą przegapić bardzo dobrą muzykę.

Kuba Serafin




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.