Relacja z Soundrive Fest 2016
1-3.09.2016/Gdańsk

Piąta edycja pełna pozytywnych zaskoczeń.

Jak co roku mogliśmy uczestniczyć w gdańskim festiwalu Soundrive na terenie Stoczni. Tym razem na scenach zaprezentowało się 39 wykonawców z całego świata: od Danii, przez Wielką Brytanię i Islandię, aż po Kanadę i Stany Zjednoczone. Na imprezie nie zabrakło także polskich zespołów, którzy jak zawsze zaprezentowali świetny poziom. Piąta edycja imprezy, mimo tego że okrągła, nie obfitowała w wielkie gwiazdy i headlinerów z prawdziwego zdarzenia. Tegoroczna odsłona wydarzenia potwierdziła, że nie chodzi tu o rozrastanie się do rozmiarów Open’era, a o uczestnictwo w koncertach młodych, niszowych, alternatywnych artystów.

DZIEŃ I

Soundrive rozpoczęłam nie od koncertu, a od panelu dyskusyjnego. Na temat “Manager potrzebny od zaraz” rozmawiali Bartek Borówka, Paweł Trzciński i Jakub Knera. Dyskusja dotyczyła młodych zespołów i umiejętnego ich prowadzenia i relacji między managerem a grupą. Panowie opowiadali o swoich doświadczeniach, ubarwiając wszystko wesołymi anegdotami. (Ewelina)

Bownik
W końcu przyszedł czas na pierwszy koncert, który zagrali panowie z Bownik, czyli nowe wcielenie Control the Weather. I choć wokal pana Michała może nie do końca mi pasuje, tak sama muzyka była na tyle interesująca, że poruszała do tańca. Bownik jest bowiem zespołem, który gra duże ilości elektroniki z dodatkami gitar. Było tanecznie, momentami spokojnie, jakby z nutą folku. I ma to wielki potencjał, więc czekam na materiał od nich. (Ewelina)

Pixx
Tutaj była mała obsuwa. Na koncert czekaliśmy około 20 minut. Wokalistka Pixx miała mocny głos, który idealnie wpasował się w dream-popową konwencję, jaką narzuciła sobie grupa. Czasami było nawet k-popowo, co nie było zbyt przyjemne, ale koniec końców występ można uznać za udany, choć na pewno nie każdemu się spodobał. (Ewelina)

Otwierająca scenę główną pierwszego dnia Brytyjka skrywająca się pod pseudonimem Pixx nie zachwyciła. Było po prostu nudno, a Pixx sprawiała wrażenie, że braki w kompozycjach stara się nadrobić klimatem. Tylko że to w ogóle się nie sprawdzało. (Michał)

Caren Coltrane Crusade
Na scenie kontenerowej znalazłam się przez chwilę. Może chwila ta trwałaby dłużej, gdyby działo się tam trochę więcej. Jednak przed Caren Coltrane Crusade jeszcze długa droga. (Ewelina)

Rosalie Chatwin
Ta urocza pani przykuła moja uwagę na dłużej. Rosalie Chatwin, czyli polska singer-songwriterka “z ulicy” zagrała sporo przyjemnych piosenek. Opowiadała, śmiała się, wzruszała i zagrała świetny cover “Toxic”. Tak właśnie powinien wyglądać koncert na nowej scenie W4, która była bardzo specyficzna. (Ewelina)

Świetnym pomysłem tegorocznej edycji festiwalu było otwarcie scen w innych halach znajdujących się przy ulicy Elektryków. Halą W4 zawładnęły wszelkie odmiany akustycznych brzmień. Na pierwszy ogień wystąpiła Rosalie Chatwin, polska młodziutka wokalistka i gitarzystka. Pochodzi z muzykalnej rodziny, piosenki pisze od 14 roku życia, ale jeszcze długa droga przed nią. Piosenki były sztampowe, momentami nudnawe, choć czasem można był usłyszeć coś, co przykuwało ucho, dlatego warto dać Rosalie kolejną szansę w przyszłości. (Michał)

Neal Cassady
Polska grupa zagrała po prostu dobry, rockowy koncert. Zespół był zgrany, energiczny i z każdą piosenką coraz bardziej wciągał w swój świat. (Ewelina)

Dogs in Trees
W przelocie usłyszałam ich jedną piosenkę i naprawdę dawali radę. Szkoda, że było w tym czasie wiele innych rzeczy do słuchania, bo chętnie zostałabym tam dłużej. Ach, priorytety… (Ewelina)

Bionulor
Bionulor grał na nowej scenie – hali B64, która była chyba najlepszą salą na koncerty, z największą przestrzenią, ogromnym stropem. Jego muzyka to czyste eksperymenty przerywane czytaniem tekstów. Byłam tam tylko przez moment, ale ten moment uświadomił mi, że ta hala idealnie nadaje się na wszelkie imprezy techno. Może w przyszłym roku warto zorganizować tam jakieś after party po każdym dniu z polskimi wykonawcami? (Ewelina)

