14.02.2013 11:00

Autor: Katarzyna Borowiec

Przybędzie z ogniem i rewolucją – wywiad z Patrickiem Wolfem

Kategorie: Czytelnia, Wywiady

Wykonawcy:


Przybędzie z ogniem i rewolucją – wywiad z Patrickiem Wolfem

O najnowszej płycie, trasie koncertowej, marcowym przyjeździe do Warszawy, miłości do rosyjskich fanów, pułapkach przemysłu muzycznego, sekretach, złodziejach, malarzach i Dylanie.

Katarzyna Borowiec: Wszystkiego najlepszego z okazji Lupercaliów, które zaczynają się dziś, niech złe duchy omijają twoje domostwo i obyś był zawsze zdrowy!

Patrick Wolf: Dziękuję bardzo, prawie zapomniałem!

Grasz dzisiaj w Southampton, prawda? Jak ci idzie granie “Sundark & Riverlight”?

Nie chodzi tylko o “Sundark & Riverlight”, ale raczej o przeniesienie estetyki tego albumu i dostosowanie jej do całej mojej twórczości, wszystkich stu jeden piosenek. Setlista zmienia się za każdym razem, na przykład dzisiaj jestem nad morzem, jest bardzo bardzo bardzo zimno i pada deszcz, pogoda bardzo na mnie wpływa, to, jak mija mi dzień, czy dobrze spałem poprzedniej nocy – to wszystko wpływa na setlistę, wychodzę na scenę jako szczery piosenkarz i wykonawca, żeby ludzie nie widzieli kogoś sztucznego, z przylepionym uśmiechem. Ludzie mogą mnie zawołać, zadać jakieś pytania, mogę czytać poezję, rozmawiać z publicznością, zaśpiewać, co tylko będą chcieli, gram covery, to się zmienia za każdym razem, w zależności od miasta, pory dnia i tak dalej.

Mówiłeś, że na tej trasie efekty wizualne grają drugorzędną rolę. Kieran Hebden powiedział kiedyś – bardzo lubię ten cytat – że w dzisiejszych czasach wykonawcy dostali multimedialnego pierdolca* na punkcie wizualizacji, przez co ludzie nie wiedzą co robić i bez sensu gapią się w ekran, podczas gdy on przychodzi na koncert zobaczyć muzyków i chce widzieć ogień w ich oczach, a nie maszynę dymną na scenie. Wygląda na to, że przy okazji tej trasy zobaczymy w twoich oczach dużo ognia?

Zawsze przynoszę ogień w swoich oczach, gdy jadę do Polski czy Rosji, relacja z tą publicznością wzrusza mnie do łez, jest bardzo głęboka, związana z politycznymi zmianami przez ostatnich dziesięć lat, to wielka, bezwarunkowa miłość. Nie wiem, jak to wytłumaczyć, może ma to związek z moją skrzypaczką Wiktorią, ona jest Rosjanką, dzięki niej wiem dużo o rosyjskiej polityce. Zawsze przywożę tam pasję [ogień to metafora, wiecie - K.B.] , a teraz jest bardziej osobiście, bo nie ma podkładów ani nic w tym stylu, czegoś, na czym można by się oprzeć, muszę cały czas działać, jestem zdany na siebie i swój głos. To dwie godziny nieustannego ruszania rękami, w sumie jak układ taneczny z instrumentem.

Słyszałam, że chcesz być jak Bob Dylan, mam nadzieję, że nie w stosunku do dziennikarzy… Kiedyś skarżyłeś się, że wywiady to gwiazdorzenie, ale z drugiej strony mówisz, że najlepszą strategią jest szczerość. W przeciwieństwie do Dylana raczej nie ukrywasz szczegółów ze swojego prywatnego życia, czy są one istotne dla zrozumienia twojej twórczości? Twoje piosenki są w końcu bardzo osobiste.

