Relacja z festiwalu Asymmetry
1-3.05.2015/Wrocław

Gitary i smutek.

Wrocławski festiwal odwiedziłam po raz pierwszy trzy lata temu. Od tamtej pory sporo się zmieniło – przede wszystkim miejsce: teraz wydarzenie odbyło się w klubie Firlej. Przestrzeń ta sprawdziła się znakomicie. Festiwal okazał się wydarzeniem bardzo kameralnym, co osobiście zawsze bardzo lubię – żadnego problemu z dostaniem się pod scenę, miły klimat; artyści pomykali sobie pomiędzy śmiertelnikami i można było ich zaczepiać do woli. Dodatkowo w mniejszej salce były wyświetlane filmy nieme (totalna klasyka – “Nosferatu”, “Golem”, “Metropolis”, “Gorączka złota”, “Aelita”…). Można było oglądać z muzyką na żywo, bo w tle słychać było aktualny koncert. Dzięki temu nawet metalowe koncerty dało się znieść (więcej o niechęci autora do tego gatunku przeczytasz poniżej). Wszystko działo się punktualnie i sprawnie, organizacyjnie piątka z plusem.

Metaluchy

Podstawową częścią festiwalu od lat niezmiennie są ciężkie brzmienia. W tym roku (porównywać będę cały czas do edycji z 2012) było ich jednak znacząco mniej. Osobiście ani tego nie lubię, ani się na tym nie znam, to znaczy mówimy tu o ciężkim brzmieniu w sensie metal i jego miliardy takich samych odmian, hardcore i tego typu atrakcje. Ciężki eksperymental akceptuję z pełnią miłości. Na Asymmetry 2015 natomiast z zespołów, o których tutaj nie przeczytacie pojawili się: Lo-Pan, Black Pyramid, Helms Alee oraz Torche. A, i jeszcze znajdujący się na granicy bycia interesującymi Japończycy z Zeni Geva. Wokalista duetu mówił “dzięki” niczym odwieczny polski obywatel, a ich napieprzanie momentami ocierało się o całkiem fajny noise. Jak widać, dużo tego nie było, więc dla tych zorientowanych bardziej na odkrywanie ciekawych wykonawców z innych nurtów – idealnie.

Szkoda, że nie pojawili się Anaal Nathrakh, ponieważ w książeczce festiwalowej zapowiedziano, że zasieją oni w mojej duszy lęk i bardzo mnie to zaintrygowało. (Z góry przepraszam, ale estetyka metalowa jest dla mnie nieustannym źródłem radości). Ponoć zespół dosyć często odwołuje koncerty, tym razem pojawił się problem wizowy, a organizatorzy zadbali o stosowne poinformowanie publiczności o zaistniałych zmianach i lekko przeorganizowali plan czasowy koncertów. Obiecali też, że fani siewców smutku będą mogli zobaczyć ich przy innej okazji z wstępem za okazaniem biletów z Asymmetry.

Cała reszta

Cała reszta pojawia się po odjęciu: metalu, post rocka oraz dark folków. Jest to też tylko kilka zespołów, ale sprawiają one, że na Asymmetry pojawia się całkiem różnorodna mieszanka, co zawsze jest ciekawsze niż skupianie się na jednym gatunku i okolicach. Zwłaszcza pierwszego dnia programowo na festiwalu był taki trochę misz-masz wszystkiego. Jak pierwszy wystąpił estoński zespół Sybil Vane. Bardzo fajnie, że na polskim festiwalu pojawia się coś takiego jak estoński zespół, wygrzebany trochę nie wiadomo skąd. Niby nie wybitny i porażający i pewnie można było znaleźć takich kilka kilogramów u każdego z naszych bliższych i dalszych sąsiadów, ale mimo wszystko, kiedy ostatnio widzieliście estoński zespół? No więc zawsze fajnie. Jest to bardzo przyjemne rockowe granie z panią na wokalu. Brzmi sporo lepiej na żywo niż na nagraniach.

Później pojawił się zespół Fenster i tutaj już niestety było o wiele mniej optymistycznie. Młodzi chłopcy z wąsami, czyli stylówa a la Zenek z lat 70. w Polsce, trzech Zenków i pani z pięknym brokatem na oczach. Brokat to bodajże jedyna interesująca rzecz w przypadku tej niemieckiej formacji. Zestaw muzyczny – gitara, bas, perkusja i klawisze – służył im do produkowania zupełnie niezbornych dźwięków gdzieś obok psychodelicznego folku a la Tame Impala czy Unknown Mortal Orchestra, całość jednak była zupełnie nijaka, nic się nie kleiło za bardzo, wszystko brzmiało wtórnie i bezdusznie. Jakbyśmy się znaleźli na koncercie kolegów z liceum, którzy bardzo chcą, ale wychodzi im jak zawsze.

