11.09.2014 19:00

Autor: Michał Stępniak

Relacja z Berlin Festival 2014

Kategorie: Czytelnia, Relacje z festiwali

Wykonawcy: | | | | | | | | | | | |


Relacja z Berlin Festival 2014
Berlin/5-7.09.2014

Jak popsuć fajny festiwal.

Line-up w tym roku jest przygnębiający”- z taką opinią można było spotkać się wielokrotnie, obserwując dyskusję na temat Berlin Festiwal 2014. Organizatorzy nie poinformowali wprost o przyczynach diametralnej zmiany formuły, ale można domniemywać, że chodziło o pieniądze, bo wszystkie wzmianki o potrzebie spróbowania “czegoś nowego” czy o “48-godzinnej imprezie” raczej nie przekonywały. Editors i Moderat największą czcionką na plakacie zamiast Blur i Björk czy Franz Ferdinand i The Killers? Różnica znacząca. Na trzy tygodnie przed rozpoczęciem festiwalu poinformowano dodatkowo o zmianie miejsca. Zamiast klimatycznego lotniska Tempelhof nieco mniej klimatyczna Berlin Arena. Wydawało się, że wszystko było jednak do uratowania. Line-up, gdyby przymknąć nieco oko na to jak wyglądał w ostatnich latach, zapowiadał się nie najgorzej. Mogły też w końcu pojawić się jakieś pozytywy, które nie byłyby w stanie zmienić entuzjastycznej opinii o wydarzeniu. Niestety, nie udało się. Berlin Festival 2014 zawiódł. Przede wszystkim pod względem organizacyjnym, ale i muzycznie również było dość przeciętnie – w zasadzie bez większych wzruszeń czy napadów gęsiej skórki.

Wszystkich zaplanowanych koncertów obejrzeć nie zdołałem i po raz pierwszy wina nie leżała po stronie rozkładu jazdy, potrzeb organizmu, rozmaitych słabości, ale po stronie tego, że organizatorzy najwyraźniej postanowili sprawdzić cierpliwość publiczności, możliwości samego terenu czy za wszelką cenę chcieli pobić rekordy frekwencyjne (zwłaszcza drugiego dnia festiwalu). W rezultacie doszło do wielu absurdalnych scen. Przesuwanie w powolnym tempie, w gigantycznym tłumie jestem w stanie zrozumieć i nawet zaakceptować, ale stanie w kolejce po trzydzieści minut po to, by obejrzeć koncert? Oj, nie. Były jednak i bardziej gorszące zdarzenia, jak np. zamykanie wejścia na główną scenę w obawie, że zbyt duża liczba osób zapragnie schować się pod dachem przed rozpoczynającą się ulewą. Rozwiązanie dość absurdalne czy wręcz chamskie. Wiem, że chodziło o kwestie bezpieczeństwa, ale może trzeba było pomyśleć o tym wcześniej. Dobrze, ze ktoś wpadł w pewnym momencie na pomysł, by jednak zatrzymać sprzedaż karnetów i ogłosić wyprzedanie festiwalu, bo o tragedię było dość łatwo. W rezultacie wpadek organizacyjnych, machnąłem ręką na kilka koncertów, bo i pewności, że się na nie dostanę w zasadzie nie było żadnych (panowie wpuszczający sami zresztą przyznawali, że nie wiedzą, czy są takie szanse). Dodatkowo niejednokrotnie trzeba było stawić czoła nieco nerwowym sytuacjom, bo też osoby obsługujące festiwal nie stanęły na wysokości zadania i swoim nastawieniem stanowiły przeciwieństwo tego, co dało się zaobserwować w ostatnich latach.

