Primavera Sound 2011 cz.4

Ostatni dzień koncertów na Parc del Forum + występy na Poble Espanyol zamykające festiwal.

Niedziela była dniem najbardziej różnorodnym, jeśli chodzi o rozstrzał gatunkowy gwiazd. Od freak-folkowych, psychodelicznych Animal Collective, po industrialnych Einsturzende Neubauten, grających na rurach. Od delikatnej PJ Harvey, po budujących imponującą ścianę gitar Swans.

28 maja – Parc del Forum

Ten dzień rozpocząłem od zobaczenia zespołu, na który panuje w naszym kraju potężny, choć dla mnie nieuzasadniony, hype. Yuck, bo o nich mowa, okazali się niestety Dinosaur Jr. Jr., nie pokazując na żywo absolutnie nic, czego nie moglibyśmy usłyszeć na ich debiutanckiej, dość słabej, płycie.

Po drugiej stronie parku festiwalowego, chwilę przed godziną 19 rozstawiały się 4 inne debiutantki. O Warpaint krąży opinia, że poziom ich koncertów to ruletka; jednego dnia dziewczyny potrafią fantastycznie popłynąć w swoich psychodelicznych dźwiękach, aby następnego sypać się w co drugim utworze. Tym razem Amerykanki zdecydowanie były w dobrej formie i na luzie oraz z uśmiechem na ustach dodawały do swoich piosenek niezłe improwizacje.

Moje oczekiwania wobec Fleet Foxes były bardzo wysokie. Folkowcy zagrali bezbłędnie – każdy chórek i każdy akord były na swoim miejscu i brzmiały jeszcze lepiej niż na płytach. Już teraz mogę stwierdzić, że na Malcie ci panowie nikogo nie rozczarują.

W tym momencie powinienem wspomnieć o rozgrywanym w międzyczasie finale Ligi Mistrzów, który był wyświetlany na telebimach największej scenie festiwalu. Trudno było nie zauważyć piłkarskiej gorączki, biorąc pod uwagę, że wszyscy Hiszpanie, łącznie z obsługą, nosili szaliki Barcelony. Zrządzeniem losu był fakt, że Katalończycy rywalizowali z Manchesterem United, a to właśnie Anglicy stanowili drugą najliczniejszą nacją na festiwalu. Wielu artystów podobno nie chciało występować podczas meczu i jak głosi wieść, sama PJ Harvey czekała z rozpoczęciem koncertu, do momentu ostatniego gwizdka. Ale wróćmy do muzyki.

Jeśli chodzi o tworzenie dobrego show, Einsturzende Neubauten ze wszystkimi swoimi kawałkami żelastwa i innym industrialnymi gadżetami, przebiło The Flaming Lips. Bliksie trudno odmówić charyzmy, a całemu zespołowi znakomitego technicznego przygotowania, ale czegoś mi zabrakło w tym metalurgicznym przedstawieniu. Może tego, że nie dostałem nic więcej ponad znakomitą zabawę konwencją.
Dlatego też po ponad półgodzinie EN, bez żadnych wyrzutów sumienia przeniosłem się na Gang Gang Dance, którzy, tak samo jak na najnowszej płycie, z początku rozkręcali się bardzo niemrawo. Jednakże z czasem, po pokonaniu problemów technicznych i własnej ospałość udało im się wejść w niezły groove. Może nie było to objawienie na miarę panującego wokół GGD hype’u, ale uroku i miarowego bujania się, nie dało im się odmówić.

Bardzo obawiałem się o występ Polly na wielkiej scenie, przed kilkoma dziesiątkami tysięcy ludzi. Nowa płyta, mimo że znakomita, wydawała mi się zbyt wyciszona, aby mogła dobrze zabrzmieć na tak dużej przestrzeni. Jednakże, z chwilą wyjścia PJ Harvey wszystko stało się jasne – ta kobieta ma tak przejmującą osobowość i otoczona jest tak niezwykłą aurą, że w chwili pojawienia się przed mikrofonem wiadomo było, że cały tłum ma u swoich stóp. Odziana w białą suknię, trzymająca przez większość koncertu w rękach specyficzny rodzaj harfy, czarowała piosenkami z “Let Englang Shake”. Nie zabrakło stonowanych “Angelin” oraz “Big Exit”, a dodatkową cegiełkę do całość dodało perfekcyjne nagłośnienie.