To ważne, żeby zrozumieć, że nie jestem artystą żyjącym w latach sześćdziesiątych, kiedy można było wytworzyć o wiele więcej tajemniczej atmosfery wokół siebie. Nie było internetu, media nie lustrowały ludzi tak bardzo; żyjemy w erze reality tv i ciągłych wyznań celebrytów. Wcześniej było łatwiej wytworzyć sobie pewnego rodzaju alter ego, ale nie sądzę… Cóż, świetnie, jeśli się potrafi to zrobić, ale teraz żyjemy w innych czasach i ludzie chcą się łączyć nawet z celebrytami na bardziej realnym poziomie. Chcą wiedzieć, jaki noszą makijaż, jakie buty, czy mieli jakieś operacje plastyczne, z kim się umawiają i niestety… Niestety, albo z dobrych powodów, muzycy też znajdują się w tej kategorii [celebrytów] i kiedy byłem młody zrozumiałem, że rzeczy będą się rozwijać właśnie w tym kierunki i lepiej dla mnie jest być szczerym ze wszystkimi, a tajemnice i fantazje są w muzyce. Nie potrzebuję wymyślać jeszcze nad tym jakiejś alternatywnej osobowości dla mojej publiczności, myślę, że to byłoby trochę niegrzeczne.

Bardzo mi się podobało to, jak opisałeś “Sundark & Riverlight”, że w każdym smutku jest odrobina nadziei, a w szczęściu jest zawsze nutka melancholii. Podobno smutne piosenki są łatwiejsze, bo przy okazji pisania o szczęściu ciężko uniknąć banału, może rozwiązaniem jest właśnie zachowanie takiej równowagi pomiędzy nimi?

Tak, tak mi się wydaje. Myślę, że nie ma czegoś takiego jak katastrofa, to w pewnym sensie przygoda, a przygoda może się czasem okazać katastrofą. To podstawa życia i wspaniałe doświadczenie. Na przykład kiedy uczestniczysz w katastrofie naturalnej, jest w tym dreszczyk emocji, myślę, że to ważne, żeby w nieszczęściu odnajdywać euforię, a w euforii doświadczać nieszczęścia. To jest najważniejsze, czego się nauczyłem przez te dziesięć lat, mój wgląd w życie.

Tworząc nowe wersje starych piosenek zainspirowałeś się Edwardem Munchiem. Jak myślisz, czy jeszcze kiedyś, powiedzmy za kolejne dziesięć lat, weźmiesz swoje wczesne utwory ponownie na warsztat?

Pracuję teraz nad selekcją EP-ek z archiwum, przeszukuję swój dysk twardy pod kątem różnych nagrań koncertowych i demówek, wciąż mam dużo piosenek, których nigdzie nie opublikowałem z czasów, kiedy miałem trzynaście, siedemnaście czy nawet dwadzieścia cztery lata. To są pierwsze szkice, kiedyś będę miał odpowiednie materiały, żeby je dopracować. O tej wystawie Muncha wspomniałem, bo przyszedł taki moment, kiedy zacząłem trochę się martwić kończąc album, że może to, co robię, jest trochę bez sensu, że to naprawdę próżne, projekt-samouwielbienie. A kiedy poszedłem na tę wystawę były tam pokoje za pokojami, w których był ten jeden portret; najpierw malowany atramentem, potem dziesięć lat później autor stwierdził, że namaluje go akwarelą, dziesięć lat później, że farbą olejną, dziesięć lat później to akwaforta… Myślę, że jeśli masz coś do powiedzenia, to jeśli napiszesz o tym, albo to namalujesz i znajdziesz odpowiednie medium, jeśli nagrasz piosenkę, możesz to zrobić w wielu różnych wersjach i formatach. Może to jest najlepsze w przemyśle muzycznym, że otwiera tyle różnych możliwości, sposobów adaptowania twojej pracy, jeśli jesteś niezależny i wytwórnie płytowe nie siedzą ci tak bardzo na plecach, można bardziej eksperymentować, to jest świetne.

