08.09.2014 10:15

Autor: Ewelina

Relacja z 2. dnia Soundrive Fest

Kategorie: Czytelnia, Relacje z festiwali, Relacje z koncertów

Wykonawcy: | | | | | | |


Relacja z drugiego dnia Soundrive Fest
Gdańsk/05.09.2014

Objawienia, zaskoczenia i rozczarowania.

1. DZIEŃ
3. DZIEŃ

Dwie sceny, siedemnastu artystów – tak w skrócie opisać można pierwszy dzień festiwalu Soundrive Fest. Wydarzenie, mimo iż prawdopodobnie nie okazało się być wielkim sukcesem komercyjnym (w zasadzie to nawet takie nie miało być i cieszą się z tego zarówno organizatorzy, jak i my – fani muzyki mniej znanej), okazało się być niezwykłą gratką dla zagorzałych poszukiwaczy nowych muzycznych odkryć. Organizatorzy nie spoczęli na laurach i na pozostałe dni festiwalu zaplanowali występy mniej lub bardziej rozpoznawalnych zagranicznych artystów, wyznaczających swoją twórczością nowe trendy w muzyce alternatywnej. Drugi dzień to 8 zespołów i 8 różnych bajek.

Kolejny festiwalu rozpoczął się występem brytyjskiego tria Blaenavon, który już od pierwszych dźwięków stał się dla nas objawieniem tegorocznego Soundrive. Setlista zespołu obejmowała zarówno spokojne, melancholijne ballady, jak i ostre jak brzytwa kawałki. Na początku niemal każdego utworu można było stwierdzić, że jest to “rock do chillowania”, ale za każdym razem, kiedy taka myśl przemykała przez nasze głowy, nagle panowie dawali czadu! Rewelacyjny głos wokalisty, o wiele dojrzalszy niż wskazywałby na to wygląd, fenderowe brzmienie gitary, interesujące przejścia w obrębie utworu – czysta ekstaza. W trakcie występu zdarzały się i słabsze momenty, były i takie, w których dało się wyczuć analogiczne brzmienie do twórczości takich zespołów jak Coldplay czy The White Birch. Do najciekawszych epizodów należy zaliczyć intro wykonane w języku niemieckim oraz awarię strun. Ogromny plus za profesjonalizm zespołu, bowiem mimo braku zapasowej gitary ów incydent nie przeszkodził im w kontynuowaniu występu. To było objawienie tego wieczoru. Chętnie z miejsca kupiłybyśmy ich płytę (której niestety jeszcze nie wydali; na swoim koncie mają tylko EP-kę) i obwiesiły pokój ich plakatami (czy tak się jeszcze robi?).

Następy w kolejce był zespół Yuck, którego wystąpienie można by w zasadzie opisać angielskim słowem – no właśnie – yuck! Każdy następny kawałek nie różnił się wiele od poprzedniego, a niezmienne gitarowe bicie i typowe garage’owe granie – choć technicznie poprawne – szybko zaczęło nużyć. Yuck to zespół, który powinien grać na “promach” w amerykańskich liceach. Ich granie można określić jako idealne do romantycznych komedii młodzieżowych z lat 1998-2002. Jednostajność ich występu można porównać do sławnego filmiku z ddtvn z niejaką Patty.

Szczęśliwie na ratunek słuchaczom przyszedł fiński muzyk tworzący w nurcie synth-popu i elektroniki, Jaakko Eine Kalevi. Mimo, iż muzyka wykonywana przez skandynawskiego artystę nie do końca wpisywała się w nasze gusta musimy przyznać, że Kalevi dość ambitnie wziął się za tworzenie muzyki będącej mostem między latami 80-tymi a współczesnością. Czasami trochę Bee Gees, czasami Jarre, innym razem trochę jazzu (zasługa saksofonisty, który w pewnym momencie wspomagał artystę na scenie) – ten swoisty mix stylów okazał się być kluczem do sukcesu. Jaakko intrygował, choć nie zachwycał. Jednak był to jeden z bardziej pociesznych występów tego dnia, a i publiczność dopisała.