Hinds
To był największy highlight tego wieczoru! Panie z Hinds dali taki popis, o jakim marzy większość młodych zespołów. Dziewczyny grały rocka, ale takiego rocka okraszonego zabawą i uroczym “darciem ryja”. Ich układy choreograficzne rozwalały system. To był zdecydowanie najlepszy koncert tego wieczoru. Taka energia zostanie z nami na długo. (Ewelina)

Zupełnie niespodziewanie cztery Hiszpanki zagrały koncert, po którym właściwie można było iść pierwszego dnia do domu (no, prawie). Cudownie bezpretensjonalny, radosny, bez żadnego cienia blazy. A do tego niezwykle charyzmatyczny, właśnie dzięki antygwiazdorskiej postawie. Dziewczyny zagadywały publiczność, dowcipkowały między sobą, po prostu dobrze się bawiły. Poczułem się, jakbym był na koncercie w malutkim klubie (na przykład warszawskiej Eufemii), a nie w jednej z największych sal w Trójmieście. Tą postawą i uroczymi, ale zadziornymi piosenkami, mieszczącymi się gdzieś między indie rockiem, a muzyką dziewczyńskich grup z lat 60., dziewczęta zdobyły nie tylko moje serce. (Michał)

Formation
Ten zespół był moim tegorocznym must see. Spodziewałam się fajerwerków, ale jak to przeważnie w takich sytuacjach bywa, fajerwerków nie było. Ot, zagrali tak, jak powinni, wszystko niewiele różniło się od wersji studyjnych piosenek. Było powściągliwie, a przecież przy tej muzyce można szaleć! Trochę się zawiodłam, ale miło było wysłuchać chociażby “Hangin” w wersji live. (Ewelina)

Zagrali poprawnie, ale po koncercie Hinds wydawali się zbyt wycofani i oschli. Do potupania nóżką ich elektropop jest jak znalazł, jednak zabrakło czegoś, by uczynić ten koncert zapamiętywalnym. (Michał)

Stonkatank
Ach, co to był za koncert! Nogi same rwały się do tańca. Dwójka panów – perkusista i wokalisto-ogarniacz elektroniki dali popis jakich mało. I kolejny raz byliśmy świadkami tego, jak polski zespół przejął Soundrive. Stonkatank grali elektronikę, gdzie perkusja była jej najmocniejszą stroną. Perkusista z długimi włosami odstawiał tam istne cyrki, które sprawiły, że po północy mieliśmy jeszcze więcej energii. Warto mieć na nich oko i koniecznie chodźcie na ich koncerty! (Ewelina)

Fat White Family
Tutaj było ostro. I to już od samego przyjazdu zespołu do Polski, bowiem już na lotnisku zatrzymano dwóch członków grupy. Na koncercie działo się wiele. Były krzyki, pogo, szaleństwo. Może trochę zbyt dużo gwiazdorzenia, ale przecież gitarowe granie ma to do siebie, że kreują się wtedy ‘gwiazdy rocka’. (Ewelina)

Pierwszy dzień obfitował w przeróżne występy. Mogliśmy posłuchać świetnych koncertów i tych nie bardzo udanych. Szkoda jedynie, że w czwartek na Soundrive pojawiło się tak mało publiczności. Żałujcie, jeśli Was tam nie było, bo Hinds i Stonkatank to coś, co trzeba zobaczyć.

DZIEŃ II

Drugiego dnia również należało najpierw zajrzeć do W4, gdzie odbywała się dyskusja “Jak znaleźć swoją niszę festiwalową”. Tym razem o mniejszych festiwalach rozmawiali: Sylwester Gałuszka, Michał Turowski, Robert Chmielewski i Jakub Knera.

Salk
Drugi dzień już na samym początku przyniósł wiele dobrego. Salk, bo o tym zespole mowa, wprowadził nas w nostalgiczny nastrój za sprawą swoich piosenek naznaczonych elektroniką. Można powiedzieć, że momentami jest to folktronica, która rozkręca się niesamowicie. Muzyka na jesień, która wciąga z każdym kawałkiem coraz bardziej. Ilość techno musi się zgadzać, prawda? ;) (Ewelina)

Ja bardzo lubię muzykę skandynawską, ciepłą folktronikę z marzycielskimi, baśniowymi melodiami, naprawdę. Na koncertach mum zawsze jestem w pierwszym rzędzie i może dlatego nie zawsze przekonują mnie kolejne próby odtworzenia tego niepowtarzalnego właśnie klimatu. Salk z Krakowa się nie udało, niestety. (Michał)