No właśnie, nagrywałeś dla wielkiej wytwórni płytowej, a jak jest teraz?…

Założyłem swoją własną wytwórnię w 2009 i działa do tej pory, wydałem “The Bachelor”, a teraz “Sundark & Riverlight”, bo mam wszystkie prawa autorskie. Nigdy nie mogę zrozumieć, o co chodzi w przemyśle muzycznym, w tej chwili stał się za bardzo podobny do McDonaldsa i Burger Kinga, nie jest już jak w latach sześćdziesiątych, kiedy biznesem zajmowali się muzycy. Teraz robią to milionerzy, potentaci naftowi, już nie sądzę, żeby to byli ludzie, którym chciałbym powierzać moja muzykę. Może znajdę odpowiednią osobę, zawsze chciałem znaleźć odpowiednią osobę dla swego albumu i los do tej pory był dla mnie łaskawy, zobaczymy.

A jaki będzie ten nowy album?

To strzeżony sekret. Niestety, może to dlatego, że nie jestem w mainstreamie, jestem bardziej undergroundowy, wiele osób lubi kraść moje pomysły. Więc wolałbym trzymać je w sekrecie, bo potem ktoś będzie ze mnie ściągał zanim zdążę zrobić to, co zaplanowałem, jak się już zdarzało.

Ale lubisz inspirować ludzi?

Tak, ale kiedy się szczerze mną inspirują, a nie, kiedy mówią, że zainspirowali się esemesem czy jakąś inną rzeczą, a później kradną moją tożsamość, nie będę wskazywał po imieniu, ale to się zdarzało dosyć często. Ale jest paru artystów, którzy rzeczywiście się mną zainspirowali przez te ostatnie dziesięć lat i to jest miłe. I moich fanów, co jest tak naprawdę o wiele ważniejsze.

A wyobraźmy sobie, że powstaje “Tribute to Patrick Wolf”, kogo byś widział jako autorów coverów?

Hahaha! Po pierwsze Joni Mitchell. CocoRosie… Missy Elliott… jest tylu interesujących wykonawców… PJ Harvey, Patti Smith… Chet Baker, Klaus Nomi, Elvis Presley, haha.

Tak przypuszczałam, że Joni Mitchell będzie pierwsza. Marzysz o współpracy z nią, czy nie byłoby to jednak odrobinę przerażające, pracować z kimś, kogo tak podziwiasz?

Nie, nie sądzę, żebym się bał Joni, chciałbym jej zadać mnóstwo pytań. Nauczyłem się od niej tak wiele, pisania, jej granie na gitarze, ukulele bardzo na mnie (nie tylko zresztą) wpłynęło, na to jak gram na pianinie, są pewnie jakieś inspiracje w tekstach. Ona jest fenomenalną gitarzystką i producentką.

Pracowałeś z Buffy Sainte-Marie, jak do tego doszło?

Byłem na jednym z jej koncertów, nigdy w życiu nie myślałem, że uda mi się ją zobaczyć na żywo, nie przypuszczałem, że będzie jeszcze grać. Potem było spotkanie i dałem jej swoje płyty, potem została chwilę i rozmawialiśmy, byłem pod wielkim wrażeniem, totalnie mnie to rozwaliło, nigdy nie myślałem, że ją zobaczę, a rozmawiałem z nią przez półtorej godziny. I powiedziała, że chciałaby się ze mną spotkać, że podoba jej się moja muzyka, to było powalające. Wymieniliśmy się adresami i pisaliśmy do siebie przez dwa lata. I pomyślałem, że mógłbym z nią pracować przy tym albumie, bo wracam na nim do korzeni, chciałem, żeby wszystko to było surowsze. Miałem problemy z piosenką “Hard Times”, zapytałem, czy nie chciałaby pomóc mi napisać ją na nowo, zaadaptować tak, żeby przypominała nieśmiertelne folkowe prostest-songi Buffy Sainte-Marie. To było niesamowite doświadczenie.

