29.01.2015 08:00

Autor: Jarosław Kowal

Poppy Ackroyd – “Feathers”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


Poppy Ackroyd – “Feathers”
Denovali Records/2014

Słodka melancholia.

Fortepian Poppy nie jest wypełniony dziwacznymi przedmiotami, jak u Hauschki, a jej technika daleka jest od wirtuozerii Vijaya Iyera czy minimalistycznego supertempa Philipa Glassa. Poppy gra solidnie i nawet w Polsce znalazłoby się wielu, którzy po przesłuchaniu “Feathers” z dumą rozlaliby się w fotelu i uznali, że są po prostu lepsi. Poppy ma jednak coś, bez czego nawet najdoskonalszy technicznie pianista jest tylko potworem Frankensteina – potrafi dogłębnie poruszyć słuchacza.

Pozornie “Feathers” jest bardzo skromnym albumem. Jego autorka korzysta z instrumentów klawiszowych oraz ze skrzypiec, a gdzieniegdzie pojawiają się partie wiolonczeli odegrane przez Su-a Lee (członkini Scottish Chamber Orchestra oraz okazjonalnie Hidden Orchestra). To wszystko. Wystarczy jednak rozszyfrować określenie “instrumenty klawiszowe” i nagle okazuje się, że nie stoi za tym typowy zestaw pianino plus keyboard, ale cuda pokroju fisharmonii, klawikordu, klawesynu czy szpinetu. W sumie Poppy miała dostęp do około pięćdziesięciu klawiatur wchodzących w skład kolekcji muzeum The Russell and Mirrey Collections of Early Keyboard Instruments w Edynburgu, które dokumentuje historię instrumentów klawiszowych powstałych pomiędzy XVI a XIX wiekiem.

“Strata” otwiera album pogodną, radiolubną melodią, której nadrzędną wartością jest budowanie atmosfery przez powtarzające się dźwięki, a nie efekciarstwo. Niespełna pięć minut później, na początku utworu “Salt” Ackroyd w pełni rozwija swoją koncepcję tworzenia muzyki, czyli granie nawet nie na tym całym archaicznym instrumentarium, lecz na emocjach słuchacza. Do utworu tytułowego byłem przekonany, że trafił mi się świetny album, ale nuty wybrzmiewające w “Feathers” dały mu awans do metafizycznej ekstraklasy, gdzie dźwięki potrafią być smutniejsze od kciuka Terminatora wystającego z topiącej się stali. Poważnie, przed wysłuchaniem tego kawałka lepiej zrealizujcie receptę na Xanax. Najważniejsze jest jednak to, że po tak wzniosłym momencie nie następuje brutalne ocucenie znacznie gorszą kompozycją. “Roads” i “Croft” to perfekcyjnie wyważona ścieżka dźwiękowa do samotnego spaceru tuż po wyjściu z jakiejś wyjątkowo przyjemnej sytuacji – nie wiadomo, czy lepiej powspominać z uśmiechem na twarzy, czy rzucić się w najbliższą kałużę. “Birdwoman” jest natomiast najtrudniejszą do odegrania kompozycją na całym krążku, ale Poppy okiełznała swój talent do tego stopnia, że bez trudu zamienia techniczne przygotowanie na kolejny wyciskacz łez. Piękne zakończenie albumu i kolejna porcja Xanaxu.

Szkotka ma już na koncie jeden album solowy, a także kilka lat występów wraz z Hidden Orchestra. Niestety “Feathers” najprawdopodobniej nie będzie przełomem w jej karierze, a szkoda, bo rzadko zdarzają się albumy, które jednocześnie pasują do konwencji “nowej muzyki” czy “współczesnej muzyki klasycznej” (brzmi fatalnie, ale taki termin faktycznie funkcjonuje) i zarazem sprawiają wrażenie przystępnych dla szerszego grona odbiorców. Poppy Ackroyd mogłaby śmiało zasilić program festiwalu Dni Muzyki Nowej, ale także Off Festivalu, a tworzenie tak rozlegle poruszającej muzyki wymaga niezwykłej wrażliwości.

Jarosław Kowal


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (7 głosów, średnio: 7,71 / 10)



Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.