Relacja z festiwalu Sacrum Profanum

Klasyka, współczesność i Kronos Quartet.


W takie trzy cykle został ułożony tegoroczny program. Materiał w nich odgrywany przeplatał się i mieszał – rezydencja Kronosów to takie połączenie obydwu pozostałych, a i one mieściły elementy siebie nawzajem. Wyszedł z tego wszystkiego swoisty misz-masz, pomieszanie z poplątaniem i właściwie chyba tylko dla tych, którzy wykupili osobne karnety na poszczególne cykle miało to większe znaczenie. Fuzja może być czasem brzydkim słowem, ale tym razem zwyciężyło piękno.

W pętlach powtórzeń

W poniedziałek słuchaliśmy Philipa Glassa. Jego “Etudes” czyli zestaw dwudziestu ćwiczeń warsztatowych, okazały się bardzo poniedziałkowe. Niby zróżnicowane, ale jednak boleśnie monotonne, powoli przyzwyczajające do morderczej rutyny. Choćby nie wiem jak wyginali się Maki Namekawa i Piotr Orzechowski (aka Pianohooligan), tylko momentami udawało im się tchnąć w te kompozycje nieco życia. W większości pozostały ćwiczeniami, opartymi na powtórzeniach małymi popisami fortepianowymi. Do tego na finał zostało wybrane chyba najcichsze, najwolniejsze i najbardziej monotonne. Pierwsza połowa koncertu w ogóle wypadła o wiele lepiej, być może dlatego, że im dalej w etiudy, tym więcej zmęczenia.

O wiele lepiej przemówiły do mnie repetycje Steve’a Reicha – tworzone nie w celu szlifowania warsztatu, ale w duchu eksperymentu. Za jego kompozycję wzięli się najpierw Alarm Will Sound. We wtorkowy wieczór usłyszeliśmy na start “Clapping Music”. Podczas Sacrum Profanum w 2010 roku ten utwór wykonał kompozytor we własnej osobie (w towarzystwie drugiej) i mimo tego, że wersja Alarm Will Sound była nieco bardziej spektakularna – klaskało kilka par rozsianych po całej sali – to tamta wydawała mi się bardziej adekwatna. Podobnie “Piano Counterpoint”, czyli jeden z fascynujących eksperymentów Reicha w postaci kompozycji na fortepian i taśmę (albo nawet taśmy) nie robi wrażenia grane przez jedną osobę, kiedy widziało się olśniewający popis Leszka Możdżera, który w 2010 w Ocynowni grał taki utwór dwoma rękami – partię pianisty jedną i partię taśmy drugą…

Później zabrzmiało “Reich Rewrite”, utwór autorstwa Johna Orfe, pianisty zespołu. Organizatorzy w swojej relacji opisali tę kompozycję jako składającą się w porywającą całość, uwodzącą swym hipnotycznym rytmem. Moim zdaniem składało się mocno średnio i w efekcie wyszło nieco chaotycznie i bez charakteru. Zostawiłabym Reicha Reichowi. Nie porwało mnie też “Four Genesis Setting” w aranżacji Alana Piersona. Śpiew operowy – do tego damski – jest bardzo specyficzny, być może żeby go lubić trzeba być wielkim fanem opery – osobiście słucham czasem Sylvii Sass i do dzisiaj wspominam “Into the Little Hill” z mojego pierwszego Sacrum Profanum w roku 2009. Polska premiera tej opery Georga Benjamina zrobiła na mnie ogromne wrażenie (śpiewały Karen Mosteri i Hilary Summers), ale bogatych doświadczeń operowych nie mam. Może dlatego w “Four Geness Settings” wokal operowy był dla mnie jednym wielkim zgrzytem. Zupełnie nie pasował do reszty, która zresztą sama w sobie też nie porywała.