Ale nieczęsto pracujesz z innymi artystami?

Chodzi o to, że kiedy jako nastolatek decydowałem, jakim chcę być artystą, przysłuchiwałem się Kate Bush, moim ulubionym piosenkom Bjork, albumom Joni Mitchell, które kocham i one wszystkie same zajmowały się produkcją. Prince, Leonard Cohen, oni wszyscy sami nagrywają swoje albumy i pomyślałem, że coś w tym jest. Że kiedy angażują się w to inni, to gdzieś ginie artysta. Więc spędziłem wiele czasu zbierając informacje na temat produkcji, tego, jak nagrywać swoje utwory w studio. I kiedy już możesz się odciąć, kiedy wiesz, jak działa cała ta maszyneria, czego dokładnie chcesz, to nie ma potrzeby angażowania w to innych. Wiele zespołów nie ma odpowiedniej pewności siebie, albo znajomości technik produkcyjnych, żeby wejść do studia i powiedzieć to jest to, czego chcę. Ja włożyłem w to wiele pracy i zebrałem wiele informacji, więc radzę sobie sam. Jeśli szukam kogoś do współpracy, to są to ludzie, którzy poszerzają moje horyzonty, ubogacają moją wizję. Dlatego pojechałem do Aleca Empire, który pomógł mi myśleć w nieco inny sposób. Ale jestem bardzo stanowczy, zdecydowany i wiem, czego chcę od początku do końca i ciężko komukolwiek na to wpłynąć. Więc to naturalne, że rzadko współpracuję z innymi. Nie chcę, by mi przeszkadzano, jeśli ktoś mi doradza, to mogę wręcz zepsuć efekty swojej pracy. Najlepsze rzeczy, najczystsze, nagrałem sam. Myślę, że to ważne, żeby nabrać pewności i odnaleźć swój własny głos, wtedy można zacząć inspirować innych.

Czytałam w jednym z wywiadów, że masz pomysł na film. Gdybyś miał rzeczywiście stworzyć film, kto by go wyreżyserował? Jacy są twoi ulubieni twórcy filmowi?

Jest ich wielu. Przede wszystkim Sally Potter, czuję z nią prawdziwe pokrewieństwo. No i gdybym mógł wskrzesić Dereka Jarmana, to on byłby moim wyborem numer jeden. Jego filmy są tak piękne, jest najlepszy.

Powiedziałeś kiedyś, że mógłbyś się prostytuować dla dobra swojej muzyki, żeby zachować jej jakość. Co sądzisz o wykorzystywaniu piosenek w reklamach? Czy twoje utwory do jakichś trafiły?

Z chęcią pozwoliłbym użyć mojej piosenki w reklamie na przykład samochodu, jeśli mógłbym dzięki temu sfinansować swój album. To tylko chwila, trzydzieści sekund w czyjejś świadomości i to zwraca uwagę na muzykę, uświadamia o jej istnieniu. W pewien sposób to ty używasz samochodu, rżniesz wytwórnię samochodową, wykorzystujesz ich rozgłos i dostajesz za to pieniądze. A kawałek twojej pracy dajesz im tylko na chwilę, to dzięki sile bycia niezależnym artystą i tworzeniu swoich własnych piosenek. Odrzuciłem propozycje McDonaldsa i Coca-Coli, oboje chcieli, żebym dla nich przerobił “The Magic Position”. W pewnym momencie trzeba wyznaczyć sobie granicę. Mógłbym być teraz bardzo bogaty, ale mam zasady. Ale nie ma w tym nic wstydliwego, kiedy próbujesz robić wszystkie możliwe rzeczy, żeby zebrać pieniądze mające umożliwić ci tworzenie swojej sztuki. To lepsze, tak myślę, niż to, co się dzieje obecnie w wytwórniach płytowych, kiedy dwudziestu biznesmenów daje ci, powiedzmy, sto tysięcy funtów a ty przez kolejne dwa lata musisz spowiadać im się z tego, jak wydałeś każdego pensa. Nie tak chcę żyć.