Pokusa
Największym problemem tego koncertu był fakt, że zaczynał się razem z koncertami na scenie głównej, które go skutecznie zagłuszały, a przecież Pokusa gra potężny, walcowaty freejazz, który niestety ginął w zgiełku. Umiejscowienie sceny kontenerowej w przyszłym roku koniecznie do poprawy. (Michał)

Liss
Liss to panowie grający pop-rock. Wyglądali jak boysband z lat 90. i tak też trochę brzmiała ich muzyka. Nic odkrywczego, ale być może za jakiś czas chłopcy odnajdą swój styl, swoją niszę. (Ewelina)

Duńczcy wyglądali i grali jak Backstreet Boys z gitarami. Gdyby jeszcze piosenki były dobre, można by było zatrzymać się na dłużej, ale były bardzo nijakie. (Michał)

Moriah Woods
Warto było zajrzeć na scenę W4. Grała tam bowiem Moriah Woods, która czarowała swoim głosem. Piękny koncert. (Ewelina)

Gdzie alt.contry może zabrzmieć lepiej niż w opuszczonej, zakurzonej hali fabrycznej? No właśnie. Moriah Woods, wyjątkowo jedynie z towarzyszeniem gitary i banjo zagrała koncert, od którego nie dało się oderwać. Amerykanka sięgała po starsze, dawno niegrane piosenki, zaprezentowała tez kilka z nadchodzącej płyty, na którą z pewnością warto czekać. (Michał)

Lass
Występ Lass nie przyniósł nic nadzwyczajnego. O ile jej muzyka była dość interesująca, o tyle barwa głosu nie do końca z tym współpracowała. Dobrze, że za chwilę grali inni muzycy na kolejnych scenach, bo inaczej zanudziłabym się. (Ewelina)

Philip Bracken
Australijczyk oczarował przede wszystkim swoim wyjątkowym głosem, którym wyśpiewywał piękne, wcyiszone piosenki. A echo rozbrzmiewające w hali W4 tylko dodawało im uroku. (Michał)

Pictorial Candi
Pictorial Candi to nie moje klimaty, ale zajrzałam na chwilę na scenę B64. Na hali panowała gęsta atmosfera kwaśnej elektroniki i dream-popu. Było dziwnie, ale interesująco. Zostałabym dłużej, ale grało wtedy zbyt wiele innych, dobrych rzeczy. (Ewelina)

Yak
Yak byli świetni, czego w ogóle się nie spodziewałam. To była ta energia, której oczekujemy od rockowych zespołów. Ta brytyjska kapela pokazała, jak należy zagrać mocny koncert, który zostanie w pamięci na długo. (Ewelina)

Było głośno, transowo, psychodelicznie, ale wszystko rozkręcało się tak powoli i było tak apatyczne, że szybko ewakuowałem się na scenę W4. Choć słyszałem, że z każdą minutą było coraz lepiej. (Michał)

Lor
W końcu przyszedł czas na polski Lor. Po przeczytaniu krótkiej informacji o tym zespole szłam na ten koncert raczej z powinności. Ale bardzo szybko zmieniłam zdanie. Na scenie pojawiły się nastolatki w wieku 14-15 lat. Przy akompaniamencie skrzypiec, cymbałów i keyboardu zagrały taki koncert, o jakim marzą wszyscy wykonawcy. Dziewczyny zapełniły całą małą salę. Ale nie tylko swoimi piosenkami nas urzekły. Podczas występu mogliśmy posłuchać ‘bajarki’, która opowiadała żartobliwie o poszczególnych piosenkach. Dość mroczne i nostalgiczne utwory nabierały wtedy nieco innego wydźwięku, jakby mniej poważnego. Dzięki charyzmie ‘frontmanki’, która siedziała z tyłu za trzema dziewczynami, wszystkie emocje były idealnie wyważone. Nie było w tym nudy, nie było przesady. Było pięknie. I życzę dziewczynom powodzenia w dalszej karierze, bo jeśli w tak młodym wieku robią takie rzeczy, to co będzie później? (Ewelina)

Sunflower Bean
A Sunflower Bean grali nieziemsko. To był jeden z najlepszych koncertów tego dnia. Mocne, gitarowe granie, trochę szaleństwa wokalistki, przedłużające się motywy instrumentalne, ale i odpowiednia dawka dream-popu sprawiły, że występ Amerykanów można było zaliczyć do najciekawszych z całego festiwalu. (Ewelina)

Hipisi grający shoegaze. Tak można w największym skrócie scharakteryzować koncert Sunflower Bean. Było kolorowo, psychodelicznie, gitarowo. (Michał)

Co było najlepsze tego dnia? Uważna, cicha publiczność. Nigdzie nie ma takiej publiczności, która czeka do ostatniego tchnienia dźwięku, aby zacząć klaskać. Która wie, kiedy zacząć klaskać, która przy świetnym koncercie domaga się bisu, a przy średnim już nie. Drugiego dnia było też więcej osób na koncertach, co tylko świadczy o sukcesie przedsięwzięcia. Formuła zapraszania mało znanych zespołów nadal się sprawdza.