Lepiej zrobiło się na koniec – gdy przyszła pora na Reicha, choć ostatecznie w tym starciu w końcu wygrał Glass (o tym więcej, gdy przejdziemy do kolejnego dnia). W “Radio Rewrite” niełatwo było usłyszeć Radiohead, choć to akurat nie jest szczególną wadą. Utwór oparty na wibrafonach, czyli jednych z moich ulubionych instrumentów, nie mógłby mi się nie podobać, do tego gitara basowa, skrzypce i klarnety. Całość plotła się we wciągający taniec brzmień i rytmów. Tyle w Muzeum Inżynierii, a potem pojechaliśmy w kosmos.

Albowiem w Teatrze Łaźnia Nowa we wtorkowy wieczór Kronos Quartet grali “Sun Rings” Terry’ego Rileya. Ta niesamowita kompozycja opiera się na dźwiękach zarejestrowanych przez pracownika NASA, doktora Donalda Gurnetta. I to jest jej najmocniejszą stroną – te odgłosy są absolutnie fascynujące same w sobie. Partie kwartetu smyczkowego są już tylko wisienką na torcie. Do tego wizualizacje Williego Williamsa przedstawiające sondy kosmiczne, gwiazdy i skróconą historię życia na ziemi – i jesteśmy w samym środku wszechświata, zachwyceni jego tajemniczą potęgą.

W środę kolejni weterani Sacrum Profanum, Bang on a Can All-Stars zaprezentowali swoje “Field Recordings 2″. Na początek utwór “The Brief and Never Ending Blur” Richarda Parry’ego zagrali w rytm swoich serc – ze stetoskopami na uszach. Rytm był to zaskakująco spokojny. “Firewood” Alvina Lucier, które zabrzmiało jako drugie, było wciągająco-tajemnicze-przeciągłe, monotonne dźwięki układały się w utwór rasowo minimalistyczny, w którym oszczędność doprowadzona jest do perfekcji. Aż trudno pamiętać o “Halographic” Daniela Wohla, które było następne, w ogóle zresztą ciężko było mi się skupić na pierwszej połowie koncertu – a wszystko to wina Dana Deacona. Przed koncertem dostaliśmy bowiem informację, że możemy wziąć w nim udział: wystarczy ściągnąć specjalną aplikację, aby zamienić swój smartfon w instrument wykorzystywany przez zespół. “Sago on Ya Rev” zamieniło nasze telefony w migające i wydające przenikliwe dźwięki w olśniewającym kanonie zabawki. Niestety, nie u wszystkich aplikacja działała prawidłowo… ale mimo tego i tak efekt był imponujący.

Podobnie jak kompozycja Lee Ranaldo, “How Deep Are Rivers”, mocne uderzenie, jak przystało na jednego z ojców klasyki noise-rocka. Aż trudno było uwierzyć, że mamy przed sobą orkiestrę. Wydawała z siebie brzmienie potężne, przytłaczające i unoszące zarazem, do tego czerwono-pomarańczowe światła dodawały całości apokaliptycznego klimatu. Poziom głośności dorównywał natężeniu budzonych emocji.

Potem na scenę wkroczył duet Skalpel, aby odegrać “Autumn Music ‘14″ Andrzeja Panufnika, utwór bardzo w ich stylu, któremu dodali taki ninja tune touch, w efekcie czego trochę przypominał hip-hop instrumentalny. Na koniec – wspólnie wykonane “Two Pages” Philipa Glassa, bardzo reichowy utwór powtarzający w nieskończoność tytułowe dwie strony – efekt był wyśmienity, choć wygonił z Muzeum chyba z jedną trzecią publiczności. Ale taki minimalizm – dręczący, drążący, przemocą wdzierający się do mózgu – jest moim zdaniem najciekawszy.

Pełnia skrzypiec

Na swoje czterdzieste urodziny Kronos Quartet przygotowali prawdziwą ucztę. Zaczęli od “Aheym” Bryce’a Dessnera – świetny, energetyczny utwór, zresztą polecam całą ich wspólną płytę, jest to bez wątpienia jedno z najciekawszych tegorocznych wydawnictw. Potem usłyszeliśmy coś z początków ich kariery – “G-Song” Terry’ego Rileya. To przepiękna kompozycja, pełna delikatnych, poruszających dźwięków, które to wspinają się w szybkich pociągnięciach smyczków, to płyną spokojnie na niskich tonach.