Równie pochlebnych opinii nie jesteśmy jednak w stanie wyrazić na temat Eagulls – przedstawiciela brytyjskiego post-punku, który gra dla zbuntowanych dzieciaków (tacy ‘hooligans’ z Leeds). Występ okazał się być klasyczną, nieco monotonną “rąbanką”. W granych przez zespół utworach zdarzały się co prawda dobrze zapowiadające się intra, jednakże ostatecznie przeistaczały się one w tą samą kakofonię dźwięków. Grupa grała mocno i energicznie, robiąc przy tym wiele hałasu, z którego niewiele wynikało, dlatego też fani bardziej ambitnych brzmień mogli wtedy udać się chociażby do strefy gastronomicznej lub re:laksu (tym razem klub “zainwestował” w siedziska z trójmiejskiej SKM-ki, co tylko dodało klimatowi całemu wydarzeniu).

O 22:00 swój występ na małej scenie rozpoczął Fiction, również wywodząca się z Wielkiej Brytanii grupa łącząca muzykę indie-rockową z elektroniką. Biorąc pod uwagę ilość instrumentów na scenie zespół nie wykazał się szczególną różnorodnością brzmień, jednakże interesująco brzmiący duet wokalny zrekompensował słuchaczom pewien niedosyt dźwięków. W programie można było wyczytać, że zespół grywał przed Metronomy i Everything Everything – to by się zgadzało, klimat podobny, instrumenty również. Po 20 minutach panowie nieco się rozkręcili i dali naprawdę fajny koncert.

Kiedy Fiction jeszcze grali, na scenie obok zaczął się koncert Baths. Szczerze mówiąc, miał to być ten moment, kiedy potwierdza się teoria, że “muzyka z laptopa” brzmi na żywo miernie, a i że publiczności nie da się tym rozerwać. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy Will Wiesenfeld wraz z panem wspomagającym (say hi to Morgan!) dali niezłe show na dwa laptopy i keyboard. Większość utworów została przearanżowana, a Will popisywał się swoim głosem. W głowach publiczności mogły kłębić się myśli “co ten koleś robi ze swoim głosem?”, “jak on to robi?”, “czy śpiewał kiedyś w chórze?”. Jednak odpowiedzi na te pytania nie są zbyt istotne. Baths na scenie jest zwierzęciem, które przekazuje wszystkim swoją energię, jest schizofrenikiem, który co chwilę wkracza na inną ścieżkę muzyczną, jest dzieckiem, które bawi się tym, co robi. Rave, synth, industrial, piano, krzyki, rave, rave, rave… – tego nie znajdziecie na jego płytach, to trzeba przeżyć. Niepodrabialne show.

Niemałym zaskoczeniem okazał się być duet Slaves, bowiem osiągnął coś co wydawało się dotąd niemożliwe – pokazali, że z punk rocka można wycisnąć trochę więcej, niż zestaw powielających się utworów. Panowie z niesamowitą energią miotali się po scenie, to energicznie uderzając w bębny, to zdzierając gardła – niezbity dowód na to, iż nawet we dwie osoby można narobić sporo niezłego, punkowego hałasu.

Niebywałą energię dało się też odczuć podczas koncertu kanadyjskiego Unknown Mortal Orchestra, który to zespół organizatorzy zostawili publiczności na deser. Ciekawostkę może stanowić fakt, iż wszyscy członkowie grupy, łącznie z perkusistą, udzielali się wokalnie w tym samym czasie, uzyskując interesujący efekt nawarstwienia głosów. Pozytywne, skoczne rytmy, przeplatane niemalże pozytywkowymi brzmieniami i licznymi ozdobnikami z pewnością pozostawiły publiczność w doskonałych humorach i nastroiły optymistycznie na trzeci, ostatni dzień festiwalu.

1. DZIEŃ
3. DZIEŃ

Dorota Szubska
Ewelina Malinowska
fot. Daga Och / Konkubinat Kultury




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.