Nie jestem też do końca w stanie zrozumieć, czemu poprzedzający Berlin Festiwal maraton koncertów First We Take Berlin zaplanowano w dość idiotyczny sposób. W ubiegłym roku impreza stanowiła niejako “rozgrzewkę” przed meritum i odbywała się w środę oraz czwartek w różnych berlińskich klubach. W tym roku zdecydowano się na kuriozalny pomysł przeprowadzenia jej w czwartek i piątek (koncerty na Berlin Festival rozpoczynały się tego drugiego dnia po 22), co w zasadzie w skuteczny sposób uniemożliwiło obejrzenie wielu artystów. Poziom tej rozgrzewki również znacznie się różnił od tego, co zaprezentowano rok temu. W konsekwencji w zasadzie spodobał mi się tylko koncert Blaenavon. Panowie, a raczej chłopcy, pokazali taki potencjał, jakiego dawno nie doświadczyłem. Zauważalne są wpływy Wild Beasts czy The Maccabees, ale w żaden sposób nie można ich nazwać naśladowcami. Poza tym, dysponują taką energią sceniczną jak oba zespoły razem wzięte. Trzydzieści minut z Blaenavon to stanowczo za mało, ale występy dziwacznych niemieckich zespołów udających Fleet Foxes czy nieumiejętnie bawiących się elektroniką, zostały wynagrodzone.

Sam festiwal rozpoczął się od niezwykle mocnego uderzenia i jednego z najlepszych koncertów. Oto bowiem Austra coraz lepiej sprawdza się na żywo. Katie Stelmanis, obok doskonałego głosu, najwyraźniej pokonała wstyd i na scenie wyczyniała znacznie większe cuda niż np. na Off Festiwalu rok temu. Zdecydowanie bardziej drapieżna czy seksowna nieco zepchnęła na dalszy plan tańce klawiszowca Ryana Wonsiaka. Na drugim biegunie znajdował się koncert Darkside, który w zasadzie niczym nie różnił się od występu na Open’erze. W ten sposób koniec żywota duetu jakoś mnie bardzo nie boli i nie dziwię się zupełnie, że prawdopodobnie taka strategia koncertowania im się nieco znudziła. Mnie po dwóch występach również. Ileż razy można bowiem patrzeć na publiczność, która ożywia się w podobnym momencie, w chwili, gdy wzmocniony zostaje nieco bit i tym samym impreza nieco się rozkręca. Niewiele pozytywnego da się powiedzieć także o występie Todda Terje, bo zaproponował on w zasadzie jeden utwór trwający niecałą godzinę, a i sam przy tym bawił się jakoś niespecjalnie. Po jego koncercie ze sceny wybrzmiał puszczony z taśmy utwór Meat Loafa “I’d Do Antything For Love” chóralnie wyśpiewany przez Berlińczyków i był to znak do tego, by o 3 w nocy jak najszybciej stąd uciekać.

Drugi dzień sprowadził do Arena Berlin największą rzeszę ludzi, choć patrząc na line-up  mogło się to wydawać nieco dziwne. Kolejne zaskoczenie, które miało przytoczone już przykre konsekwencje. Ze wszystkich występów tego dnia na uwagę zasługują szczególnie dwa. Rustie zaprosił do zabawy licznie zgromadzony tłum w sali, w której doświadczyć można było minimalnej ilości powietrza. Początkowo w zasadzie niewiele osób postanowiło pozostać w pozycji stojącej. Cieszyli się więc miłośnicy elektroniki i ci, którzy mogą pomachać sobie rękoma w rytm hip – hopu. Niestety, w pewnym momencie koncert zaczął trochę nudzić i potwierdziła się moja teza, że występy tego typu wykonawców powinny trwać maksymalnie 50 minut, a nie ponad 90, czego dowodem stopniowo pustoszejąca sala. Zdecydowanie za krótki był natomiast występ Bombay Bicycle Club. Być może faktycznie za mało dzieje się w ich piosenkach, setlista niezbyt eksponowała lepsze piosenki i dodatkowo zauważalna była pewna nieśmiałość na scenie, ale i tak widać po nich było, że obrali dobrą ścieżkę i tkwi w nich potencjał, który za chwilę może wybuchnąć. Nieco żenujący był natomiast występ Zoot Woman. Te utwory wydawały się stanowczo zbyt archaiczne, nie pasujące do rozochoconej publiczności i tym samym nie mogły wywołać większego entuzjazmu. Jeszcze gorsze rzeczy działy się jednak wcześniej. Zespół Editors chyba naprawdę powinien sobie odpocząć od muzyki na jakiś czas. Nowe utwory w zasadzie nie nadają się do słuchania, co staje się zauważalne zwłaszcza w momentach, gdy panowie sięgają po materiał z pierwszej czy drugiej płyty (co czynią stanowczo zbyt rzadko). Wystarczyło więc zaobserwować, jak reagowała publika na takie piosenki jak “The Racing Rats” czy “Munich”, a jak na tak żenujące utwory jak “A Ton of Love” (powtarzane milion razy słowo “desire” może posłużyć jako skuteczna tortura). Zachowanie wokalisty i jego pozy od początku raziły mnie swoją sztucznością, ale teraz to już doprawdy parodia.