W “Last Kind Words” Geeshie Wiley w aranżacji Jacoba Garchika pierwsze skrzypce grały niczym wokal, “Sim Sholom” Altera Yechiela Karniola (urodzonego pod Krakowem) w aranżacji Judith Berkson było szybkim skokiem w zupełnie inne rejestry – poważniejsze i bardziej melancholijne, a “Tusen Tankar” czyli tysiąc myśli, tradycyjna szwedzka piosenka, trochę chyba straciła na zapowiedzi Davida Harringtona. On odkrył w tym kawałku perfekcję, mi trudno było ją dostrzec. Tak jak nie bardzo przemówiło do mnie “WTC 9/11″ Steve’a Reicha. Chaos i strach dobrze oddany przez partie skrzypiec na tle nagrań z wypowiedziami dotkniętych tragedią wprowadzały w nastrój zadumy, ale nie pozwalały zanurzyć się weń zanadto głęboko.

Po przerwie przyszedł czas na hit – “Lux Aeterna” Clinta Mansella z “Requiem dla snu” Darrena Aronofsky’ego. Troszkę zabrakło perkusyjnego akcentu, który pojawia się w drugiej połowie kompozycji. “Hart and Altar”, następny zagrany utwór, autorstwa Missy Mazzoli, dedykowany jest brooklyńskiemu mostowi. Na finał kwartet przygotował “String Quartet No. 6″ Philipa Glassa, czyli coś z działu sacrum. A na bis… profanum w postaci “La Sidounak Sayyada” Omara Souleymana – była to niewątpliwie radosna niespodzianka i aż trudno było powstrzymać się od rytmicznego klaskania. Potem, w związku z tym, że grupa pochodzi z Seattle, postanowili zgrać utwór największego muzyka stamtąd – “Purple Haze” Jimiego Hendrixa. To była końcówka idealna – skrzypce brzmiały jak gitara elektryczna, efekt zupełnie niesamowity. Ciekawe, co by powiedział mistrz gitary, gdyby mógł usłyszeć tę wersję.

Chyba najpiękniejszym momentem na całym festiwalu był jednak duet kwartetu z Laurie Anderson. “Landfall” to utwór robiący niesamowite wrażenie, pełen pięknych partii instrumentów smyczkowcyh (Laurie gra na skrzypcach elektrycznych), delikatnych elementów elektronicznych i przede wszystkim głosu Anderson, o hipnotycznych i oczarowujących właściwościach. Mam wrażenie, że mogłaby czytać książkę telefoniczną i mnie tym zakląć. A podczas koncertu w Łaźni bynajmniej nie mówiła rzeczy losowych. Obrazki przedstawiające błahe, ale pełne skojarzeń i znaczeń sytuacje, lekko ironiczne, melancholijne rozważania na temat ludzkości. Szczególne wrażenie robiła opowieść o wymarłych gatunkach wygłaszana głosem zmodyfikowanym elektronicznie (bardzo niskim). I ten fragment:

And you know the reason I really love the stars is that we cannot hurt them.
We can’t burn them or melt them or make them overflow. We can’t flood them or blow them up or turn them out.
But we are reaching for them.
We are reaching for them.

Po prostu Warp

Część klasyczną zamknęli w piątek kolejni weterani Sacrum Profanum – London Sinfonietta. Przybyły nań spore tłumy, stopniowo wychodzące: czy spodziewali się czegoś zupełnie innego po swoich ulubieńcach? Zagrany materiał nie był zbyt łatwy w odbiorze, od Boards of Canada po Gyorgy’ego Ligeti, czyli gwiazdy wytwórni i ich klasyczne inspiracje. Można było w najlepsze szukać inspiracji, paraleli i przekształceń.