DZIEŃ III

Junius Meyvant
Bardzo się starałem, ale na koncert Juniusa Myevanta dotarłem dopiero pod koniec. I bardzo tego żałuję, bo te piętnaście minut z brodatym Islandczykiem i jego zespołem upłynęło zdecydowanie za szybko. Piękne, trochę soulowe, trochę folkowe piosenki kołysały jak statek na morzu. (Michał)

Teddy Jr
Bardzo miłe zaskoczenie i kolejny powód, dla którego scena W4 była najciekawsza w tym roku. (Michał)

Henry David’s Gun
Moją ulubioną scenę songwriterką zamykało trio Henry David’s Gun. To było bardzo dobre i trafne domknięcie fantastycznej przestrzeni hali W4. Piosenki drogi tego warszawskiego zespołu koiły i kołysały publiczność na leżakach. Czuć było, że powoli kończy się festiwal, że zaraz trzeba będzie wrócić do do rutyny codziennego życia i ta podróż z zespołem to ostatnia szansa na zatracenie się w dźwiękach. (Michał)

Oly.
Oly. nie przekonuje mnie z nagrań, postanowiłem sprawdzić, czy przekona mnie na żywo. Nie przekonuje. Podobnie jak Salk jest dla mnie zbyt nachalnie skandynawska, przez co ginie w tej stylistyce. (Michał)

Dilly Dally
Wielkie rozczarowanie, ale może miałem zbyt wysoko postawione wymagania, bo na koncert Dilly Dally czekałem na Soundrive najmocniej. Kanadyjczycy odwołują się do grunge’u… wróć, oni grają, jakby rok 1993 nigdy się nie skończył, a Hole to najlepszy zespół na świecie. Jednak na koncercie gdzieś uleciała energia, zagrali poprawnie. Tylko poprawnie. (Michał)

Tego dnia wygrali singer-songwriterzy, choć zabrakło kogoś, kto zamknąłby należycie tę edycję festiwalu.

PODSUMOWANIE

Tegoroczna, piąta już, edycja festiwalu Soundrive potwierdziła, w którym kierunku zmierza całe przedsięwzięcie. Już sama dyskusja “Jak znaleźć swoją niszę festiwalową?” drugiego dnia mogła uświadomić, że Soundrive znalazł swoją niszę i nie potrzebuje dalszego rozwoju w sensie powiększania się, zapraszania coraz większej liczby zespołów, liczenia na tysiące uczestników, czy też wychodzenia z festiwalem poza teren ulicy Elektryków. Przez kilka edycji festiwal rozrósł się do niezłych rozmiarów – pięciu scen, około tysiąca fanów muzyki, czterdziestu zespołów i ulicy wokół hal, tętniącej życiem. Tyle nam w zupełności wystarczy. Mnie i osobom, które na festiwal przychodzą co roku, aby dokonać ciekawych muzycznych odkryć i pobawić się wśród ludzi, którym jeszcze zależy na muzyce.

Polscy wykonawcy po raz kolejny nie zawiedli. Mamy znakomitych młodych muzyków, którzy spokojnie mogliby grać na festiwalach na całym świecie. Stonkatank, Neal Cassady, Salk, Lor, Henry David’s Gun i inni dali piękne koncerty. Cieszy fakt, że Soundrive nie zamyka się na polskich muzyków. Oby tak pozostało, bo jest w czym wybierać.

Co można zmienić, aby w przyszłym roku było jeszcze lepiej? Na pewno zorganizować koncert kogoś pokroju wcześniejszych (Glass Animals, iamamiwhoami, Unknown Mortal Orchestra, Peace itp.) headlinerów festiwalu. Honne to trochę za mało. Druga sprawa – koncerty za bardzo nakładające się na siebie. Niby każdy koncert jest inny i wszyscy powinni znaleźć coś dla siebie, ale co jeśli ktoś naprawdę lubi różną muzykę i świetnie odnajduje się w stylistyce Daniela Spaleniaka, Bionulora i Hinds? Musi z czegoś zrezygnować. A rezygnacja z niektórych występów bardzo boli…

Koniec końców była to bardzo udana edycja. Zdecydowanie bardziej alternatywna niż poprzednie, ale ciągle dająca powody do tego, aby właśnie tam spędzać początek września. B90, W4 i B64 dały radę :)

Ewelina Malinowska
Michał Wieczorek




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.