Z nieco większą dawką pozytywów miałem do czynienia trzeciego dnia. Koncert Warpaint niczym wprawdzie nie zaskoczył, ale jakoś przyjemnie się tego słucha i ogląda, co jednak nie zmienia faktu, że w przypadku tego zespołu wydaje się, że piosenki z drugiego albumu jakoś niespecjalnie zostały przygotowane do koncertów. Jessie Ware była zdecydowanie częściej urocza niż nudna. Ze sceny chwaliła się swoim zamążpójściem, w dość ujmujący sposób dziękowała za brawa, ale w tym wszystkim nie mogę nie wspomnieć, że nowe piosenki raczej nie zaskakują zbyt pozytywnie i trudno spodziewać się czegoś tak udanego jak debiut. W wersjach koncertowych przydałoby się może też nieco więcej różnorodności. O występie Mykkiego Blanco nie będę wspominał, bo trwał on chyba 15 minut i chyba najzwyczajniej mu się nie chciało i mi o nim pisać w ten sposób też nie. Na zakończenie festiwalu zaprezentowały się najjaśniejsze punkty (obok Austry). Pierwszym z nich był Moderat. Być może faktycznie za mało tutaj tworzenia, a więcej odtwarzania, ale panowie wiedzą jak zachęcić to tańca. Dodatkowo tworzą klimat niepowtarzalny i trzeba dużo złej woli, by mu nie ulec. Magia znów była w powietrzu. Wszystkie elementy tej muzycznej układanki ze sobą współgrały, a “Bad Kingdom” wywołało wręcz trzęsienie ziemi. Doskonałym pomysłem był także finał w postaci występu Trentemollera z zespołem. Dziesięć utworów, od początku do końca niesamowicie energetycznych. Pan chodzący między publicznością zachęcający do kupna “ecstasy” nie miał zbyt wielu klientów, bo i narkotyki były zbędne, a “Moan” z motywem z “Lullaby” The Cure to chyba najlepszy moment Berlin Festival 2014.

Po raz pierwszy w życiu rozstaniu z terenem festiwalu nie towarzyszyło mi gwałtowne i obezwładniające poczucie smutku, mieszającego się z postępującą tęsknotą. Wydawało mi się, że początek września jeszcze przez kilka lat będzie dla mnie oznaczał wyprawę do stolicy Niemiec, ale teraz mam wątpliwości, czy nie nastąpią w tej kwestii radykalne zmiany. Szkoda. Być może Berlin Festival w takiej formule mógłby się sprawdzić, gdyby nieco bardziej zadbano o kwestie organizacyjne. Może odpowiednie wnioski zostaną wyciągnięte, ale coś mi się wydaję, że edycje z lat 2012 i 2013 na długo pozostaną niedoścignionym wzorem. Mimo wszystko, powrót do rzeczywistości i tak boli. Tylko jakoś mniej.

Michał Stępniak
fot. Stephan Flad




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.