Relacja z Primavera Sound 2011 cz. 1

Relacja z pierwszych dni jednego z najważniejszych muzycznych festiwali w Europie.

Primavera jest festiwalem przyprawiającym o zawrót głowy, zarówno, jeśli chodzi o ilość koncertów, jak i ich jakość i umiejscowienie. Impreza doskonale balansuje między wartościowym mainstreamem, muzycznymi legendami, oraz nowymi bohaterami szeroko pojętej alternatywy. Z jednej strony dostajemy imponujący rozmachem koncert Pulp (pierwszy dla tak dużej publiki po powrocie z 9 letniego zawieszenia), z drugiej Kurta Vile’a & The Violators występujących na kameralnej scenie. Raz Echo and the Bunnymen czy Mercury Rev prezentują w całości ważne w ich dyskografiach płyty, kiedy indziej Animal Collective gra nowe piosenki – trudno było nie znaleźć czegoś dla siebie.

Nawet nie próbowałem zobaczyć wszystkich festiwalowych wydarzeń, ponieważ wiele z nich miało miejsce na wiele dni przed główną częścią Primavery, czyli 5 dniowym blokiem koncertowym. Koncerty w parkach i na placach zaczynały się koło południa, a ostatnie gigi w festiwalowym kompleksie Parc del Forum dogasały o 6 rano.

Wydawało się, że po dziesiątej, jubileuszowej edycji, organizatorzy dadzą publiczność odetchnąć. Tymczasem, kataloński festiwal dopiero nabiera rozpędu, bowiem w tym roku line-up był morderczym wyzwaniem, rzuconym organizmom festiwalowiczów. Ta relacja otwiera serię artykułów, w których będę starał się oddać ogrom atrakcji i wrażeń, jakich można było doświadczyć na Primavera Sound 2011.

24 maja – Kluby La [2] i Apolo

Ten dzień miał za zadanie zaprezentować lokalnych artystów zagranicznej publiczności i prasie, choć nie zabrakło też wykonawców z poza granic Hiszpanii. Niestety, miejscowe kapele wypadły bardzo blado i trudno stwierdzić, czemu organizatorzy zaproponowali ze swoich rodzimych stron rzeczy tak wtórne. Albo mieliśmy do czynienia z próbą kopiowania modnego na Wyspach klimatu retro – kobiece trio Pepper Pots wraz z cała armią panów w garniturach – albo z kiepskim naśladowaniem amerykańskich sing/songwriterów – występujący samotnie z gitarą Eli Paperboy Reed.

Na szczęście, dzień uratowali goście z zagranicy. Capillary Action można nazwać amerykańskim odpowiednikiem Paristetris. Piosenki kapeli z USA były połamane rytmicznie i wyróżniały się bogatymi instrumentarium (kontrabas, harmonia i… miski), ale w przeciwieństwie do polsko-brazylijskiego projektu, chłopacy grali swoją muzykę na serio. Rozmawiając z ich liderem, Jonathanem Pfefferem, dowiedziałem się, że mają plany wpaść tej jesieni do naszego kraju, więc radzę być czujnym.

Drugim zespołem wyróżniającym się spośród miałkiej reszty, był duet Schnaak. Panowie wyszli ubrani w pluszowe stroje krów, aby okazać się niemieckim odpowiednikiem Lightning Bolt. Co prawda w tym wypadku mieliśmy do czynienia z perkusistą i gitarzystą – i to właśnie ten drugi śpiewał – ale poziom hałasu jak najbardziej był zgodny z tym, co potrafi wytworzyć ekipa z Providence. Kiedy nasi zachodni sąsiedzi nie katowali swoich instrumentów, wystukiwali na przykład solówki na dzwoneczkach. Widocznie za Odrą można odnaleźć nie tylko zespoły przypominające roboty, ale także dobry noise rock.

25 maja – Plac Poble Espanyol

To właśnie w przestrzeni, w której miały miejsce pierwsze edycje festiwalu, rozpoczął się właściwy program imprezy. Koncerty odbywały się na placu położonym pośród malowniczego kompleksu Poble Espanyol, będącego wielkim muzeum pod gołym niebem, prezentującym różne style architektoniczne z poszczególnych regionów Hiszpanii.

Jako pierwsze wystąpiły Japonki z Nissennenmondai i momentalnie wciągnęły publiczność w niekończące się kraut-rockowe kompozycje o noise’owym zabarwieniu. Fantastycznie płynęło się z kolejnymi kompozycjami tria, ale przecież zespół nagrywający kawałki pt. “Sonic Youth” nie może być słaby.

Las Robertas było kolejnym egzotycznym damskim triem, tym razem Kostaryki. Dziewczęta zaproponowały zwiewne, gitarowe piosenki, przywodzące na myśl Dum Dum Girls czy też Vivian Girls. Punkowa energia połączona ze stylistką lat 70. dawała radę.

Brytyjskie Comet Gain przełamało na Poble Espanyol sceniczną hegemonię kapel składających się tylko z przedstawicielek płci pięknej. Ci weterani indie rocka (zaczynali na początku lat 90-tych) dali koncert niezły, aczkolwiek niezostający na dłużej w pamięci. David Feck sprawną konferansjerką szybko kupił sobie część publiczności, która z przyjemnością absorbowała kolejne porcje indie melodii. Jak się miało okazać później, Comet Gain poradziło sobie znacznie lepiej niż inni, znacznie popularniejsi mieszkańcy Wielkiej Brytanii. Echo and the Bunnymen zagrali swoje dwa pierwsze albumy, “Crocodiles” oraz “Heaven Up Here”, zupełnie od niechcenia. To, co dochodziło do uszu, czyli całkiem niezłe wykonanie materiału z dwóch krążków, zupełnie nie zgadzało się z tym, co widziały oczy: grupką zmęczonych życiem panów, zarabiających właśnie na kolejny jacht.

Jednakże, nie Echo and the Bunnymen było główną gwiazdą wieczoru, lecz Caribou. Dan Snaith wraz z ekipą byli w znakomitej formie, scena była fantastycznie nagłośniona i dysponowała imponującym oświetleniem, a na placu bawiła się kilkutysięczna, rozentuzjazmowana publiczność. W takiej oprawie “Melody Day”, “Odessa” czy “Sun” nie mogły wypaść inaczej niż porywająco. Dodatkowo nie zabrakło improwizacji na dwie perkusje, które potrafiły prowadzić obok siebie dwie różne linie rytmiczne. Caribou skutecznie rozbudziło apetyty przed trzema dniami muzycznego maratonu na barcelońskim nabrzeżu.

Krzysztof Kowalczyk

Druga część relacji z Primavera Sound 2011




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.