Trafiłam na dosyć zabawne zdanie, które powiedziałeś o Polsce: że nie było u nas lat 60., punka i rock’n'rolla, co miałeś na myśli, bo chyba nie mówiłeś tego dosłownie?…

Nie, nie, chodzi mi o to, że kiedy przyjeżdżam do Warszawy nie ma tam tego, co w Ameryce czy Anglii, mam na myśli genderowe i feministyczne sprawy, queer, podnoszenie kwestii androgyniczności, seksualność na scenie, coś wizualnie stymulującego. Na pewno był punk. Chodzi o to, że kiedy śpiewam piosenki takie jak “The Libertine” czy “Bermondsey Street”, w których wspominam o wolności i swobodzie, to ludzie w Warszawie i w Rosji płaczą. Nie słyszałem tego nigdzie indziej na świecie i to jest bardzo dziwne, taki krzyk potrzebujemy tego, potrzebujemy tego teraz! Wciąż jest tam dużo opresji w społeczeństwie. Kiedy jadę do Ameryki, do San Francisco, Anglii, nawet do Niemiec, to oni reagują tam: o, no spoko, nieważne. W Warszawie i w Rosji to słychać, chcą usłyszeć rebelię, jest jej potrzeba wiele w społeczeństwie i nie możesz się ze mną nie zgodzić w tej kwestii. To jest ten punkowy ruch, o który mi chodzi. W modzie, w sztuce, gender, LGBT, prawdziwe równouprawnienie, wolność i swoboda, to jest to, o co trzeba teraz zabiegać w Polsce i w Rosji. To może się stać za sprawą muzyki i sztuki, to się jeszcze nie stało, nie było tego nowego romantyzmu, w tym sensie w Rosji i w Polsce 1979 musi się dopiero zdarzyć, potrzebny jest moment wolności i swobody poprzez kulturę muzyczną. To może się stać już wkrótce, czuję to. Nawet jedna mała piosenka, która w Anglii nie robi wrażenia, tam ma tak wielkie znaczenie. To miałem na myśli. Emancypację, żeby chłopiec mógł być tak kobiecy, jak chce, dziewczyna tak męska, jak sobie życzy. Bez frustracji. Żeby homoseksualni ludzie czuli się wolni. To są rzeczy, które tak jak w ruchach hipisowskich zbliżają ludzi, jednoczą ich i sprawiają, że wpływają oni na zmiany społeczne. To się musi stać w Polsce teraz, na przestrzeni najbliższych dziesięciu lat, bo ja, kiedy tam jadę, czuję dyskomfort. I jeśli ja czuję dyskomfort, to jak się czują ci, którzy mieszkają tam na stałe? Kiedy przyjeżdżam do Warszawy na mój koncert przychodzą ludzie fantastycznie, ekscentrycznie ubrani, a potem przebierają się w toalecie, żeby nikt ich nie pobił na ulicy. Dlatego potrzebują rewolucji i jeśli mogę w jakikolwiek sposób pomóc i zainspirować ludzi do popchnięcia spraw do przodu, to chciałbym być tego częścią.

Dziękujemy za tę pomoc i nie możemy się doczekać twojego koncertu drugiego marca w Warszawie.

Wiem, że to występ z miejscami siedzącymi, ale zachęcam wszystkich, żeby czuli się swobodnie, mówili o tym, co myślą i ubrali się jak tylko zechcą, zachowywali się zupełnie swobodnie, tańczyli, to może być występ z miejscami siedzącymi, ale to przecież nie koncert klasyczny.

___________________________

*moja próba przetłumaczenia słowa “fuckfest” ;)

Katarzyna Borowiec




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.