Po nich na scenę wkroczyli Esben and the Witch. Zespół odkąd ostatnio ich widziałam (Soundrive 2013) podszlifował swoje granie. Pojawiły się nowe utwory, mocniejsze, w klimacie złych snów, całość jest bardzo przyjemna, z jednym mankamentem w postaci wokalu. Jednakowoż tutaj już mamy do czynienia z osobistym zboczeniem, po prostu nie jestem fanką wysokich damskich głosów. Obiektywnie Rachel śpiewa bardzo dobrze, ma silny, ciekawy głos.

Elektronikę w asymetrycznym kotle inspiracji reprezentował przede wszystkim Fennesz. To już prawie żywa legenda i jego malownicze pejzaże tworzone przy pomocy komputera i gitary były zupełnie czarujące. Charakterystyczne poszumy, lekki noise, magiczna przestrzeń. Bardzo dobry występ, który zmęczonemu słuchaczowi otwierał przestrzeń niezwykłych snów.

Był też Petrels, którego znałam jako “takie przyjemne ambienty” a okazało się, że na scenę wskoczyli nie tylko dwaj panowie bawiący się elektroniką, ale dołączyli do nich jeszcze dwaj gitarzyści i dwa zestawy perkusyjne. I mieliśmy, za przeproszeniem, pierdolnięcie. Bardzo energetyczny występ w niedzielę na zamknięcie festiwalu. Krótki, dla festiwalowych niedobitków, ale ciekawy, zwłaszcza poprzez dodatkowe bębny.

Post-rocki

Drugą integralną częścią Asymmetry obok metalu jest post rock. I to już jest piękne. Koncerty post rockowe to moje ulubione koncerty – nawet przeciętny post rockowy zespół, którego płyt słuchać nie będę, bo po co, na koncertach zazwyczaj wypada przepięknie, ze względu na dużo ilość gitarowego grania w moim ulubionym rodzaju. Pierwsza z takich atrakcji pojawiła się już w piątek. Na zakończenie pierwszego dnia wystąpił belgijski zespół We Stood Like Kings. Panowie ponoć zasłynęli robieniem podkładów do filmów niemych i na wrocławskim festiwalu również zagrali z “Berlinem: Symfonią wielkiego miasta” w tle. Po co im ten Rutmann za plecami, nie pomnę, bo i ze względów aranżacyjnych nie miało to sensu (wciepywanie przepięknego filmu na ścianę za muzykami to jest taki średni pomysł), jak i sama muzyka zgrywała się zdziełem filmowym różnie i doskonale poradziłaby sobie bez takich wizualizacji. Ale nic to; samo granie było bardzo przyjemne, pełne meandrujących, to żywych, to pełnych smutku, to nieco podniosłych dźwięków.

Najbardziej post-rockowym dniem była jednak niedziela. Zaczęliśmy od ukraińskiego Sleeping Bear i to jest prawdopodobnie (jeszcze nie miałam okazji słuchać wersji studyjnych) case zespołu, który wychodzi na żywo fajnie, bo jest post-rockiem. Wydanie klasyczne: miękkie, otulające dźwięki, gitarowe krajobrazy, głośno, barwnie, przyjemnie.

Później wystąpili The Ocean. Z definicji progresywny metal, a więc coś, czym niżej podpisana wzgardziłaby zdecydowanie, z praktyki – raczej postmetal, a nawet właśnie po prostu nieco cięższy post-rock. Tak jest przynajmniej na ostatniej płycie, “Pelegial” z 2013 roku, która dostępna jest w dwóch wersjach – z darciem ryja i bez. To znaczy z wokalem i instrumentalnej. Wokal jest typowo metalowy, czyli generalnie krzyki. Instrumentale są boskie – i to właśnie panowie zagrali we Wrocławiu: całą ostatnią płytę, z wizualizacjami w tematyce akwatycznej. Perksuja plus bohaterskie trio gitarzystów z basistą pośrodku tworzyli przepiękne muzyczne wizje, choć i tutaj odnoszę nieodparte wrażenie, że magia występu na żywo sporo materiałowi bazowemu pomogła. W przepięknej oprawie wizualnej (ile się da zrobić tylko kolorkami i dymem!) panowie gięli się wśród uderzeń dźwięków. Były delikatne wstępy i kanonady mocnych riffów, momenty oddechu i galopady. Bardzo do usłyszenia na własne uszy w sali koncertowej. Z płyty – niekoniecznie.

No i absolutny headliner, czyli Russian Circles. Panowie się nieco spóźnili, nie grali dłużej niż reszta, przez co pojawiło się wiele głosów narzekających. Niedosyt był uprawomocniony, bo koncert nie zawiódł oczekiwań. Tym razem tylko trio – perkusja, bas i gitara. Pan na basie wyprawiał cuda, ale schodził nieco na drugi plan przy Mike’u Sullivanie, który jest absolutnym wirtuozem gitary. Pomagał sobie nieco sekwencerem i wspólnie tworzyli niezwykle, precyzyjnie wydziergane muzyczne linie. Obserwowanie pracy jego rąk napawało podziwem i nawet lekkim niepokojem. Grał na milion sposobów, łącznie z szybkim przyciskaniem strun prawie jakby były guzikami.