Spośród klasyków pojawili się – Conlon Nancarrow i jego radosne dźwięki “Player Piano Study No. 7″, szalone skoki po klawiaturze w wykonaniu Johna Constable’a, który grał też utwory z repertuaru Johna Cage’a, na zmodyfikowanym w tym celu fortepianie, który brzmiał a to jak pozytywka, a to jak dziwne brzęczydełko. Klarnecista Mark van de Viel zagrał “New York Counterpoint” Steve’a Reicha, zapętlając dźwięki na taśmie – w typowy dla tego kompozytora meandrujący krajobraz. Całość zwieńczyło “Chamber Concerto” Gyorgy’ego Ligetiego, odznaczając się od pozostałych kompozycji tego wieczoru spadkiem energii – takie wyciszenie na finał, utwór, w którym gdzieniegdzie coś pobrzmiewa.

W międzyczasie pojawili się Boards of Canada – jak wiemy raczej nie sposób usłyszeć na żywo ich muzyki w ich własnym wykonaniu, dlatego miło, że zabrała się za to Sinfonietta. “Pete Standing Alone” z wizualizacjami przedstawiającym ciepłe ujęcia promieni słonecznych wprowadzało w marzycielski nastrój. Instrumenty smyczkowe i świetna partia dętych plus fortepian i instrumenty perkusyjne wspaniale poradziły sobie z tym kawałkiem migotliwej elektroniki. Bladziej wypadł Squarepusher – “Port Rhombus” zdecydowanie stracił na przełożeniu na instrumenty, nie lepiej było z “The Tide”. Całkiem ładnie za to londyńczycy poradzili sobie z Aphex Twinem i jego “afx237 v.7″.

Niczego nie trzeba było za to przekładać w olśniewającym “Nunu” Miry Calix – do dziś pamiętam ciarki, kiedy po raz pierwszy usłyszałam ten utwór w Radiofonii (za czasów, gdy było to radio studenckie, a nie kradzieje z RMFu). To było nagranie z Barbican, a w piątek usłyszeliśmy kompozycję na żywo, łącznie z, jak można było potem doczytać w materiałach prasowych, partią świerszczy, które cykały z akwarium ustawionego za sceną. Do tego szczypta elektroniki i delikatne partie smyczkowe – czysta magia.

Przez cały koncert na ekranie wyświetlano też świetne wizualizacje kilku artystów, wspaniale dopasowane do dźwięków, a w przerwie obejrzeliśmy kilka teledysków – Chrisa Cunninghama dla Aphexa Twina i Squarepushera, “Gantz Graf” Autechre z video Alexa Rutteforda czy “Dayvan Cowboy” Boards of Canada z teledyskiem w reżyserii Melissy Olson. Zwłaszcza reakcja na Autechre była ciekawa – część publiczności wyszła zatykając uszy, a część nagrodziła teledysk entuzjastyczną owacją.

A w sobotę finał – czyli dzikie harce w Hotelu Forum. Wieczór był arcyklimatyczny, bo Kraków utonął we mgle. Hotel Forum jest w sam sobie niesamowitym miejscem, a oświetlony a la Sacrum Profanum (dałabym medal) zmienił się w scenerię psychodelicznego filmu. Szkoda, że Mira Calix, która zaczęła zabawę o 21:00 grała w Forum Przestrzenie, gdzie nie było słychać nic oprócz gadających ludzi. Zaczęłam więc ostatecznie od Battles. Występ rozczarował – chociaż fajnie, że panowie zagrali zupełnie nowe kompozycje (powiedzieli, że słyszymy ten materiał jako pierwsi) jednak ich transowe podbudowy nie dochodziły do satysfakcjonujących finałów, a występ okazał się o wiele mniej energetyczny i porywający od tego na Offie parę lat temu.

Szkoda, że występy się pokrywały, bo nie zobaczyłam ani kawałeczka Plaid, choć bardzo ich lubię. Wolałam czwarty raz zachwycać się Autechre, którzy po staremu w zupełnej ciemności zmuszali do przyglądania się dźwiękom. Dźwiękom ze wszystkich światów i rejonów, ze wszystkich sfer hałasu, basom wyrywającym z butów, małym kosmosom pełnym chaosu, warstwom, które nie pozwalają się złapać, szmerom, wibracjom, łupaniom i chrzęszczeniom w tanecznych rytmach, w rytmach połamanych i w rytmach pogubionych. Klasa.