Kiedy już myślałem, że już nic nie przebije Angielki, Swans okazali się czarnym koniem festiwalu. Oczekiwałem raczej od nich rzemieślniczego odegrania set listy, a otrzymałem półtorej godziny przejmującego hałasu. Nie od dziś wiadomo, że Michael Gira jest rozkapryszonym gwiazdorem, ale tego wieczora zastał go pod sceną Ray-Ban, bardzo duży tłum. A że Amerykanin bardzo lubi grać dla dużego tłumu, ponieważ dopiero wtedy jego ego czuje się docenione, to robił co mógł, aby wywrzeć na wszystkich wrażenie. I trzeba przyznać, że się to jemu udało. Swans stworzyło rytuał, w którym ogromne znaczenie miały dwa zestawy perkusyjne. Pojedyncze, miarowe uderzenia bębnów, oddzielne od siebie ścianą gitar, Gira miotający się jak w transie – wg mnie, najlepszy i najintensywniejszy koncert Primavery.

Animal Collective z Deakinem w składzie i Panda Bearem za perkusją przede wszystkim testowali na publiczności nowe kawałki. Bycie królikiem doświadczalnym było bardzo miłym doświadczeniem, jednak wiadomo, że fani oczekiwali również dobrze znanych klasyków. Otrzymali ich niewiele, bo w sumie 4 (z 12 zagranych kawałków): “Brothersport”, “Summertime Clothes”, “Did You See the Words?” i “We Tigers”. Avey Tare, Panda Bear, Deakin i Geologist dali bardzo dobry występ, aczkolwiek cały czas miałem nieodparte wrażenie, że na dużo mniejszej scenie mogliby być jeszcze lepsi, niż na wielkiej San Miguel, którą swoim występem zamykali.

Holly Ghost! idealnie spełniło rolę after po dniu pełnym wrażeń. Syntezatorowe melodie wspomagane gitarą i żywą perkusją, zmuszały do tańca nawet najbardziej zmęczonych festiwalowiczów. Wokalista Alex Frankel porwał wszystkich swoją charyzmą, a kiedy przyszło mu oceniać atmosferę koncertu, powiedział, że “Brooklyn jest teraz bardzo zazdrosny”.

29 maja – Poble Espanyol

Niestety, ostatni dzień Primavera Sound 2011 był dniem najsłabszym. Możliwe, że sytuację uratowałby Deakin, który jednak w ostatniej chwili odwołał występ, tłumacząc się, że teraz woli się skupić na graniu z Animal Collective, niż solową karierą. Zarówno My Teenage Stride jak i BMX Bandits zagrali miałko i z nadziei podrygiwania do dobrych indie popowych kawałków, nic nie pozostało.

Mercury Rev grało w całości album “Deserter’s Song” i jeśli ktoś miał do zespołu i tego krążka sentyment, zapewne bawił się przednio. Ja takich sentymentów nie posiadam, więc występ okazał się dla mnie zupełnie niestrawny i nieznośnie patetyczny. Jonathan Donahue udający, że czaruje muzykę, raczej wywoływał ataki śmiechu, niż zachwyt, w czym nie pomagała reszta zespołu uderzająca w ten sam napompowany klimat.

Krzysztof Kowalczyk

Photos by:
Inma Varandela (Fleet Foxes, PJ Harvey)
Susana Lopez Blanco (Einsturzende Neubaten)
Dani Canto (Mercury Rev)

Pierwsza część relacji z Primavera Sound 2011

Druga część relacji z Primavera Sound 2011

Trzecia część realcji z Primavera Sound 2011




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.