Smutni panowie

Na koniec – część najpyszniejsza, czyli dark folkowe odkrycia i największa gwiazda tego festiwalu.

Pierwszym czarodziejem, który pojawił się na scenie Firleja, był Troy Mighty, czyli Dead Western. Pan wyciągnięty prosto z “Zabójstwa Jesse’go Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda”, czyli stylówka idealnie elegancko westernowa. Wokalista i gitara elektroakustyczna. Nie przywiózł ze sobą zespołu i to lepiej – jego kompozycje brzmiały magicznie i intrygująco. Z dodatkowymi instrumentami też są fajne, ale brakuje tej aury niezwykłości. Dodatkowo wizja robi swoje – pan wykonuje rzecz prostą, a dającą wrażenie niesamowite: podnosi głowę wysoko i patrzy na publiczność bardzo szeroko otwartymi oczami, wykrzywiając się śpiewając. Brzmi dziwnie? A jak wygląda! Piosenki pełne są smutku, śpiewane głosem głębokim, wciągającym w mroczne opowieści. Kolejny artysta, którego bardzo warto zobaczyć na żywo.

Drugiego dnia wystąpił King Dude. Kolejny pan, który nie wziął zespołu w trasę. I też wyszło mu to na dobre. Operuje głosem równie głębokim jak Mighty, choć estetyka jest już zupełnie różna. W tle postawił sobie świeczuszki i bluźnierczą flagę, ubrał się na czarno i śpiewał… coś w rodzaju satanistycznego folku. Nazywają to dark folkiem albo gothic country, w praktyce sprowadza się do ballad i dosyć skocznych piosenek, które w tekstach mają pełno Lucyfera. Było wspólne śpiewanie, artystę bardzo wzruszyło to, że ma fanów w Polsce, gdzie występował po raz pierwszy. Upił się przy tym, co nam wyznał, i co stawało się coraz bardziej widoczne. Jednak timing był idealny – ostatnia piosenka została wykonana nadal perfekcyjnie, choć w przerwach Dude robił rzeczywiście wrażenie, że za chwilę może przestać być w stanie grać i śpiewać. A grał na gitarze i na klawiszach, swoje mroczne piosenki. Cieszył się publicznością, by za chwilę stwierdzić: Dosyć tej pozytywności! Teraz zagram depresyjny kawałek.

Ale prawdziwy Król Smutku jest tylko jeden. Matt Elliott nie jest typem showmana – i bardzo dobrze. To nie jest koncert, na którym rytmiczne oklaski czy wspólne śpiewy mogłyby się sprawdzić. Jest wiele powodów, dla których ludzie grają muzykę, grają ją z mnóstwa złych powodów ­- mówił King Dude – ja gram, bo muzyka transcenduje, przenosi w zupełnie inne miejsca. A potem wyszedł Matt Elliott i udowodnił, że to prawda. Kiedy słuchasz Matta to nie ma cię w sali koncertowej, nie ma cię we Wrocławiu czy jakimkolwiek innym mieście. Nie ma wokół ciebie tych wszystkich ludzi, którzy słuchają, albo nie słuchają, śmieją się, śpią, zamknięci na dziejącą się wokół nich magię. Jesteś tylko ty i Muzyka. Ty i dwie ręce, które robią cuda na gitarze. Palce, z których każdy wygrywa osobną partię. Głos wydobywany z samego dna duszy albo przepony, szczegóły nie są ważne, który otwiera przed tobą królestwo emocji. Jesteś tam, gdzie ta muzyka przenosi akurat ciebie – dla każdego jego własne cierpienie. Przy tym Matt jest absolutnie urzekający – gdy po krótkim wstępie zaczął grać, rozległy się oklaski, na co przerwał i stwierdził nie nie, nie róbcie tego, przecież nie wiecie, może będzie beznadziejnie? A było genialnie. Elliott to absolutny czarodziej gitary i widać było, że na scenie daje z siebie wszystko. Zaczął od “Right to Cry” z najnowszego albumu, którą podsumował: Hm, siedemnastominutowy kawałek na początek koncertu… ale już jestem spokojny. Usłyszeliśmy też “Zugzwang” z przejmującym wołaniem Go run go ringh the fucking bells, a ze starszych kompozycji – “Kursk” z “Drinking Songs” i “Dust Flesh and Bones” z płyty “Broken Man”. Był też przejmujący cover “I Put a Spell on You”. Na scenie był tylko Matt, ale przy pomocy sekwencera wyczarował sobie cały chór Mattów, dając wrażenie, jakby stała za nim armia. Zapętlał też partie gitary, dzięki czemu tworzył bardzo bogate, nawarstwione kompozycje. Grał też na flecie i gwizdał. To był taki koncert, na który naprawdę brakuje mi słów i na pewno zaliczę go do najpiękniejszych, jakie widziałam kiedykolwiek. Oby jeszcze do nas wracał.

Katarzyna Borowiec




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.