Relacja z Primavera Sound 2011 cz. 2

Po koncertach na placu w Pable Espanyol przyszedł czas na zasadniczą część Primavery.

W tym roku na Parc del Forum zaszło kilka ważnych zmian. Teren imprezy powiększono – choć dramatu zbyt dużej odległości między scenami nie było, ponieważ dystans między dwoma najbardziej odległymi od siebie scenami (Pitchfork oraz Llevant) można było pokonać szybkim marszem w ciągu 5 minut. Inne niż w latach poprzednich było rozmieszczenie scen, niektóre zamieniły się miejscami, inne z kolei pojawiły w zupełnie nowych lokalizacjach. Najważniejsze, że poruszanie między kolejnymi koncertami było w miarę sprawne, mimo że nie odbywało się tylko na jednej linii, tak jak dzieje się to na OFFie czy Open’erze.

To właśnie wyjątkowy charakter każdej ze scen jest jedną z tych wyróżniających cech, stanowiących o wyjątkowości Primavery. Jeśli ktoś lubi kameralną atmosferę, z pewnością odpowiadała mu otoczona przez morze scena Pitchforka. Nie zabrakło wielkich aren muzycznych, czyli scen San Miguel i Llevant, ale najciekawszymi pod względem lineupu oraz klimatu były Ray-Ban i ATP, których budowa przypominała amfiteatr.

26 maja – Parc del Forum

Tegoroczny trzydniowy maraton nie zaczął się dla mnie zbyt szczęśliwie. Najpierw, o godzinie 18, Emeralds dali przeciętny występ na scenie Pitchfork, choć przyczyna leżała w dużej mierze w świetle słonecznym i braku klimatu dla takiej muzyki. Następnie przeszedłem się na kameralną scenę Adidas Originals, gdzie zaledwie poprawny, niestety, występ dali pierwsi z trzech reprezentantów naszego kraju, czyli The Car Is On Fire.

Tymczasem o godzinie 20 na scenie San Miguel zaczynał się obwoźny cyrk o nazwie Of Montreal. Czego tam nie było! Meksykańscy zapaśnicy, parodia scenicznego show Sufjana Stevensa, brakował tylko lwów skaczących przez płonące obręcze. Szkoda tylko, że mocno straciła na tym sama muzyka, przejmując rolę tła. I nie pomógł fakt, że setlista w większości składała się ze starszych, lepszych płyt grupy.

I kiedy już myślałem, że pierwszy dzień koncertów w nadmorskim kompleksie rysuje się niewesoło, z odsieczą przyszli zaskakująco dobrzy The Fresh & Onlys. O ile wcześniej, grające za dnia Emeralds poległo ze względu na wakacyjny klimat, to w przypadku Amerykanów podbił on kilkukrotnie atrakcyjność występu. Surfersko-popowe piosenki były dokładnie tym, czego mi było trzeba. Tak pokrzepiony, poszedłem na Big Boia, po drodze załapując się jeszcze na kawałek koncertu Seefeel, którzy byli przeraźliwie nudni. Jedna druga kolektywu Outkast bardzo sprawnie rozbujała publikę, choć zdarzały się tanie chwyty, w stylu czarni raperzy samplują muzykę rockową białych chłopców, w tym wypadku akurat “Another Bites The Dust”. Porządny beat był, zapraszanie lasek na scenie także, więc ogólnie liczę ten gig na plus i radzę pofatygować się na Big Boia, jeśli będziecie na Babich Dołach.

Około godziny 22 dokonałem szybkiej zmiany atmosfery, przenosząc się z hip hopu prosto z południa Stanów, do elektroniki mającej swój rodowód w Nowym Yorku. Oneohtrix Point Never, bo to o nim mowa, był jednym z największych zaskoczeń całego festiwalu. W przepiękny sposób przechodził od ambientu zawierającego odgłosy natury, do ciepłych drone’ów, po drodze wplatając pasaże saksofonu. I wcale nie przeszkadzało, że wszystko to robił za pomocą laptopa.

Grinderman był pewniakiem i pisanie, że Nick Cave miotał się po całej scenie jakby po raz kolejny podpisał cyrograf z diabłem, jest tylko formalnością. Warren Ellis na gitarze wcale nie próbował ujarzmiać garażowego obłędu, w jakim zatracali się koledzy z zespołu. Jeśli ktoś ma jeszcze wątpliwości, co do wybrania się na Cave’a i spółkę do Wrocławia na Era Nowe Horyzonty, to niech mi zaufa i po prostu kupi ten bilet.

Tymczasem, grający chwilę przed pierwszą w nocy Interpol okazał się zupełnie innym zespołem, niż ten, który zapamiętałem z 2008 roku z Gdyni. I wcale nie chodzi mi o obecność Carlosa na basie, lecz o pewność siebie, bijącą wtedy od zespołu. Nie wiem, czy to z powodu zmian personalnych, czy może sytuacji życiowej Paula Banksa, ale piosenki nowojorczyków zyskały podskórny niepokój. Dzięki temu, elegancko ubranych post-punkowców oglądało się z prawdziwą przyjemnością. Wracając z występu kwartetu dotarły do moich uszu energetyczne dźwięki, które okazały się należeć do naszego rodzimego Woody’ego Aliena. Radość z grania biła ze sceny, zarażając sporą grupę szalejących festiwalowiczów, a ja z wielką przyjemnością stwierdziłem, że twórczość duetu można spokojnie postawić obok reszty występujących na imprezie artystów.

Koniec dnia pierwszego Primavery obdarzył mnie dwoma świetnymi gigami oraz dwoma zupełnie beznadziejnymi. Zacznę od tych słabych, odbywających jeden po drugim na scenie ATP: Salem wypadło ze swoim witch housem straszliwie pretensjonalnie, natomiast Factory Floor uraczyło wszystkich około godzinną próbą zagrania czegokolwiek sensownego do puszczanego bitu.

Natomiast set Baths o godzinie 3 w nocy okazał się wulkanem energii. Will Wiesenfeld bawiący się z wielkim zaangażowaniem pokrętłami i suwakami, został w mojej pamięci jako jeden z fajniejszych obrazków festiwalu. Jeśli komuś było mało tańców, to na wielkiej scenie Llevant o godzinie 5 rano nastąpiła największa impreza “guilty pleasure”, na jakiej byłem. Piosenki Bon Joviego obok raperskich hiciorów o trzęsieniu tyłkiem… Girl Talk dostarczył tego wygłodniałym niedobitkom. Działka wystrzeliwujące w publiczność kilometry papieru toaletowego powinien posiadać każdy artysta.

Pierwsza część relacji z Primavera Sound 2011

Krzysztof Kowalczyk

Photos by:
Eric Pamies (Interpol)
Dani Canto (Of Montreal, Grinderman)




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.