Tak samo zrezygnowałam z poznawania Patten na rzecz bliższej znajomości z Darkstar, co okazało się trafnym wyborem, bo występ ten podobał mi się najbardziej tego dnia (zaraz po Autechre oczywiście). Przewrotne kompozycje, w których niosące i taneczne rytmy sąsiadowały z melodyjkami a la gameboy i basami zahaczającym o dubstep. To wolniej, to szybciej, to lekko, to intensywnie, bardzo udana żonglerka dźwiękami.

Bibio przegrał z LFO i tu już zaczną się narzekania na stronę organizacyjną. Jakkolwiek kocham Hotel Forum i zachwyca mnie jego postpeerelowski klimat, tak w sobotę panowała w nim duchota zupełnie nie do zniesienia. Przydałaby się jakaś klima, a jak nie – to szukamy innego miejsca, bo tam wytrzymać nie sposób przy tej liczbie roztańczonych osób. Wracając do LFO – standardowo czyste szaleństwo, łącznie z obłędnie kolorowymi wizualizacjami, czyli dźwięki połamane na maksa, szaleńcze rytmy i nawet trochę łupanki. Też na pięć.

Na koniec – Hudson Mohawke. Całkiem fajnie tam sobie pan miksował, skreczowanie imponujące, trochę się uśmiałam z przeróbek piosenek popularnych i zabawy wokalistkami, ale puszczania rapsów z taśmy nigdy nie będę popierać. Załatw pan sobie rapera na scenę, a nie go będziesz z winampa zapodawał.

Ogarniamy się powoli

Muzycznie uczta przygotowana przez Filipa Berkowicza była jak zwykle pyszna – miksowanie sacrum z profanum wychodzi festiwalowi zdecydowanie na dobre, biorąc pod uwagę liczbę osób. Minęły te dni kiedy na koncerty w tygodniu przychodziła garść snobów zasypiająca na koncertach (i paru zapaleńców, vide pisząca). Teraz widzowie przychodzą tłumnie. W związku z czym warto by:

1. Pomyśleć o innym miejscu niż Teatr Łaźnia Nowa. Krzesła na jednym poziomie znacznie utrudniają odbiór, bo jednak o wiele fajniej jest widzieć to, co się słyszy, kiedy mamy aż tyle instrumentów do gapienia się. Nie proponuję telebimów, bo ludzie już po prostu się nie mieszczą – przed piątkowym koncertem dostaliśmy informację, że prasa nie ma zapewnionych miejsc siedzących. Pal licho miejsca siedzące, ale dziennikarzowi zawsze przyda się widzieć scenę, jeśli ma to potem opisać.

2. Czy wolontariusze sieją dezinformację specjalnie?… To taka strategia, żeby nie zabrakło miejsc w autobusie? Na szczęście każdy, kto zapytał pana z MPK stojącego przed Teatrem, albo wysłał wiadomość przez fanpage Sacrum Profanum, poznał tajemnicze miejsce odjazdu autobusu festiwalowego, czyli przystanek Os. Zielone, ale wolontariusze jak jeden mąż uparcie twierdzili, że odjeżdża on ze Struga. Polecam napisać to na stronie internetowej, żeby każdy miał dostęp do tej mistycznej wiedzy i mógł wrócić jak człowiek z tego końca świata, jakim jest Nowa Huta, zwłaszcza przy obecnym remoncie Placu Centralnego.

3. Wypadałoby jednak lepiej zredagować treści w książeczce festiwalowej. Trochę wstyd, kiedy się czyta na przykład, że Bryce Dessner to lider The National. A przecież w ogóle nie ma potrzeby przygotowywania takich minikatalogów – niech będą duże jak dawniej, plus małe ulotki z programem. Ja wiem, że była aplikacja i tak fajnie, nowocześnie, ale co ulotka, którą można wyciągnąć w każdej chwili z kieszeni, to nie rozładowujący się/zapychający smartfon.

Chyba tyle. Czyli nie dużo. Jest prawie idealnie! Do zobaczenia za rok, najlepszy festiwalu w Krakowie.

Katarzyna Borowiec




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.